Spieprzać, Dziady

"Mickiewicz. Dziady. Performance" - reż. Paweł Wodziński - Teatr Polski w Bydgoszczy

W świetnych bydgoskich "Dziadach" Wodziński pyta o racje wściekłych i wykluczonych

No i mamy "Dziady" posmoleńskie. Pawłowi Wodzińskiemu pierwszemu udało się pokazać, jak jedna opcja polityczna - albo raczej ruch ludowy - zawłaszcza tradycję polskiego romantyzmu. Nie przestraszył się kolejnego mesjanistycznego szantażu, który dokonuje się na naszych oczach. Nie złości go łączenie spraw boskich i narodowych, nie odrzuca wściekłego, mitotwórczego czytania polityki i historii. Nie tak dawno pytał Jan Klata: "Jak obronić obrońców krzyża?". Bydgoskie "Dziady" nie tyle bronią ich racji, ile umiejscawiają je w porządku polskich rewolt i schizm. Zdaniem Wodzińskiego utwór Mickiewicza zawsze był antysystemowy i antysalonowy, prowincjonalny i bluźnierczy. Zabiera więc "Dziady" z uniwersytetów na place, ze scen narodowych w mrok i brud. Grają II i III część, z "Dziadów. Widowiska" ocalało chyba tylko jedno zdanie, IV części nie ma w ogóle. Obrzęd rozgrywa się nocą pomiędzy namiotami i barłogami protestujących radykałów, prowincjuszy, wariatów i patriotów, którzy przełażą przez metalowe barierki, kopią i lżą kukły złych panów, polityków i oligarchów. Straszna i obrzydliwa to gromada, jak chyba nigdy w dziejach scenicznych "Dziadów". Jest w niej ponura zapiekłość racji, wynaturzenie religii. Mateusz Łasowski grający Guślarza i Księdza Piotra nie ma już żadnych widzeń i wahań, żaden Bóg z nim nie rozmawia, on już wszystko wie. Jest jak prorok i hipnotyzer, jego głosem i emocjami można "powalać trony". Staje na czele ruchu narodowego, tworzy nowy Kościół ludowy. To on, a nie Konrad nosi imię "40 i 4".

Konrad Michała Czachora to "człowiek bez idei, ktoś, kto nie przynależy nigdzie". Jest artystą pozerem, idzie w tłum, żeby napatrzeć się na ludzkie nieszczęście. Karmi się mitami i spiskami. Zagląda do namiotów biedoty, śledzi obrzęd, a potem sam w noclegowni dla bezdomnych albo w izbie wytrzeźwień organizuje slam poetycki. Jakby od razu chciał odtworzyć w swoim wierszu sposób myślenia ciemnej, szalonej, nierozumiejącej świata prowincji. Podczas występu pali papierosa za papierosem, śpiewa i gada do mikrofonu. Upija się ga-lopadą słów i choruje od niej. Trwająca ponad 40 minut Wielka Improwizacja ujawnia, ile w nim cynizmu i narcyzmu. Ale Konrad Czachora próbuje ogarnąć tego nowego Boga i jego lud. Czemu oni mają w sobie siłę, pragnienie i poczucie sensu? Fenomenalny, ciężki od myśli, roztelepany do emocji monolog Konrada uderza równocześnie w wiele tonów, szyderstwo ściga się z poszukiwaniem czystego dźwięku.

Aktor słania się ze zmęczenia, ale jednocześnie naprawdę podpala scenę. Współwięźniowie tworzący chór złych duchów biegną ku niemu na tle płomieni. "Bóg - car świata", którego odkrywa Konrad, to Bóg niewolników, odwetu i pomsty. Nie ma go w niebie, jest we wspólnocie - złej, wymierzonej przeciwko nam. Ale jest. Najbardziej niesamowitym zabiegiem Wodzińskiego jest jednak winkrustowanie w tkankę "Dziadów" XVIII- i XIX-wiecznych relacji zagranicznych podróżników przerażonych zacofaniem cywilizacyjnym, duchowym niewolnictwem, biedą, brudem i tępotą polskiego ludu. Gorzkie i obraźliwe słowa Strahlenberga, Smitha, Heinego, Woltera i Fryderyka II czytają po francusku, angielsku i niemiecku sfilmowani Europejczycy. A my łapiemy się na tym, że dziś używamy podobnych słów, patrząc na obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. Wodziński odkrywa straszliwe, brzydkie oblicze polskiego romantyzmu. Aż chce się zawołać: "Spieprzajcie, Dziady!". Ale upiory, które odżyły, nie chcą słuchać.

Łukasz Drewniak
Przekrój
17 maja 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia