Śpiewać każdy może

"Boska" - reż. Robert Talarczyk – Teatr Ludowy w Krakowie

Była jedną z najpopularniejszych sopranistek świata. Na jej koncertach zasiadały tłumy. Wystąpiła w Carnegie Hall – prestiżowej nowojorskiej sali koncertowej. W swoim repertuarze miała utwory Straussa, Mozarta i Verdiego. O kim mowa? O Florence Foster Jenkins. Tak, najgorszej śpiewaczce świata!

 

Na kameralnej Scenie pod Ratuszem krakowskiego Teatru Ludowego możemy oglądać spektakl „Boska" na podstawie popularnego tekstu Petera Quiltera i w reżyserii Roberta Talarczyka. Piszę popularnego, bo wielu miłośników teatru miało już okazję widzieć komedię „Boska!" w Teatrze Polonia (2007) lub Teatrze Telewizji (2011) ze świetną rolą główną Krystyny Jandy, której kapitalnie akompaniował Maciej Stuhr.

Historia Boskiej Florence była niezwykła. Ta sopranistka-amatorka NAPRAWDĘ nie potrafiła śpiewać. Nie miała ani zdolności wokalnych, ani rytmicznych. Miała za to problemy z dykcją. I miała również pełne sale. Artystka osobiście rozdawała zaproszenia na swoje koncerty. Również sama przygotowywała barwne, bogate i nietuzinkowe stroje. Ale przede wszystkim dostarczała rozrywki, która była pożądana w pierwszej połowie XX wieku tak samo, jak dziś.

Zaprezentowania tej bajkowej wręcz historii, nie mogło odpuścić sobie również kino. Na podstawie życiorysu Jenkins powstał w 2016 roku film „Boska Florence" w reżyserii Stephena Frearsa z tytułową rolą Meryl Streep i Hugh Grantem u jej boku.

W Teatrze Ludowym w Boską wcieliła się Marta Bizoń. Ci, którzy widzieli aktorkę w innych spektaklach krakowskiego teatru (na przykład w „Krakowskiej lekkości bytu", „Zahipnotyzuj mnie. Piosenki Zygmunta Koniecznego" czy „Kolacji dla głupca") doskonale wiedzą, że aktorka ma (w przeciwieństwie do swojej bohaterki) doskonałe zdolności wokalne. Na szczęście (tym razem) tego w spektaklu nie widać. Mamy przed sobą taką Florence, jaką chcielibyśmy widzieć w Carnegie Hall w 1944 roku – zabawną (choć najczęściej nieświadomie) i bogatą, pewną (aż za bardzo) swoich zdolności wokalnych oraz wystrojoną w wyszukany i okazały strój (ze skrzydłami).

Na scenie Jenkins partneruje akompaniujący muzyk Cosme McMoon (Robert Ratuszny) – odrobinę nieporadny i roztargniony, ale bardzo zdolny i przez to niezbyt przekonany do pracy z boską sopranistką, skuszony (tylko na początku) dużymi pieniędzmi. Towarzyszem życia Florence jest elegancki aktor St. Clair (Tadeusz Łomnicki). U jej boku nie mogło zabraknąć również przyjaciółki, w tym wypadku niestroniącej od dobrej Cherry – Dorothy (Beata Schimscheiner). Te wszystkie postaci razem, na jednej (do tego niewielkiej) scenie, to mieszanka wybuchowa. A wisienką na torcie tego żywiołowego zestawienia jest krewka i awanturnicza służąca Maria (Roksana Lewak).

Komiczna historia życia Jenkins to pierwszy mocny punkt spektaklu. Drugim jest bardzo dobra gra aktorska zespołu Teatru Ludowego. Trzecim – wyśmienity tekst pełen przezabawnych scen (i to nie tylko tych, w których swoje popisy anty-wokalne prezentuje Marta Bizoń!). Czwartym, ale równie istotnym, są scenografia, kostiumy i reżyseria świateł (za wszystkie trzy elementy odpowiada Katarzyna Borkowska). Luksusowy pokój-scena Boskiej Florence został przygotowany, jak na pomysłową dziedziczkę fortuny przystało – są pawie pióra, barokowe kanapy, pokaźny żyrandol... Swoim bogactwem nie ustępują również liczne stroje sopranistki i wyszukane nakrycia głowy.

Marta Bizoń jako Florence Jenkins była niezaprzeczalnie dominującą postacią na scenie, ale ogromne słowa uznania należą się również Roksanie Lewak, która tak poprowadziła rolę pełnej temperamentu Meksykanki, że choć to postać drugoplanowa, to... nieco podkradła show gwieździe tego widowiska, a już na pewno rozbawiła widzów do łez.

„Boska" to nie tylko niezobowiązująca komedia do pośmiania się w piątkowy wieczór. To przede wszystkim historia o spełnianiu marzeń, doskonała lekcja wiary w siebie i szukania szczęścia również w tym, co na pozór wydaje się przeszkodą. Jenkins wyśmienicie pokazuje, że można sięgać po swoje, nawet gdy inni rzucają nam kłody pod nogi (w jej wypadku była to Pani Verindah-Gedge – w tej roli Jagoda Pietruszkówna).

Bo sama Florence mówiła: „Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam!".

Paulina Zięciak
Dziennik Teatralny Kraków
24 lutego 2021
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...