Śnić swój koszmar

"Przypadek Iwana Iljicza" - reż: Jacek Orłowski - Teatr im.Jaracza w Łodzi

Kolejnym po "Prześwicie" spektaklem w reżyserii Jacka Orłowskiego, Teatr im. S. Jaracza powraca do tematyki godnej pierwszej łódzkiej sceny dramatycznej. W ogarniającej teatry fali rusofilstwa, oparty na noweli Lwa Tołstoja "Przypadek Iwana Iljicza", to również powrót Bronisława Wrocławskiego do spektakli zespołowych.

Śmierć z równie banalnego powodu może zdarzyć się tylko w życiu. Apodyktyczny prawnik Iwan Iljicz Gołowin (Bronisław Wrocławski) próbował poprawić źle zawieszoną firankę. Stracił równowagę i uderzył się o klamkę. Niewinny ból w boku zmienił się z czasem w błyskawicznie postępującą chorobę, ogarniającą cały organizm. Kolejne wizyty u zawsze dobrze mu wróżących "sław" medycyny, przeciwstawione kolejnym nieudanym kuracjom, utwierdziły go tylko w przekonaniu, że skazany jest na śmierć. Nieuniknioność tego faktu staje się bardziej realna niż całe jego dotychczasowe życie - ukierunkowane na zawodowe sukcesy i mieszczańskie gromadzenie dóbr. Praskowia, żona (Dorota Kiełkowicz), od dnia poczęcia dziecka stała się dla niego obcą, niezrozumiałą osobą. Zdarzały się im "okresy zakochania", którym Iwan szybko ukręcał łeb. Odepchnięta żona szybko zmieniła się w służącą. Z niemogącą zgodzić się na taki stan rzeczy córką (Iwona Dróżdż-Rybińska) nigdy nie nawiązał bliższego kontaktu. Zaimponował tylko niedoszłemu zięciowi, Fiodorowi (Marcin Łuczak), który jeszcze na łożu śmierci próbuje wydrzeć mu receptę adwokackiego sukcesu. 

Bezsilność wobec śmierci sprawia, iż Iwan Iljicz dokonuje przewartościowania egzystencji "żywego trupa" jaką wiódł. Aprobowana przez niego etyka okazuje się zbiorem wymuszonych, fałszywych ról, moralne doskonalenie się przybiera więc kształt protestu przeciw własnej kondycji społecznej. Iwan popadając w nienawiść do fałszywego i słusznie nienawidzącego go otoczenia, staje się wyzwolony od dawnego życia i może dojrzeć do śmierci. Jego trzydniowa agonia odsłania inne, dziś zapomniane znaczenie tego pojęcia: wysiłku zmieszanego ze strachem, współzawodnictwa, walki o zwycięstwo. Iwan wygrywa, gdy pełen pokory wykracza poza swą jednostkowość i potępia cierpienia przysporzone rodzinie, także w ostatnich dniach. Dla nich bezpieczniej jest widzieć w Iwanie chorego. Zaakceptowanie śmierci skutkowałoby zdemaskowaniem też miałkości ich dotychczasowego życia. Oni nadal "śnią sen prawdziwie koszmarny".

W "Przypadku Iwana Iljicza" dawna reformatorska prawda, że "nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy" sprawdza się dość przewrotnie. Reżyser wprowadza na scenę czwórkę aktorów, którzy po prawdzie stanowią tło dla gry Bronisława Wrocławskiego. Potoczyście prowadzona przez niego narracja, przechodzenie z roli zdystansowanego do tekstu Tołstoja i jego bohatera opowiadacza oraz wcielanie się w Iwana Iljicza zbliżają spektakl do monodramu. I w tych właśnie momentach, gdy Wrocławski uchyla się od maniery dobrze znanej z realizacji tekstów Erica Bogosiana, można mówić o pełni jego aktorskiego kunsztu. Zdyscyplinowany, oszczędny, usidlający uwagę nie ulotną kokieterią a intensywnością wyrazu. Jest w tym pewna metoda. W swoim wewnętrznym świecie Iwan jest tym bardziej samotny, że otaczają go ludzie z krwi i kości. Na lustrzanej platformie, którą ustawił scenograf Tomasz Polasik między zajmującymi krzesła w tyle sceny aktorami a widownią, Wrocławski też jest najczęściej sam. Gdy wchodzi na nią żona, nie jest zdolna ciepłym dotykiem wesprzeć umierającego.

Przełamywanie tej cielesnej bariery to dwie najmocniejsze i najlepsze sceny spektaklu. Najpierw czyni to w furii Iwan, gdy przemocą wymusza na bliskich przedśmiertne pocałunki. Pudrując swoją twarz, zdziera z ich twarzy fałszywe maski, gwałci porządek, który oni akceptują. Jedynym, który nie traktuje Iwana jak trędowatego jest łagodny Gierasim (Hubert Jarczak) - pośrednik między światem żywych i umarłych. Rozbierając Iwana do kąpieli, czyni go gotowym do pośmiertnego obmywania ciała. 

Stawiając na słowo mówione, Orłowski uczynił analizę stopniowego oblekania się Iwana w "ciemny worek" odczuwalną dla widowni cieleśnie, jak odczuwalne może być dla postronnego widza chirurgiczne otworzenie klatki piersiowej w czasie sekcji zwłok. Tyle że ten "Przypadek...", dzięki też lunatycznej muzyce Porno Chic Ensamble, mówi o doniosłym zwycięstwie ducha nad materią. Śmierć-wyzwolenie może być piękna, jeśli ziemska egzystencja była prawdziwa i autentyczna. Głębokie humanistyczne przesłanie unaocznia też gorzką prawdę, iż każda kultura i cywilizacja, która temat śmierci traktuje jako coś wstydliwego i nieprzystającego, tworzy jednostki nie w pełni ludzkie.

Oby jeszcze znalazły się uszy, które będą chciały się w ten głos wsłuchać.

Łukasz Kaczyński
Polska Dziennik Łodzki
26 stycznia 2010

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia