Sputnik Eneasza

"Trojanie" - reż. Carlus Padrissa - Opera Narodowa w Warszawie

Nowoczesność nie daje nam spokoju. Zalewa nas ze wszech stron, informatyzując każdy aspekt naszego życia. Wiedzę czerpiemy już głównie z Wikipedii, ubrania nabywamy w internetowych sklepach, książki i gazety czytamy na ekranach tabletów. Robimy to z wygody i lenistwa, przez prostotę i ogrom możliwości, jaki daje nam ten stan rzeczy. Wszystko to ma więc swój sens i cel - czyli ten kluczowy element, którego pozbawiona jest wystawiana w Operze Narodowej nowa interpretacja mitu o Eneaszu

Mit trojański zaadaptowany na potrzeby informatyki został już kilkanaście lat temu, gdy „trojanami” nazywać zaczęto pewien specyficzny rodzaj złośliwego oprogramowania. Carlus Padrissa, reżyser spektaklu należący do głośnej katalońskiej grupy teatralnej La Fura dels Baus (znanej polskiemu widzowi m.in. z kontrowersyjnego „MTM”, granego na poznańskiej Malcie dobrych 15 lat temu), postanowił proces ten wywrócić do góry nogami i to na potrzeby mitu zaadaptować informatykę. Pomysł jest co najmniej intrygujący. Już od pierwszej sceny rozpiera więc widza ciekawość – tym bardziej, że jest to pierwsze wystawienie tejże opery Hektora Berlioza w Polsce w całej jej 120-letniej historii, a polskich czy choćby angielskich tłumaczeń libretta próżno szukać.

Niestety, już w pierwszej scenie ujawniają się wszystkie mankamenty spektaklu. Opera „Trojanie” reklamowana jest jako „rewolucja, na miarę tej, której dokonał George Lucas w kinematografii swoimi Gwiezdnymi Wojnami”. I owszem, niektóre rozwiązania sceniczne mogą zdawać się dość nowatorskie i nietypowe dla granych w Polsce oper – warto wspomnieć tu o niesamowicie przejmującej scenie zbiorowego samobójstwa trojańskich kobiet – jednakże całość kreowanego przez Padrissa świata bynajmniej rewolucyjna nie jest. Momentami popada wręcz w natrętną kiczowatość filmów science fiction z przełomu lat 70. i 80. – czyli dokładnie w to, z czym filmy Georga Lucasa starały się ostatecznie zerwać.

Na scenie piętrzą się góry plastiku, błyszczących folii, posrebrzanych balonów i imitujących metal materiałów. U stóp (czy raczej: u kół) blaszanej figury konia lud Troi dziarsko wklepuje tony tekstu na swoje podręczne komputery, za ich plecami wyświetlane są zapętlone animacje, a przed nimi – na prowizorycznym ringu – wojownicy trojańscy rywalizują ze sobą w najróżniejszych sportach walki, przy fleszach aparatów i w towarzystwie atrakcyjnych hostess. I to wszystko po to, by chwilę później… po starogrecku rozebrany do naga kapłan Laookon ciskał w Konia prymitywną włócznią i by został pożarty przez mitologiczne węże.

Taka niekonsekwencja zdarza się na każdym kroku. Scena polowania i ucieczki Eneasza z Dydoną do jednej z podkartagińskich jaskiń nie dość, że po uproszczeniu i skróceniu staje się zupełnie niezrozumiała, to pełna jest jeszcze elementów zupełnie niepasujących do obranej przez reżysera scenografii – jak choćby cieni podążających na koniach rycerzy. Nie lepiej prezentuje się boski posłaniec Merkury, spuszczany z nieba na scenę w sputniku wyglądającym jak rodem ze Związku Sowieckiego lat 60. Nawet kilka wprowadzonych do scenariusza elementów komicznych śmieszy raczej jakością wykonania niż tym, co – zdaje się – przyświecało planom reżysera.

Trudno także określić jednoznacznie jaki właściwe cel mają te wszystkie zabiegi. Niemal wszystko – migocące laptopy, błyszczące rury czy plastikowe karabiny – wydaje się być czystą sztuką dla sztuki, a żaden z elementów nie niesie ze sobą jakiegokolwiek przesłania, jakiejkolwiek idei, którą reżyser chciałby natchnąć widza. Nawet animacje towarzyszące każdej ze scen, choć w większości dobrze wykonane i przejmujące, w swojej symbolice bywają niekiedy naiwne, a niekiedy wręcz śmieszne. Obrana konwencja dawała okazję na podkreślenie pewnego uniwersalizmu opisanej przez Wergiliusza, a przez Berlioza przeinterpretowanej historii tułaczki Eneasza i jego ludu. W zobrazowanej w Operze Narodowej formie cała ta otoczka wydaje się być zabiegiem… czysto marketingowym.

A szkoda. Bo przecież kluczem do dobrej opery jest muzyka i zdolności wokalne występujących. I tym na szczęście niczego zarzucić nie można – głosy dobrane są dobrze, orkiestra spisuje się tak, jak powinna spisywać się orkiestra na poziomie światowym, a arie Kasandry potrafią wywołać gęsią skórkę nawet u nieregularnego bywalca. Wokal co raz to zachwyca pięknem, dynamiką, czasem także dramatyzmem. Linia melodyczna broni się więc sama.

Cóż jednak z tego, gdy to, co widać na scenie bardziej przeszkadza niż pomaga wczuć się w nią? Koneserzy zamkną oczy delektując się unoszącymi się po sali tonami. A pozostali? Pozostali albo przemęczą się przez te prawie pięć godzin, albo zrezygnują podczas któregoś z antraktów.

Marek Skrzetuski
Teatrakcje
2 lutego 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia