Stan permanentnej nienawiści

"Utwór o Matce i Ojczyźnie" - reż. Marcin Liber - Teatr Współczesny w Szczecinie

"Teraz, kiedy Hitler, który wymordował mi rodzinę i Stalin, oby go piekło pochłonęło, nie żyją, tylko ty mi zostałaś, moje dziecko..." Historia rodzinna w kilku odsłonach zbudowana na społecznym przyzwoleniu na rasizm, antysemityzm, homofonię i mizoginię

Dwie kobiety, matka-Meter i córka Usia ścierają się w ogniu historii, uprzedzeń do siebie i świata. Obie wymagają terapii, pierwsza pogłębionej, rozprawiającej się z traumami rodzinno-społecznymi, drugiej starczyłby spokój, ale ostateczny rachunek jest taki, że nienawidzi matki za jej histerycznie pogłębione niszczenie własnego dziecka. Rany są tak duże, że Usia jako dorosła kobieta wchodzi w schizofreniczny dualizm. Gada po nosem, pod stołem, naśladuje postaci, znajdując chwilowe rozładowanie napięcia. Zabić matkę byłoby rozwiązaniem najszybszym.

Usia (Beata Zygarlicka)jako narratorka opowiada nie tylko o tym, co pisze, ale także o emocjach i obrazach, jakie uruchamiają się w tym procesie. Przez cały spektakl obie bohaterki tkwią w narracji Holokaustu. Matka-wdowa (Irena Jun) to ofiara wojny i powojennych uprzedzeń wynikających zarówno z obowiązującego okresowo totalitaryzmu, jak również z ciemnoty i nawyków oraz bełkotu sterowanych metodycznie ludzi przez system klerykalno-polityczny. Matka nie umie wyjść poza wspomnienia, które rozrosły się drapieżnie przez całe lata usilnego ich pielęgnowania. Pożywką dla starszej kobiety, jedynym słuchaczem i najwdzięczniejszym obiektem badań, ile człowiek jest w stanie wytrzymać, stała się córka. Której bohaterki można żałować? Łatwiej  oczywiście Usi, która napędzana chyba tylko wyrzutami zapomnianego sumienia i litością nad starą matką, nadal próbuje rozumieć napastliwe zachowania rodzicielki. Zna dokładnie poszczególne fazy gniewu, kiedy uruchamiają się odpowiednie wspomnienia i słownictwo. „Rozpracowała” najdrobniejsze nawyki, ułożenie ust, gest, sposób chodzenia. Wyczulona na to wszystko, nie pozostaje dłużna, podpuszczając i prowokując Meter, aby potwierdzić postawione już dawno tezy. Matka uciekła przed bombowcami, czołgami i oprawcami, ale nie uciekła przed sobą, która pozwala na okrucieństwo domowe w czasie pokoju. Nie liczy się z córką, jej rodziną, godnością, pracą, prawem do prywatności i metodycznie pogłębia przepaść między nimi. Usia ma dość wysłuchiwania historii rodzinnych, świadczących o postawie cierpiętniczej matki, o jej stanach chorobowych, budowanych na fizjologii i pozorach prawdy. Zapisane leki na depresję nie działają tak dobrze, nie pozwalają zapomnieć i podjąć konstruktywnych decyzji, utrudniają pisanie. Otoczona rekwizytami przeszłości i bardziej współczesnymi (jak komiksowy „Maus” z historią o Władku Szpigelmanie - polskim żydzie ocalałym z Zagłady, i jego synu Arcie - rysowniku, który, nie doświadczywszy bezpośrednio tamtych wydarzeń, stara się zrozumieć historię swojego ojca i uporządkować skomplikowane relacje emocjonalne między nimi) górnolotnymi hasłami, w tym solidarnościowymi, antysemicko-narodowymi sloganami przepracowuje przypadek własny.

W literaturze tekst Bożeny Keff stanowi mocny głos w dyskusji nie tylko nad tematami niewygodnymi politycznie i przez tę politykę skutecznie monitorowanych, jak stosunki polsko-żydowskie ( w wariantach dopuszczalnych każdych, jak np. Żydem może być każdy, kogo wskaże władza), ale także nad traumatyczną poholokaustową spuścizną, która wyjątkowo opornie poddaje się upływowi czasu. Znane są oczywiście opinie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Tadeusza Różewicza czy Marka Edelmana o tym, jak trudno odnaleźć się po wojnie, jak trzeba wybierać i w końcu „rozpoznać” własne przeznaczenie. Bożena Keff postawiła mocną diagnozę – zespół ostrego, tępego znieczulenia u matki oraz depresja obsesyjna u córki (chociaż wprowadzenie postaci Frodo było zabawne). W świecie Keff nie ma nadziei. Chór stylizowany na ludowo jest jak brzęczący odgłos schiz narodowych i prywatnych, jak zdarta płyta, której nie ma sposobu wyłączyć, jak „sumienie”, co kręci się wokół własnej osi, z prawem do wrzaskliwego jazgotu.

Spektakl jest konstrukcyjnie czytelny, scena wciśnięta między widownię, z dwóch stron zamknięta ścianami z płyt, na których dokonuje się wizualizacja, miedzy nimi ogromny stół -  świadek. Taka scenografia podkreśla jeszcze wewnętrzne zamknięcie obu bohaterek na siebie. Irena Jun stworzyła wyjątkową kreację „zarażonej” wojną kobiety. Twarda, oschła i nieprzejednana, ale także już stara i schorowana, sugestywnie pracowała na wizerunek potwora. Beata Zygarlicka, w dresie i flanelowej koszuli, swoją bohaterkę zagrała spokojnie, skupiając się na nośności słowa, czasem tylko pozwalała sobie na głośniejsze tony. Nie przekonała mnie jednak swoją wyczekującą postawą. Przez lata w konflikcie z matką, nie umie od niej odejść. W czasach, gdy poczucie godności kobiecej jest tak mocno podkreślane i świadomie przypominane, trudno mi zrozumieć postawę bohaterki pozwalającej na okaleczanie siebie. Mizoginia jest wytworem chorobliwych uprzedzeń, a miedzy kobietami to przejaw szczególnie niepokojący, najdelikatniej powiedziałabym – to strata czasu. Coraz mniej lubię teatr rozdrapujący rany historyczno-rodzinno-pojęciowe, gdzie precyzyjnie dokumentuje się wszystkie fakty. Za dużo słów, psychoanaliza zamiast na fotelu dokonuje się publicznie, jest to nie tylko męczące, ale także bez klarownych podpowiedzi rozwiązań. Śmierć nie „załatwi” problemu, nie rozwiąże wewnętrznego konfliktu, może nawet go pogłębić, co przywoływany podczas tegorocznego festiwalu Bert Hellinger, zapewne potwierdziłby.

Trzeba pokazywać, że doświadczenia ginących powoli ludzi, świadków i uczestników wojen, w naszym kraju przede wszystkim wojny z 1939 roku, mogą w nich tkwić całe życie. Czekam na czasy, kiedy dramaturdzy będą opisywać trudną drogę, zwieńczoną wyborem pozytywnym, sukcesem. Może ktoś w niego w końcu uwierzy?

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świetojanska1
27 listopada 2010

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia