Sny o potędze

"Wesele" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polski w Warszawie

Nie mamy dziś pomysłu na "Wesele", najmniejszego. Dlatego wolę wspominać stare lata i tamte konteksty. I tak jest chyba od 15 lat. Tyle dokładnie mija od kongenialnej realizacji Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Narodowym.

W finale goście tamtego "Wesela" nie zastygali w tańcu, lecz powoli znikali w kanale scenicznej zapadni. Pochłaniał ich, wciągał do kazamat. Działo się to poza świadomością postaci, jakby z woli reżysera miały wykonać jeszcze jeden krok, choć dokąd on prowadził - to już pytania o teatralną wyobraźnię i pytania po stronie publiczności. Nie byłem na premierze, jednak wiemy, że kurtyna podnosiła się wówczas kilkanaście razy; nawet jeśli przyjąć poprawkę na to, że bywają spektakle wyczekiwane, to przedstawieniom ostatnich lat taki aplauz się nie zdarza. Zatem wola Grzegorzewskiego, by postacie Wyspiańskiego wyczarowały dodatkową symbolikę, miała siłę tysięcy innych rozwiązań, interpretacji. Obraz scenicznej pustki odsłonił golą potęgę teatru. Reszta zostawała w głowie, jak kłopot, który nie pozwala zasnąć, mimo że przecież to, co widzieliśmy, to jedna wielka iluzja. A jak czymś tak nieuchwytnym stawiać tezy tak mocne, mocne w wielu znaczeniach? Bo co oznaczały: że znikamy, że i tak nic już nam nie pomoże? Albo że warto nas schować głęboko, bo żal patrzeć? A może że jeszcze nie wyszliśmy z traumy podziemnej walki?

Partytura niuansów

Choć krytyk "Gazety Wyborczej" Roman Pawłowski zarzucił wtedy Grzegorzewskiemu niemal wszystko. Że "Wesele" powinno przemawiać np. historią tego, co po 1900 r. stało się z Rachelą, czyli Józefą Singerowną Pereł ukrywającą się przed szmalcownikami w okupowanej Polsce. Autor recenzji chciał aktualizacji na miarę ówczesnych, zwłaszcza swojego środowiska, potrzeb. Chciał czegoś więcej niż sam dramat. Tyle że Grzegorzewski chciał czegoś więcej bez naddatków. Wierzył w samego Wyspiańskiego i wehikuł czasu uruchomiony przez sam tekst. Ten spór przebija się do dziś i jakoś tłumaczy bitwy o teatr społeczny. Na zakończenie Pawłowski napisał: "Czy jednak dobre rzemiosło jest wszystkim, czego mamy oczekiwać od sceny narodowej?". Chyba wynikała ta ocena z błędnego odczytania kontekstu, którym dla Grzegorzewskiego była zawsze partytura utkana z niuansów, skrótów i zaskakujących znaków. Działało to tak jak w poezji działa metafora nie dla wszystkich widoczna albo kryptocytat. Reżyser budował w Narodowym Dom Wyspiańskiego od 1997 r. Jednak fundamenty nie miały ostrych, publicystycznych konturów. "Wesele" z 2000 r. jawiło się jako triumf tej koncepcji, lecz także jako lekcja czytania młodopolskiego wizjonera.

Ale przecież tradycyjne było też filmowe "Wesele" Andrzeja Wajdy z roku 1972. Jeśli cokolwiek uwierało w nim jeszcze mocniej, to rozprawienie się z naszą romantyczną duszą. U Wajdy ten schemat działał nie po raz pierwszy. W końcowej scenie przed bronowicką chatą padał zajechany przez Jaśka biały koń. Wyglądało to jak Polska umęczona patosem narodowych mitów. Wajda przerzucił winę na wszystkich, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, czym kończy się trwanie w iluzjach. Filmowy język pozwolił na więcej, ale też w kadrze trzeba zmieścić wyraźny symbol, a już cały ich zestaw, tak możliwy do pokazania w teatrze i utrwalenia w scenicznych sytuacjach, byłby w filmie nie do wychwycenia. Choć - łatwo to zauważyć - jeśli szukać wspólnego mianownika dla tych dwóch wizji, Wajdy i Grzegorzewskiego, należy patrzeć także na barwy i nieustanne odniesienia do Wyspiańskiego malarza. Nie do oderwania od Wyspiańskiego poety. Wajda tak zbudował tła dla dialogów z weselnej chaty. Z kolei Grzegorzewski bez dyplomu łódzkiej ASP okazałby się zupełnie innym reżyserem. I nie wiadomo, czy właśnie tak czytałby autora "Nocy listopadowej".

Drzwi w roli

Nie przypominam tych dwu tak znanych realizacji "Wesela" dla frajdy z zachwalania lepszych czasów polskiej sztuki. Wiadomo też, że oglądając dobry teatr, z czasem jeszcze bardziej się go idealizuje, nieporównywalnie bardziej niż film. Trzeba być ostrożnym. Jednak skoro można było nie tak dawno robić na scenie "Wesele", mówiąc skrótem tradycyjne, i kontynuować dzieje walki z tym tekstem - to co się stało, że dziś wydaje się to zadanie ponad siły? Jeszcze po Grzegorzewskim dyskutowano o kilku ważnych przedstawieniach: Mikołaja Grabowskiego, Piotra Cieplaka czy Anny Augustynowicz. Żadne nie miało już rangi wydarzenia wychodzącego poza ramy teatru, ale było przynajmniej o czym dyskutować. Z najświeższej pamięci dorzuciłbym jeszcze bydgoskie "Wesele" Marcina Libera sprzed roku, choć doceniłem w nim głównie powierzenie Cho-

chołowi roli wyraźnego kreatora zdarzeń, czarnego anioła.

A teraz czekaliśmy na to kolejne ważne "Wesele", na ważnej scenie, piąte w dziejach warszawskiego Teatru Polskiego. Od 2011 r. tutaj dzieje się różnie. Andrzej Seweryn po doświadczeniach z Comedie-Francaise hołduje zasadzie, że lepiej iść za autorem wiernie, nawet na siłę, także gdy niektóre teksty już na to nie pozwalają. Jest w tym przyrzeczeniu jasna misja, wielokrotnie przez dyrektora deklarowana: przywrócenia słowu sprawczej siły. Scena Polskiego ma w tej strategii być elementem, którego podobno tak brakowało. Coś za coś - pomyślałem, przyglądając się reżyserii Krzysztofa Jasińskiego.

I nie chodzi o tak wyświechtane argumenty jak: deklamacyjny styl, brnięcie w zdania w oderwaniu od sytuacji. Ani o to, że niektóre frazy Wyspiańskiego pojawiają się z głupia frant, nie wiadomo dlaczego akurat te, skoro Jasiński wyrugował ich dziesiątki razem z niektórymi postaciami. Bo to nic w porównaniu z tym, że spektaklem rządzi dziwna umowa, która zakłada, iż "Wesele" i tak znamy, więc musimy wszystko dopowiedzieć. Na scenę wpadają Pan Młody (Szymon Kuśmider) i Panna Młoda (Lidia Sadowa), dialog rwie się raz, dwa, skoro w kolejce już ktoś czeka. Można powiedzieć, że drzwi z obu stron proscenium Polskiego w końcu doceniono jako główny składnik akcji. Ich otwieranie i zamykanie to zaś nowy sposób na budowanie scenicznego tempa. Tylko że tempo wyznaczają też dźwięki disco polo dobiegające zza drzwi. Oto najwyraźniej nasza polskość na dziś. W takich sytuacjach, choć bardziej teatralnie skomplikowanych, Zygmunt Hubner zwykł mawiać: "Przepraszam, nic nowego". Michał Zadara, który dziewięć lat temu w Teatrze STU, kierowanym notabene przez Jasińskiego, pokazał "Wesele" w toalecie nocnego klubu, miał więcej do przekazania. Choć przyznaję to z trudem.

Coraz mniej do powiedzenia

Z tym tempem w Polskim jest w ogóle zabawnie. Niemal każda sekwencja rozgrywa się oddzielnie, jakby dramat nie miał struktury, w której poruszamy się, zaglądając to tu, to tam. Odrywając się od korowodu, by przyjrzeć się komuś z bliska i za moment powrócić (jak np. właśnie u Wajdy, u Grzegorzewskiego podobnie). U Jasińskiego aktorzy biegną, by uraczyć widzów kolejną frazą jak hasłem z obowiązkowego elementarza, i się chowają. Zupełnie jak na szkolnej akademii ku czci Wyspiańskiego. Reżyser był niegdyś specjalistą od benefisów w TV i ta atmosfera udziela się na scenie Szyfmana. Nie chcę się znęcać. To jedynie opis groteskowej sytuacji. Andrzej Seweryn jeszcze broni się jako Gospodarz, uruchamia sceniczną iluzję i kończy spektakl, zdmuchując świeczkę. Ale jako Wernyhora (dla ułatwienia, bo może to być trudne: Gospodarz z brodą i długimi włosami) pojawia się na ogromnym multimedialnym witrażu w prospekcie sceny i przemawia tubalnym głosem. Przywołuje skojarzenia z horrorami klasy B, i to polskimi z lat 80., - niestety. Gdy dodać do tego pioruny jako interpretację Chochoła, robi się naprawdę groźnie. O ile się nie mylę, bo bogactwa tu wiele, Jasiek (Paweł Krucz) w finale wpada w trans i wygina się jak podłączony do prądu, wykonując nachalne gesty w stronę publiczności oślepionej z kolei stroboskopowymi światłami. Chyba chciał nas obrazić albo przebudzić, nie wiem.

Wystarczy. Skończyło się katastrofą. Jednak dziwne, że najdoskonalszym arcydziełem do mówienia o nas samych z roku na rok potrafimy powiedzieć coraz mniej, mimo że zmieniamy się coraz szybciej. Wokół tysiące o tym teorii i jakaś setka wizji tego, kim jesteśmy. I co?

Czy ja przesadzam, wspominając Grzegorzewskiego? I czy nie lepiej relacjonować tamte zmagania? Bo dziś kajsik mi umyka nawet poważny język.

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
11 lutego 2015

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia