Spojrzenie Gorgony

"Sprawa Gorgonowej" - reż. Wiktor Rubin - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Kobieta wamp, zmysłowa i o nieco egzotycznych rysach, uwodzicielska i pewna siebie – od razu wiadomo, że to zła kobieta była. Niebezpieczeństwo czyhało w każdym zaokrąglonym kształcie, w ciemniejszej karnacji, a w końcu i w wyzywającym spojrzeniu, które prowokowało opinię publiczną do medialnego linczu, a nawet do próby bardziej fizycznego wymierzenia sprawiedliwości. W spektaklu w Starym Teatrze ponownie przed sądem stanęła cudzoziemka, kobieta upadła, wampirzyca z Łączek – Rita Gorgonowa.

Jej historia i dzieje procesu to właściwie fabularny samograj. Kobieta w futrze – czy raczej wilczyca w owczej skórze – oskarżona zostało o morderstwo Lusi Zarembianki, córki swojego kochanka, lwowskiego architekta. Gorgonowa została guwernantką w jego domu po tym, kiedy została zostawiona przez męża, a zauroczony jej aparycją mężczyzna, uważając się za wdowca (w końcu przebywająca w szpitalu psychiatrycznym żona nie przejawiała szans na wyleczenie), wdał się w kilkuletni romans, który zaowocował dwójką dzieci. Opuszczany na scenę przykryty sztucznym czy sztucznie sielankowym, pobożonarodzeniowym śniegiem dom z dykty symbolizuje fasadowość życia rodzinnego Zaremby czy może nawet rodziny jako takiej, zawsze odbiegającej od ideału. Tutaj mamy zatem buntującą się córkę, znajdującą się w dwuznacznej relacji z bratem i westernowym ogrodnikiem (ich wina jest zresztą sugerowana, zwłaszcza Stasia Zaremby), znudzonego kochanką ojca i nieco już zmęczoną życiem, cyniczną kobietę. Kobietę, która wrzaskiem wtajemnicza widza w kolejne stadia upodlenia wynikające z pozycji utrzymanki, ale również z penetrującego jej życie intymne procesu. Nie wtajemnicza nas w szczegóły feralnej nocy, miotając się raczej między stanowiskami, przydzielanymi jej przez różne grupy interesów.

Miota się również między mediami. To nie Gorgonowa jest tak naprawdę najważniejsza, nie sama nagonka na nieprzystającą do norm kobiecość, a raczej osaczające ją dyskursy. Najnowsze przedstawienie Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak rozgrywa się na kilku planach. Poza akcją w centrum sceny, przerywaną pojawieniem się co jakiś czas detektywa, Elżbiety Zaremby oraz Radioodbornika, personifikacji mediów w ciele Katarzyny Krzanowskiej, po prawej lokuje się amerykański producent; po lewej zasiada pani adwokat, Temida P. (upostaciowienie feministycznej z ducha obrony Stanisławy Przybyszewskiej), która przez znaczną część spektaklu pisze na maszynie zeznania Zaremby; w ostatnim rzędzie zasiada sędzia oraz ława przysięgłych; nad głowami widzów z kolei wyświetlane są nagrania pokazujące proces docierania do prawdy: wariograf, badanie endoskopowe, a w końcu stawianie Gorgonowej symbolicznego nagrobka na jednej z chorwackich wysp. Kulminacją tych zabiegów jest seans hipnozy, kończący się fiaskiem. Twórcy spektaklu chcieli odciąć się od prawdy, ponieważ zawsze komuś służy, ale zarazem gestem brązowniczym postawili na scenie kolejną carycę w wykonaniu Marty Ścisłowicz. Chaotycznie poskładane metody, poczucie nadmiaru środków i dominacji dramatu nad reżyserią sprawiają, że spektakl zamienia się w manierystyczny tekst do czytania.

I to taki, z którego za wiele nie wynika. Jolancie Janiczak nie można odmówić słuchu językowego, wewnętrznego radaru fałszu w dyskursie czy w ogóle wyczulenia na jego obecność. Niektóre fragmenty są błyskotliwe, ale tym razem jednak sama „fałszuje", tworząc kolejne aforyzmy z elitarystycznymi ambicjami – „Sprawa Gorgonowej" brzmi jak twórczość wielbicielki Deleuze'a, na którego powołuje się zresztą dramaturżka, czy może nawet bardziej Deborda, tak w formie, jak i spostrzeżeniach na temat społeczeństwa. Ścisłowicz wykonuje pracę siłaczki, żeby nadać tej retoryce spójność, ale w efekcie wydaje się „plątać w zeznaniach". Reszta dzielnie statystuje, lecz zwykle po prostu próbuje nie wadzić i nie zaplątać się w kable, kilofy lub krzesła. A faktyczni statyści-skazańcy, zasiadający znacząco – ale i znacząco wieloznacznie – na ławie przysięgłych, pokazują ni to nasze zakrzywione spojrzenie na byłych więźniów, ni to wątpliwą sprawiedliwość prawa, które bardziej dba (po kafkowsku) o wyrok niż o prawdę, ni to w końcu naiwne stwierdzenie, że nikt nie jest bez winy, więc Gorgonowej osądzać nie powinien, a tym bardziej rzucać kamieniem.

A to głazy głównie zostają na scenie – ten kuty przez Gorgonową w akcie pokuty, ale i psychodramy, chorwacki nagrobek oraz skamieniały świat, który nic z ruchem idei nie ma wspólnego. Ostatnią rysą na spektaklu jest bowiem finał – kiedy przysięgli wyznają swoje wyroki, Rubin i Janiczak przechylają się ostatecznie w stronę moralizatorstwa. Próbując uwolnić Gorgonową i oddać jej prawo do własnej prawdy, sami zawłaszczyli jej postać i zamrozili swoim spojrzeniem, zamieniając ją w dyskurs o prawdzie. Tak chyba jeszcze nikt nie nazywał Emilii Margerity Ilić.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
13 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia