Spisek żydowski ma się dobrze

"Hotel pod Wesołym Karpiem" - reż. Joseph Hendel - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Ponoć śmiech może być lekiem na wiele przypadłości. Ma moc terapeutyczną albo potrafi rozbroić władzę. Jednak kiedy rzeczywistość robi się coraz bardziej straszna, to powinien konsekwentnie jeszcze bardziej wbić jej przewrotną szpilę. Z nowym spektaklem u Fredry jest jednak trochę jak z tym mickiewiczowskim lisem co "już był w ogródku i witał się z gąską", ale jej nie złapał.

Kolejna premiera w Teatrze im. Aleksandra Fredry, czyli "Hotel pod Wesołym Karpiem" w reżyserii młodego Amerykanina żydowskiego pochodzenia Josepha Hendla, to efekt rezydencji artystycznej pod hasłem "Mea maxima culpa". I chociaż nie jest on tak dobry jak finał poprzedniej w postaci "Spowiedzi masochisty" zinterpretowanej przez Aline Negra Silvę, to jednak wybija się ponad przeciętne "Nasze miasto" czy przekombinowaną "Alicję. Pod żadnym pozorem nie idź tam". Poza tym dużą zaletą jest tu znów sięgnięcie po ważny społeczno-polityczny temat, choć zwolennikom "teatru w teatrze" nie w smak takie posunięcie.

Kanwą sztuki są więc polsko-żydowskie relacje, które mimo faktu iż po II wojnie światowej Żydzi niemal całkowicie zniknęli z naszego kraju, to ciągle rozpalają niezdrowe emocje Polaków. Z drugiej strony zaś reżyser wziął na warsztat swoich rodaków, którzy podczas "sentymentalnych wycieczek" do Auschwitz obnoszą się z własną martyrologią nie mniej niż w ostatnich latach Polacy z Powstaniem Warszawskim. Zresztą kapitalną sceną nawiązującą do tego faktu jest rozmowa Żydówki Ryfki (bardzo dobra Anna Pijanowska) z "podwórkowym antysemitą" Zbyszkiem (dotrzymujący jej kroku Karol Kadłubiec). Chociaż generalnie w przedstawieniu portret żydowskiej społeczności zdaje się przeważać, co w dużej mierze jest zrozumiałe, gdyż jego reżyser obraca się jednak wśród niej w USA. Dlatego więc mamy zarówno "hamerykańską" egzaltację podkreśloną obowiązkowo akcentem u Ryfki, która to przybyła do Polski i zatrzymuje się w tytułowym hotelu by zebrać materiały do swego doktoratu i odnaleźć wskazany przez babcię przed śmiercią dom, izraelskiego nacjonalistę Leszka (bodaj najlepsza rola Macieja Hązły jako "bandziora w glanach" od dłuższego czasu), gdzie przy okazji obrywa się słusznie państwu Izrael czy infantylnego, lecz także zakochanego w swym kraju Gargemoszela (kapitalny i z kolei komediowo najlepszy Sebastian Perdek, który wciela się również w rolę Babci i z którego powrotu na gnieźnieńską scenę można się cieszyć, bo próbkę swych możliwości dał już w "Moście nad doliną").

Tymczasem druga, czyli "polska strona" wypada już niestety nieco słabiej i nie służy jej na pewno wrzucenie zbyt wielu wątków do "jednego worka". Lepiej bowiem byłoby gdyby Hendel próbował zgłębić "logikę" polskich nacjonalistów i antysemitów oraz rozbudować np. postać Zbyszka, a do tego naszkicowaną zaledwie "przedsiębiorczość" Basi (czarująca seksapilem Iwona Sapa), czyli właścicielki hotelu. Ta ostatnia bowiem po odpowiednim podrasowaniu mogłaby też być pyszną satyrą na rodzimych korwinistów, co państwa i Unii Europejskiej nie lubią, ale wyciągają do nich ręce, zaś wszystkim sprzedają tekst o wyższości prywatnego nad publicznym i mantrę znaną w internecie jako "zausz firmę". A tak niestety nie wiadomo na ile z rodzimych podpowiedzi, a na ile z własnych poszukiwań reżysera, mamy nie do końca strawny miks wątków z odniesieniem do afery wokół "Śmierci i dziewczyny" z Teatru Polskiego we Wrocławiu, uchodźców, a nawet znów niewykorzystanego esbeka (dobry, acz nie porywający Wojciech Siedlecki) czy... żydowską lalkę zwaną Ahaswerusem (charakterystyczny Wojciech Kalinowski miewa lepsze role). Prawda bowiem jest taka, że polsko-żydowskie relacje same w sobie są kopalnią różnych inspiracji i nie trzeba było koniecznie posiłkować się ostatnimi aktualnościami. W końcu jak mawiał klasyk, czasem "mniej znaczy więcej".

Jednak pisząc o spektaklu Joe Hendla, nie można zapomnieć, że jest on z założenia komedią, choć m.in. przez powyżej wymienione niedociągnięcia, nie do końca udaną i zabawną. Tyle, że talentu młodemu reżyserowi i performerowi z Nowego Jorku, na pewno odmówić nie można, w tym dobrego prowadzenia aktorów oraz wydobycia z nich nowych umiejętności. Do tego podejrzewam, że mankamenty wynikły też z mentalnych różnic i w czasie jaki miał do swojej dyspozycji Hendel, trudno było dogłębnie poznać polskie poczucie humoru. Chociaż gdybym mogła to osobiście poleciłabym mu kilka "bekowych" stron na Facebooku, a w przypadku śmiechu z ważnych tematów jazdę "po bandzie" w postaci serialu animowanego "Blok ekipa" lub bardziej wysublimowane, lecz równie zabawne skecze kabaretu Pożar w Burdelu. Co ciekawe, rezydentowi udało się jednak pokazać w "Hotelu..." pewną ważną kwestię. Znów w nie do końca śmiesznej formie, ale za to do dziś wzbudzającą emocje. W jednej z ostatnich scen bowiem Ryfka znajduje w podziemiach budynku (jak się okazuje należącego przed wojną do jej rodziny) skarb, którego pragną wszyscy, choć nikt z bohaterów nie wyraża tego bezpośrednią agresją. Za to na zewnątrz lokalu gromadzą się jacyś "oni" wśród których pada rozpoznanie na antysemitów i nacjonalistów, którzy pewnie już tak "delikatni" by nie byli. I to właśnie ten obrazek zdaje się genialnie wyrażać teorię filozofa i psychoterapeuty Andrzeja Ledera jakoby Polacy podświadomie pragnęli Zagłady Żydów, bo wtedy mogli przejąć ich majątek oraz awansować społecznie, ale cieszyli się, że Holokaustu dokonali "oni", czyli Niemcy. Wreszcie też o czym mogłam przekonać się rozmawiając z przyjacielem o sztuce - wiara w tzw. spisek żydowski ma się dobrze. Nieznajomy mężczyzna, który usłyszał nasze refleksje na dworcu, zaczął bowiem przekonywać ile to również miasto Gniezno musiało kiedyś zapłacić za jedną inwestycję gminie żydowskiej "pod stołem" żeby ta nie miała roszczeń.

Kamila Kasprzak
Przemiany na Szlaku Piastowskim
28 grudnia 2015

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...