Spotkanie, nie pojedynek

Rozmowa z Maciejem Wojtyszko

- Trafiło na siebie dwóch wspaniałych ludzi, dwa kolosy, których twórczość zaważyła na kształcie współczesnego teatru. Nie tylko polskiego. Światowego - mówi MACIEJ WOJTYSZKO o swojej najnowszej sztuce o Gombrowiczu i Mrożku

Justyna Jaworska: Skąd ta słabość do artystów? Drukowaliśmy pańskie sztuki o Petrarce, Diderocie i Bułhakowie, pisał pan też o spotkaniu Wagnera z Rossinim i o naszych narodowych wieszczach. Teraz dostajemy portret podwójny Mrożka i Gombrowicza.

Maciej Wojtyszko: - Wielcy pisarze, muzycy, poeci są takimi kroplami wody, które dużo mówią o oceanie.

Przy całym podziwie dla geniuszy czujemy jednak rodzaj ulgi, że nie musimy z nimi obcować osobiście.

- Siłą rzeczy portretuję ludzi złożonych, bardziej skomplikowanych. Wykonywanie zawodu artysty, bycie artystą, może być dla człowieka większym ciężarem niż na przykład bycie chirurgiem. Tu zawsze pracuje się na wrażliwości. Dlatego mnie to tak fascynuje i choć ktoś może to uznać za anachronizm, wciąż nurtuje mnie pytanie, jaką cenę płaci się za uprawianie sztuki.

W tym pojedynku Gombrowicza z Mrożkiem...

- Spotkaniu. Uważam, że to było spotkanie, a nie pojedynek. Trafiło na siebie dwóch wspaniałych ludzi, dwa kolosy, których twórczość zaważyła na kształcie współczesnego teatru. Nie tylko polskiego. Światowego. Reżyserowałem sztuki obydwu. Mrożka - począwszy od "Kynologa w rozterce" po "Miłość na Krymie", Gombrowicza - parokrotnie "Ferdydurke" i "Iwonę" i odruchowo myślałem o tym, jacy byli, jak działali. Mrożek napisał w "Dziennikach", że to było dziwne spotkanie, w którym czuł się przez Gombrowicza raczej atakowany, a sam pozostawał (jak to powiedział w wywiadzie, cytując Gombrowicza) "poza sytuacją". Nie było zatem mowy o meczu, bo zetknęły się ze sobą zbyt różne style gry. Uważam, że bardzo wiele mówi to o Polsce, bo oni obaj "są Polską": Mrożek tą przerażoną własnymi kompleksami, Gombrowicz tą próbującą się wydostać z rozmaitych urazów i fobii. O tym właśnie napisałem, przynajmniej taką mam nadzieję.

Jeśli komuś tu się zatem w tym spotkaniu obrywa, to raczej Gombrowiczowi, prawda?

- Nie umiałbym znaleźć powodu, dla którego ta sztuka miałaby stawiać któregokolwiek

z nich w złym świetle czy kwestionować jego rangę. Gombrowicz zawsze deklarował, że prowokacja jest jego sposobem bycia, a Mrożek zawsze cenił sobie prywatność i unikał awantur. Mrożkowi dopisałem zresztą może dziesięć procent tekstu, reszta jego kwestii to słowa wzięte z jego "Dzienników", korespondencji i z wypowiedzi, którą opublikował po śmierci Gombrowicza. Nawet kiedy mówi, że zęby go bolą, opieram to na jego własnym zapisie. Wydaje mi się, że stworzony przeze mnie obraz sytuacji jest możliwy - co nie znaczy, że prawdziwy - i że obaj pisarze, tak ważni dla kultury narodowej, zasługują na taki portret. Dawno temu odważyłem się opisać spotkanie Mickiewicza ze Słowackim w sztuce telewizyjnej "Epilog". Pierwszy wyrzuca tam drugiego za drzwi ze słowami "Paszoł won, durak!". Ich kłótnia jest historycznie udokumentowana, choć oczywiście na potrzeby sztuki musiałem to i owo dodać. Pamiętam, że rzecz wzbudziła kontrowersje, ale przecież mamy prawo wyobrażać sobie, co nasi wielcy mogli powiedzieć lub mogli chcieć powiedzieć - właśnie dlatego, że są dla nas tak istotni.

Przyznam, że w "Dowodzie na istnienie drugiego" ujęły mnie najbardziej postaci kobiece. Maria Paczowska i Maria Obremba, choć na drugim planie, jako jedyne zachowują spokój i rozsądek w tej grze męskich ambicji.

- Tak, kobiety są w mojej sztuce ważne, bo one tam były ważne - co widać choćby na zdjęciach. Marię Obrembę widać mniej, nie zachowało się też nic, co by pisała, więc jej osobowość musiałem sobie wyobrazić na podstawie malowanych przez nią obrazów. A jej obrazy są niezwykle delikatne, nazwałbym je taką próbą studiowania piękna i szczęścia. Co ciekawe - niewiele na jej temat znajdziemy w zapiskach Mrożka, prawie żadnych śladów wspólnych rozmów. Jedno, co wiedziałem o niej na pewno, to to, że wolała żyć we Francji niż w Polsce.

Z kolei pańska żona jest scenarzystką, podobnie jak syn, synowa i córka - drukowana przez nas Maria Wojtyszko, partnerka wielokrotnie przez nas drukowanego Michała Walczaka. To o czym państwo rozmawiają przy stole?

- Każde z nas ma swoją działkę i głównie trzymamy się tematu wnuków, bo wnuki kochamy i liczymy na to, że one też będą pisać. Przynajmniej ja na to liczę. Natomiast nasz piszący klan to trochę moja wina - jeździłem na obozy dla młodych tłumaczy i dramatopisarzy, gdzie prowadziłem zajęcia, i zabierałem ze sobą swoje dorastające dzieci. Trudno, by ułożyło się inaczej - młodzi twórcy musieli się poznać i polubić. Cenię talent i indywidualność każdego z osobna, staram się ani nie ingerować w ich twórczość, ani też ich nie protegować. Jestem bardzo przywiązany do reguł Korczaka: na tyle szanowałem swoje dzieci, że im w niczym nie przeszkadzałem i jestem z tego dumny.

Ma pan za sobą studia filozoficzne. Pomagają panu w pracy?

- Filozofia to zbiór dobrych podpowiedzi. Powiedziałbym, że największe z niej korzyści wyniosłem jako autor książek dla dzieci: "Bromby", "Bromby i filozofii", "Bromby i psychologii", natomiast przy pisaniu sztuk biograficznych trudno o proste przełożenie konkretnej tezy filozoficznej na zamysł sceniczny. Tu przydaje się raczej wiedza o ludziach, jakiś rodzaj wyobraźni psychologicznej.

Ale Gombrowicz próbował być filozofem, pokazuje pan zresztą, z jakimi konsekwencjami. To zabawne, że tyle pisał o międzyludzkim i właśnie z ludźmi miał takie kłopoty.

- Ma pani rację. Użytkowy stosunek Gombrowicza do filozofii jest dla mnie o tyle zrozumiały, że ja podobnie traktuję filozofię - jako rodzaj materii do pasożytowania. Gdy ktoś mi powie na przykład, że obecnie w teatrze panuje postmodernizm, mogę odpowiedzieć podobnie jak on - byłem pierwszym postmodernistą, bo wystawiałem "Tamarę".

I "Żelazną konstrukcję".

- Chociażby. Wydaje mi się, że w ten sposób lepiej rozumiem technikę Gombrowicza, który sięgał po filozofię, by oznajmić, że sam coś i tak wymyślił wcześniej.

Witoldo i ja!

- Mówi pani o mnie? To prawda, kiedy się pisze o jakiejś postaci, to na pewien czas się w nią wchodzi. Zamieszkuje w niej. Pewien rodzaj rezonerstwa, skłonności do prowokacji oczywiście się udziela.

A która sztuka najwięcej pana kosztowała?

- Bułhakow był kosztowny. Zwłaszcza, że przy szukaniu materiałów do sztuki wychodziły osobliwe fakty: kiedy się czyta raport NKWD z pobytu w domu Bułhakowa podpisany nazwiskami Prawdin i Czertów, to się ma dziwne uczucie. A panowie Prawdin i Czertów istnieli rzeczywiście. I naprawdę doprowadzali ludzi do obłędu. Koszty minimalizował jednak za każdym razem fakt, że zwykle pisałem tekst na potrzeby jednego wystawienia - mojego. Dlatego nie przejmowałem się, czy ktoś potem zechce się do tego zabrać. Za każdym razem miałem też konkretną wizję przestrzeni. Wyjątkiem była sztuka o Wyspiańskim "Chryje z Polską". Tu jako współautorów powinienem był dopisać Bogdana Toszę i Mariusza Bonaszewskiego. Sztukę najpierw zamówił dla siebie Bogdan Tosza, a potem ja jej wariant zrealizowałem jako spektakl telewizyjny. Również z Bonaszewskim.

Pamiętam ten Teatr Telewizji. "Zstąp Gołębica, Twórczy Duch"...

- Tak, to też było prawdziwe spotkanie: Żeromski przyprowadził Piłsudskiego do Wyspiańskiego, obaj prosili poetę o wsparcie idei socjalistycznej. A on im wręczył hymn religijny. Zachowały się relacje adiutanta Piłsudskiego z tej rozmowy, ale znowu pozwoliłem sobie na pewną ekstrapolację... Wie pani, kultura, która o takich sprawach nie mówi, jest chora. Niedawno przyszło mi do głowy, by napisać sztukę o innym spotkaniu, które się zdarzyło: Andersena i Dickensa. Wrzuciłem ich nazwiska do wyszukiwarki i oczywiście okazało się, że istnieje już dramat na ten temat, laureata Bookera, Sebastiana Barry'ego. Kultura anglosaska jest niesłychanie samoobsługowa i jeśli tamtejsi autorzy takie historie mają, to je eksploatują: piszą o zakochanym Shakespearze, o Kiplingu, o Bernardzie Shaw, o Eliocie, o Sarah Kane. O historii kultury, historii literatury warto opowiadać wciąż na nowo, przecież to skarb.

Justyna Jaworska
Dialog
10 kwietnia 2013
Portrety
Maciej Wojtyszko

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia