Spowiedź chuligana

"Spowiedź chuligana. Jesienin" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polonia w Warszawie

Przed laty moim ulubionym aktorem był Innokientij Smoktunowski. Przyjechali do Krakowa z "Mewą" Czechowa. Oglądam pierwszy akt, potem drugi i widzę, że Smoktunowski nic nie gra. Spodziewam się, że przywali na końcu, ale nic z tego. Wróciłem do domu i zrozumiałem, że był genialny, bo nie grał, nie popisywał się, ale był swoim bohaterem.

Z Andrzejem Grabowskim, wykonawcą monodramu "Spowiedź chuligana" w reż. Krzysztofa Jasińskiego w Teatrae Polonia w Warszawie, rozmawia Jacek Wakar z tygodnika Wprost.

Jacek Wakar: "Spowiedź chuligana" według wierszy rosyjskiego poety Sergiusza Jesienina to pana najbardziej osobisty spektakl. Za pierwszym razem zrobił go pan 25 lat temu w teatrze Scena Stu w Krakowie. Pamięta pan siebie z tamtego czasu?

Andrzej Grabowski: - Rozumiałem wówczas tę poezję podobnie jak dzisiaj, ale nie czułem jej tak jak dzisiaj. Miałem wtedy 40 lat, wyglądałem, jak wyglądałem. Mówiłem: "Może jutro szpitalna prycza/Wielki spokój na zawsze da mi" i siłą rzeczy było to dla mnie odległe. Gdy mówię te słowa dziś, stają się one znacznie bardziej wiarygodne. Poezję Jesienina łatwo zrozumieć, nie był autorem zbyt skomplikowanym. Na tym jednak polega siła tych utworów.
Wypełnia je rosyjska dusza, rosyjska duszoszczipatielność, mamy tu wiele porównań do przyrody. Do tego kobiety, alkohol - czyli to wszystko, co budowało jego życie. To bardzo ludzkie. Śpiewam w spektaklu to, co Jesienin pisał o sobie - urodził się w rodzinie chłopskiej i został poetą, choć z niezbyt wielką, ale chwytną siłą. Miał ową chwytną siłę, niczego nie ukrywał, nie kamuflował.

Te wiersze nie są szare. Jesienin pisał jak żył - szedł na całość.

- Przekuł poezję w życie albo życie w poezję. Te wiersze zastępują biografię. Zawarł w nich cały swój los. Miłość do Rosji, do kobiet, zatracenie i wyzwolenie w alkoholu. Swój ostatni wiersz "Żegnaj, przyjacielu", który ze sceny mówię po rosyjsku, napisał krwią.

Łączy was przywiązanie do rodzinnych stron.

- Niektórzy chcą się od tego odciąć. Próbują, ale nie wiem, czy skutecznie. Być może męczą się, próbując nie dopuścić do siebie tych uczuć. Nie każdy umie i chce się przyznać do nostalgii. Nie każdy ma odwagę, by pokazać łzę, która spływa po twarzy na wspomnienie dzieciństwa, rodziców, starego psa.

Pan się nie wstydzi.

- Gdybym się wstydził, nie zrobilibyśmy tak Jesienina. Mówię "zrobilibyśmy", bowiem reżyserował Krzysztof Jasiński, ale wyciągnął tę "Spowiedź chuligana" ze mnie. Pierwszą wersję w Stu zrobiłem sam. Mniej więcej dziesięć lat temu Krzysiek zaproponował mi powrót do Jesienina z wykorzystaniem fragmentów, które wówczas nagrała telewizja. Wtedy nie wyszło. W ubiegłym roku Krystyna Janda zaproponowała, żebym coś zagrał u niej. Zaproponowałem Jesienina.

Ten spektakl jest o panu.

- Oprócz fragmentów przedstawienia sprzed 25 lat wykorzystujemy masę moich zdjęć. Mały chłopiec to ja, są portrety z "Irydiona" ale i z jakiegoś bankietu. Stoję z zamkniętymi oczami, trzymając kwiaty, i wyglądam, jakbym leżał w trumnie, a wte -dy właśnie mówię: "Żegnaj, przyjacielu". Spotykamy się z Jesieninem, choć nie mogę powiedzieć, że ja to Jesienin. Niewątpliwie jest mi bliski. On urodził się w wiosce między Kaługą a Riazaniem i do niej tęsknił, ja urodziłem się w podkrakowskiej Alwerni i również w swoich wyobrażeniach coraz bardziej ją idealizuję. Gdy dzisiaj tam przyjeżdżam, dęby przy kaplicy wydają mi się znacznie cieńsze niż wtedy, 60 lat temu. Było inaczej, a jednak tak je zapamiętałem. Dziś zmalały. Wszystko było wtedy lepsze i piękniejsze niż dziś, lepsi ludzie. Kwestia pamięci dziecka, które idealizuje przeszłość, nie było wtedy za nic odpowiedzialne. Co kilka tygodni wybucha wojenna panika i trzeba przynieść ze sklepu worek cukru i mąki, ale szybko się o tym zapomina. Co środę za to przyjeżdża do Alwerni kino objazdowe, ludzie z krzesłami schodzą się do świetlicy, zasłania się okna kocami, filmy wyświetla się na prześcieradle. Pierwszy raz zobaczyłem telewizor u państwa doktorstwa, wcześniej nie przypuszczałem, że coś takiego może istnieć. Tęsknię za tym światem, bo tam mi było dobrze i ciepło. Mimo że biednie. Paliliśmy w piecach, więc musiał być smog, ale jakoś o tym nie myślałem. "Jam czule chory wspomnieniem dzieciństwa" - pisał Jesienin. Też jestem na to chory. Łatwiej mi się do tego przyznać, kiedy ukrywam się za tekstami Jesienina. Zgadzam się z Sergiuszem, ale zawsze mogę powiedzieć, że to nie ja, to on.

Gdyby to było możliwe, zaprzyjaźniłby się pan z Sergiuszem?

- Byłoby to możliwe, ale trochę bym się bał. Studiowałem w latach 70. To był czas dzieci kwiatów, mówiło się: "Kto nie pije, ten kapuje" Wszyscy pili, palili, była marihuana, stosunek do kobiet bardzo swobodny. Tak się wtedy żyło. Kochaliśmy takich chuliganów jak Jesienin albo Okudżawa, albo Dylan.

Chciał pan być jak oni?

- Może mnie ludzie tak postrzegali, ale do głowy mi nie przyszło, że potrafiłbym być taki. Nie myślałem, że jestem tak ciekawy. Stąd zresztą wzięły się moje role, kiedy ukrywam się za postaciami. Uważam, że jestem aktorem charakterystycznym, bo to ciekawsze niż pokazywać ludziom siebie. Jeśli ktoś myśli, że ja to Ferdynand Kiepski albo Gebels z "Pitbulla", to się grubo myli. "Spowiedź chuligana" to pierwsze przedstawienie, gdzie mówię coś od siebie.

Bywał pan na zakrętach. Kiedyś mało pana ze szkoły teatralnej nie wyrzucili.

- Powtarzałem trzeci rok. Jerzy Jarocki, wpisując mi dwóję do indeksu, powiedział coś, za co się wtedy na niego obraziłem. Że będę aktorem, ale jestem za głupi, żeby teraz skończyć te studia. Szybko doszedłem do wniosku, że ma rację, i zmieniłem swój stosunek do życia.

Porażki uczą więcej niż sukcesy.

- Oczywiście. Kiedy się przewrócisz, musisz wstać. Parę razy dostałem od życia tęgo w dupę i to była prawdziwa nauka. Miałem grać, a zobaczyłem, że wszystkie role brał kolega. W Tarnowie grałem wszystko, ale odszedłem w trakcie sezonu, bo pokłóciłem się z dyrektorem, trochę z powodu jesieninowskiego trybu życia. Potem w Teatrze Słowackiego dyrektorem był mój brat Mikołaj, ale go władza wyrzuciła, więc kontestowałem nowego dyrektora i nie grałem. Poszedłem do Starego Teatru, ale stamtąd po pięciu latach wyrzuciła mnie Krystyna Meissner. Zacząłem grać Kiepskiego, myśląc, że będzie kilka odcinków, a trwa to od 19 lat. Wtedy zaczęła się nagonka. Że się nie godzi robić takich rzeczy. Teraz dla odmiany mówi się, że to serial kultowy. Jest wielu jego fanów wśród tzw. wysokiej inteligencji. Także dlatego lubię ukryć się za postacią, choć w kamizelki, które noszę, dużo bardziej niż zwykle jestem sobą. Łatwiej byłoby wyjść o lasce, z grubą warstwą charakteryzacji. Wtedy można ostrzej grać, zapłakać. Tylko czy byłoby to potrzebne?

Wiadomo - zagrać mniej to zagrać więcej niż zagrać za dużo.

- Janusz Gajos powiedział mi kiedyś, że stał się aktorem, gdy nauczył się opanowywać i własne emocje. Nauczyć kogoś śmiechu albo płaczu na scenie jest bardzo łatwo. Ważne, aby nie pokazywać na scenie aktorstwa. Przed laty moim ulubionym aktorem był Innokientij Smoktunowski. Przyjechali do Krakowa z "Mewą" Czechowa. Oglądam pierwszy akt, potem drugi i widzę, że Smoktunowski nic nie gra. Spodziewam się, że przywali na końcu, ale nic z tego. Wróciłem do domu i zrozumiałem, że był genialny, bo nie grał, nie popisywał się, ale był swoim bohaterem. Aktorstwo to jest to: dziś gram łysego Gebelsa w "Pitbullu", jadę do Wrocławia, gdzie zakładają mi perukę Ferdka Kiepskiego, a potem w Krakowie w Teatrze im. Słowackiego przywdziewam kostium Argana w "Chorym z urojenia" wreszcie wracam do Jesienina. Do tego Czechow w Teatrze 6. Piętro, a czasem stoję z mikrofonem przez półtorej godziny i robię stand-up. I nie mam żadnych podpórek, znikąd pomocy. Mają się śmiać, bo jak panuje cisza, to powinienem zejść ze sceny, a kasa zwraca pieniądze za bilety.

Jest pan w biegu. Czasem rezygnuje pan z ról?

- Oczywiście. Zrezygnowałem z króla Leara u Krzysztofa Jasińskiego, bo po kilku próbach zrozumiałem, że to nie dla mnie. Zrezygnowałem z kilku seriali, bo nie chciałem się powielać. Jest Ferdek Kiepski i wystarczy.

Pan się wścieka, gdy krzyczą za panem "Ferdek, Ferdek".

- Wściekam się, bo zazwyczaj idzie za tym poklepywanie: "Chodź na browar albo setę, cycu". Bywam opryskliwy, robię minę Gebelsa. A przecież ten Kiepski taki fajny, a tu odmawia, i ma przyzwoity samochód. Może on wcale nie jest bezrobotny... Kiedyś jeden aktor zarzucał drugiemu, że ten ma swoją szufladę. Ten odpowiedział, że jest z tej szuflady dumny, bo ją stworzył, a wielu innych aktorów z niczym się kojarzy. Dziękowałem Bogu za Gebelsa, bo to mi pozwoliło uniknąć zatrzaśnięcia się w szufladzie z Ferdkiem. "Spowiedź chuligana" też temu służy, bo przecież przyjdą niektórzy, żeby zobaczyć Ferdka, że "będą jaja". I jak już przyjdą, to zostaną do końca i posłuchają.

W pana ostatnich rolach, choćby w "Demonie" Marcina Wrony czy "Pokocie" Agnieszki Holland, spod pozornej jowialności przebija agresja.

- Od "Pitbulla" bywam obsadzany zazwyczaj w rolach gości mocno nieprzyjemnych. Zagrałem właśnie w "Ach, śpij kochanie" Krzysztofa Langa o seryjnym mordercy Mazurkiewiczu też bardzo antypatyczną personę - ubeckiego prokuratora, który oskarżając bohatera, właściwie go bronił, uniemożliwił jego skazanie. Może ten mój obraz zmieni epizod w "Listach do M. 3", gdzie mam być ojcem Tomka Karolaka. To ma być menel z klasą, w koszuli flanelowej, ale w muszce. Są tacy ludzie, co wbrew wszystkiemu noszą ślad dawnej elegancji. Nigdy w filmie nie zagrałem jednak kogoś takiego jak w "Spowiedzi chuligana" A z takim bohaterem najmocniej się utożsamiam. To jest ktoś twardy, czasem nawet brutalny, ale w środku delikatny, liryczny. Jesienin napisał "Żegnaj, przyjacielu" i się powiesił. Ktoś powie, że to pretensjonalne, ale rzecz w tym, kto pisze i jaki wiersz pisze. Bo warto pisać tylko o życiu, miłości i śmierci. I wszyscy o tym piszą - jedni wspaniale, a inni beznadziejnie.

Któraś z dotychczasowych ról pana samego zaskoczyła?

- Jaśka w "Weselu" u Wajdy, przecież miałem wtedy 39 lat. Spotkałem się z panem Andrzejem i pytam, dlaczego wymyślił mnie w tej roli. Mówi, że widział "Scenariusz dla trzech aktorów" Schaeffera i myśmy tam grali, a jakbyśmy nie grali. Bardzo go to zaskoczyło. Mówi, że chce, bym był Jaśkiem, którego w Starym Teatrze nikt się nie spodziewa. Wajda dał mi tylko jedną uwagę - żebym wszedł na scenę jak kot. To wystarczyło. Dołożyłem do tego swoje pomysły - wypaliłem papierosa, a gdy wzywałem wszystkich do pracy, brałem ziemniaki z wiadra i zaczynałem obierać, żeby dać innym przykład. Na próbie generalnej Krystyna Zachwatowicz spytała Andrzeja, po co te ziemniaki. On na to, że to najlepsza rzecz w całym przedstawieniu (śmiech).

Tęskni pan za dawnymi zespołami teatralnymi, za życiem po spektaklach?

- Choć mieszkam w Warszawie i zbliżam się do wieku emerytalnego, ciągle jestem na etacie w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, gdzie od 15 lat gram Argana w "Chorym z urojenia" Moliera, bo ciągle jest na to publiczność. Bywam przede wszystkim w teatrach bez stałego zespołu
- w Polonii, w Imce, w 6. Piętrze, w Stu. Jestem jak przechodzień, by znowu przywołać Jesienina. Ale nie ma już dawnych zespołów teatralnych. Kiedyś chodziło się do SPATiF-u po spektaklach. Już się nie chodzi.

Zdarzało się panu publicznie komentować rzeczywistość. Aktor ma prawo mówić o swoich poglądach czy powinien ograniczyć się do grania?

- Moje poglądy są dość powszechnie znane. Uważam jednak, by cokolwiek, co robię, nie było odbierane jako deklaracja polityczna, bo wszystko jest dzisiaj polityczne, a to już trochę nienormalne. Obawiam się, by nie przysłoniło to mojej pracy, a tego nie chcę. Nie chcę też walczyć. Przed wyborami mogę powiedzieć, na kogo będę głosował - proszę bardzo.

Co pana w Polsce najbardziej cieszy, a co irytuje?

- Cieszy mnie, że nie umarło w nas jeszcze poczucie humoru. Powstają świetne dowcipy, powstają dobre filmy, dobre książki, dobre spektakle w teatrze. A irytuje mnie twierdzenie, że Polska była w ruinie. Boję się, żeby kiedyś w ruinie nie była.

___

Andrzej Grabowski - popularność przyniosły mu produkcje telewizyjne: "Świat według Kiepskich", "Blondynka"czy "Złotopolscy". Wserialu "Pitbull" oraz kolejnych obrazach kinowych z tego cyklu zagrał starszego aspiranta Jacka Goca ps. Gebels. Kiedyś znany ze scen krakowskich, coraz częściej występuje w Warszawie. W stołecznym Teatrze Polonia właśnie odbyła się premiera jego monodramu "Spowiedź chuligana".

Jacek Wakar, Polskie Radio
15 lutego 2017

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...