Sonata Wodeckiego

"Sonata Belzebuba" - reż: Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Witkacy w konwencji musicalowej? Brzmi to dość ryzykownie, zwłaszcza, gdy w rolę Belzebuba wciela się Zbigniew Wodecki, który przy okazji komponuje muzykę, a choreografię układa sam Piotr Galiński. Nie chodzi o kwalifikacje obu panów, bo te oczywiście są wysokie. Ale czy celebryci z "Tańca z gwiazdami" potrafią dotrzeć do metafizycznej głębi "Sonaty Belzebuba"?

Dramat przewrotnie ukazuje skomplikowany przebieg procesu twórczego i wszelkie problemy, z którymi zmaga się wrażliwy twórca. Współczesny artysta, Istvan (Karol Śmiałek), zostaje postawiony przed dylematem: sztuka albo życie. Czy uda mu się jeszcze coś stworzyć? I jak stworzyć dzieło nieprzeciętne? Czy są jakieś granice, których przekroczyć nie można? Czy za ich przekroczenie grozi jakaś kara?

Sztuki Witkacego mają to do siebie, że albo się je bardzo lubi, albo się ich nie trawi. Osobliwy wymiar dzieł nie pozwala widzowi na obojętność. Tekst dramatu został potraktowany przez reżysera Krzysztofa Jasińskiego jako inspiracja do wyrażenia tego, co obecne we współczesnym społeczeństwie. W efekcie powstało coś na kształt kabaretowego piekła, w którym śmieszność i komizm górują nad tragizmem sytuacji. Można odnieść wrażenie, że celem było przypodobanie się widzowi, umilenie i przełożenie na prosty język sceniczny historii Istvana. Mając w pamięci „Sonatę B” Andrzeja Dziuka z Teatru Witkacego w Zakopanem, w której metafizyka gęsto sączy się ze sceny, a publiczność zatraca się między jawą a snem - można stwierdzić, że u Jasińskiego widz może zatracić się tylko w słodkim śpiewie albo w gorzkim smaku piwa podawanego przez jednego z aktorów. 

Jeśli o słodkim śpiewie mowa, to oczywiście trzeba powiedzieć o najważniejszym występie wieczoru – oto na scenę wchodzi Zbigniew Wodecki w roli Belzebuba albo może raczej Zbigniew Wodecki w roli Zbigniewa Wodeckiego przebranego za diabła. Dla wielu z pewnością jest to powód, dla którego wybrali się do Teatru STU (przyznam, że i mnie to skorciło). I nie zawiodą się oni, gdyż artysta pięknie śpiewa, a także gra na skrzypcach i trąbce. Każdy jego popis nagradzany jest gromkimi brawami, w pewnym momencie można nawet zapomnieć, czy się jest na widowni teatru, czy w studiu TVN-u. Problem z Wodeckim polega na tym, że choćby nie wiadomo jak się starał, to nie ucieknie od swojego nazwiska, dlatego nikt, niestety, nie zobaczy w nim Belzebuba.

Mieczysław Jastrun powiedział kiedyś, że Witkacy „absurdem chciał wstrząsnąć, absurdem obudzić, absurdem jak narkotykiem wprowadzić w stan halucynacji. Chciał, aby jego sztuka była szokiem, nie łagodnym przeżyciem”. Sztuka Jasińskiego nie jest szokiem, nie wprowadza w stan halucynacji, nikim nie wstrząśnie. Jest bezpieczna. Aż za bardzo. „Sonata Belzebuba” balansuje na cienkiej granicy pomiędzy spektaklem teatralnym a scenicznym widowiskiem, które równie dobrze mogłoby się sprawdzić na ekranach telewizorów. Jest dużo muzyki, dużo ruchu, wciąż się coś dzieje, więc na nudę nie można narzekać, bo całość ogląda się całkiem przyjemnie. Ale to przecież, nie przyjemne, ale „piekielne pomysły działają na zmysły”!

Karolina Kiszela
Dziennik Teatralny Kraków
10 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia