Smycze tkwią w głowach...

"Koń, kobieta i kanarek" - reż. Remigiusz Brzyk - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

W nowym przedstawieniu Teatru Zagłębia w Sosnowcu nie ma grama publicystyki, choć na scenie mówi się o sprawach, którymi nasze społeczeństwo na pewno żyje bardziej niż wyborami do europarlamentu. Sztuka "Koń, kobieta i kanarek" Tomasza Śpiewaka, wyreżyserowana przez Remigiusza Brzyka, stawia mnóstwo bolesnych pytań, ale daleka jest od jakiegoś manifestu.

I nie traktuje widzów jak dzieci, którym trzeba podpowiedzieć, co mają myśleć. To pierwszy plus. Drugim jest fakt, że choć akcja dzieje się "u podnóża kopalni, w miasteczku K lub miasteczku S", spektakl nie podpiera się żadnymi śląsko-zagłębiowskimi mitami, co czyni go po prostu uniwersalnym. Nawet święta Barbara, której wielką rzeźbę wznoszą mieszkańcy, bardziej jest symbolem każdego posągu, każdego świętego, wznoszonego w (prawie) każdym miasteczku kraju, niż tylko patronką górników. Ale jeśli ktoś chce odnaleźć w przedstawieniu obrazki z miasta K lub S, to też znajdzie. Bez trudu.

Treść dramatu mieści się w jednym zdaniu. Oto Córka Sztygara zachodzi w ciążę, ale oświadcza, że macierzyństwo nie jest jej powołaniem. Pozornie nic więcej się nie dzieje. Istota spektaklu, balladowego w nastroju, nie tkwi w treści, lecz w opozycji Ona - Reszta Świata. Dziewczyna do tej Reszty nie chce się dopasować, ale nie ma też siły, żeby wyrwać się z osaczenia, budowanego przez patriarchalną rodzinę, nawiedzonego księdza, bezdzietną sąsiadkę. Nie wesprze jej zastraszona matka, sprowadzona do automatycznego potakiwania grubiańskiemu mężowi i jego młodszej kopii, czyli zięciowi. Nie wesprze jej nawet miejscowy Głupek, choć instynktownie dostrzega w dziewczynie bratnią duszę. A Córka Sztygara jest jak Gombrowiczowska Iwona - cicha, niby bezwolna, wydana na łaskę środowiska, poza którym, jak kanarek z okrągłej klatki, nie potrafi samodzielnie żyć. Ona też, mimo buntu, ma jak wszyscy dookoła, "smycz w głowie". I ta smycz ją więzi.

Swobodna kompozycja sztuki miesza wątki i konwencje, co Remigiusz Brzyk wzbogaca precyzyjną strukturą spektaklu. Realizm skręca w stronę teatru absurdu, a groza miesza się z groteską, by w finale przykuć uwagę widza odrealnionym monologiem głównej bohaterki, wspaniale zagranym przez Edytę Ostojak. Nawet jeśli momentami przedstawienie staje się monotonne lub nieczytelne (kakofoniczna scena z megafonami prawie uniemożliwia rozumienie tekstu), to przecież wsysa widza. Grane symultanicznie na kilku planach, zbudowane jest jak muzyczne bolero; z powtarzających się fraz, przypisanych poszczególnym postaciom. I wygłaszanych na kształt prawd objawionych, bo przecież kobiecie zawsze się tu rozkazywało "siadaj"... Ostre, wręcz kanciaste, portrety bohaterów wzmaga fantastyczne aktorstwo całego zespołu. Na scenie kłębi się od emocji, choć postacie skrywają je pod rolami, wyznaczonymi przez tradycje i własny konformizm. Obrazy rodzinnych obiadów to majstersztyk. Maria Bieńkowska -matka, Edyta Ostojak - córka, Zbigniew Leraczyk - ojciec, Piotr Żurawski - zięć i Piotr Bułka - ksiądz, tworzą zbiorowość, okopaną w rowach nawyków, jak na wojnie...

Osobiście, choć wyrażano takie obawy, nie widzę w tym przedstawieniu niczego obrazoburczego. Widzę za to samo życie, ubrane w intrygujący teatralny kostium. Polecam.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
8 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia