Staram się dialogować z autorem

rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem

O nadchodzącej premierze "Balu w operze" w Teatrze Muzycznym, proteście "Teatr nie jest towarem, widz nie jest klientem", Broadwayu i szczęściu.
Bliżej Polski. Z Wojciechem Kościelniakiem rozmawia Piotr Wyszomirski

Reżyserzy z różnych powodów wracają do tego samego tytułu, czasami są to banalne, wręcz merkantylne przyczyny. Znamy takich, którzy potrafią realizować ten sam tytuł wielokrotnie w różnych teatrach, czasami z tymi samymi aktorami w tych samych rolach. Pan nie za często wraca do tych samych tytułów. To chyba drugi czy trzeci w ogóle przypadek w pańskiej karierze, że robi pan coś ponownie. Nasuwa się proste pytanie - dlaczego?

Dwa powody. Pierwszy, bardziej banalny: przygotowywałem się do "Złego" Tyrmanda, ale z powodu przebudowy i tego, że „Shrek" zajął scenę na długo i zaangażował większą grupę aktorów, niż dyrektor Korwin  początkowo się spodziewał, właściwie technicznie niemożliwe było przygotowanie „Złego” i trzeba było sięgnąć po tytuł sprawdzony. Na proces przygotowawczy zostały trzy miesiące, co w przypadku spektaklu muzycznego jest szalenie mało, bo z reguły nowa realizacja wymaga do roku czasu na przygotowania, czyli od przeczytania tekstu, przygotowania adaptacji, a później powierzenia adaptacji kompozytorowi itd., więc musiałem sięgnąć po tytuł, z którym miałem do czynienia, i  jednym z dwóch, po który mogłem sięgnąć i taki, który dawał mi więcej radości z tego powodu, że chciałem ten tekst  zrobić inaczej, był "Bal w operze" z muzyką Leszka Możdżera. Miałem poczucie, że wrocławski "Bal w operze", który bardzo kocham i bardzo lubię, to była jeszcze wypowiedź bardziej młodzieńcza, że właściwie my daliśmy więcej mówić samemu Tuwimowi i ograniczyliśmy się do wyzwolenia energii, dużego entuzjazmu, drapieżności ogólnie pojętej, mniej koncentrując się na sensach. Dzisiejsza rzeczywistość i to, że ja już się zmieniłem, bardziej prowokuje mnie do tego, żeby się konkretniej wypowiedzieć, zinterpretować "Bal w operze”.

 Wrocławski "Bal w operze" znamy z zapisów, które możemy zobaczyć w internecie z finału Przeglądu Piosenki Aktorskiej w 2003 roku i „wyciągu”, który mogliśmy zobaczyć w Gdyni (podczas połączonego występu z okazji przyznania złotej płyty dla „Melissy” Przemka Dyakowskiego). Pod filmem, który nagraliśmy na bis, widnieją komentarze wiwatujące na cześć Sambora Dudzińskiego, komentatorki wręcz umierają z zachwytu nad solówką Sambora. Występowali również bracia Piotr i Paweł Kamińscy - to ten dawny Capitol, którego chyba już dzisiaj nie ma…

W tym składzie na pewno już nie ma. Teraz jest nowy Capitol, myślę, że równie fajny. Ten teatr się cały czas rozwija. Oczywiście dla mnie tamte postaci z tamtego "Balu w operze", i w ogóle tamten "Bal w operze", to legenda. Natomiast chyba też o to chodzi, żeby te kapliczki, które się gdzieś pojawiają, żeby je niszczyć i jakoś próbować ponownie sięgnąć po to samo, ale inaczej. Już teraz mogę powiedzieć, pomimo że może jest to kontrowersyjne i może nie powinienem teraz, ale że dla mnie ten "Bal w operze" jest czymś więcej. Udało mi się nieco więcej wyciągnąć z tego tekstu, pomimo, że oczywiście nie mamy Sambora Dudzińskiego tak śpiewającego, ale mamy za to Krzysia Wojciechowskiego, śpiewającego inaczej, mamy inne osobowości, a wierzę, że przy dobrej pracy te osobowości i tak się objawią czy objawiają.

 Kilka lat emu przebojem była piosenka zespołu Akurat pt. Do prostego człowieka do tekstu Juliana Tuwima. Teatr Roma ciągle gra z dużym powodzeniem "Tuwima dla dorosłych", ale chyba ten Skamandryta nie jest wielce pielęgnowanym autorem, choć ciągle bardzo aktualnym…

Myślę, że to, co jest ciekawe u Tuwima, to jego bezkompromisowa drapieżność, bezczelność. On przekraczał granice w tamtym czasie w sposób wyjątkowy. Jak na tekst powstały w 1936 roku to było szalenie buntownicze. Znamy, przynajmniej ja znam, Tuwima przede wszystkim z wierszy dla dzieci, z grzeczniejszych, pięknych, głębokich tekstów o miłości i tak dalej...

Albo "Pocałujcie mnie wszyscy w dupę"...

Oczywiście ! "Pocałujcie mnie wszyscy w dupę" to jest taki tekst, który kiedy byłem na studiach i w liceum, krążył między nami w drugim obiegu, ale też i "Do prostego człowieka"  jest szalenie wymowny i właściwie można polemizować z tym, co Tuwim zauważył, czy wojna to zawsze tylko chodzi o pieniądze. Komuś tam "ropa sikła"… Tuwim jest aktualny też przez swoją wściekłość, przez to, że nie bał się uzewnętrzniać tego gniewu, którego być może jego spadkobiercy się potem czasami wstydzili, bądź woleli go takiego nie pokazać, ale to moim zdaniem pokazuje go szalenie współczesnym człowiekiem i artystą bezkompromisowym. To jest fantastyczne i warto z nim właśnie dzisiaj dialogować.

Czy lubi pan twórczość państwa Demirskich?

Powiem szczerze, że mało znam. I to nie jest mój wybór specjalny ani manifest, ja po prostu będąc aktywnym reżyserem, a w ostatnich latach tak się składa, że z jednej produkcji wchodzę w drugą, a kiedy mam kilka minut czasu, to kocham poświęcić go rodzinie. Bywam w teatrze rzadko i nie szczycę się tym, ale chętnie zobaczę spektakle państwa Demirskich, wierzę że są świetne, pewnie inne niż moje, ale mam nadzieję, że ciekawe. Wydaje mi się, że obecnie w Polsce jest bardzo dużo ciekawych reżyserów, na szczęście różnych i fajnie, żeby dla każdego było miejsce, a nie żebyśmy się zwalczali.

 Pytam nie bez kozery dlatego, że Demirscy uchodzą za dyżurnych krytyków elit, a "Bal w operze" jest także krytyką polskich elit i do tego ciągle bardzo aktualną. Dlatego pytanie o Demirskich, bo oni to robią wściekle, mówią współczesnym językiem, niektórzy im zarzucają, że wręcz językiem ulicy, a pan ciągle sięga po teksty wyrafinowane.

Staram się brać teksty ciekawe i staram się trochę podporządkowywać swoją wolę  tym tekstom. Staram się dialogować z autorem. Skoro "Bal w operze" jest napisany wściekle, ale środkami poetyckimi, to ja bym też chciał takimi środkami jako reżyser operować. Wydaje mi się, jeżeli mówimy już o państwu Demirskich, jeśli oni piszą własne sztuki, mają prawo je tak robić, jak robią. To jest uczciwe i fajne. Oczywiście można też „wykręcać” teksty każdego innego autora, dialogowanie ma sens, nie ma się co oburzać. Ja mam  ochotę oddać energię towarzyszącą Tuwimowi, kiedy pisał swój tekst. Zmieniły się tylko czasy, nieco realia, ale źródło tryska czy bucha tak samo i czy uda mi się do niego dotrzeć, do tej emocji, która powodowała Tuwimem, kiedy pisał swój "Bal w operze" ? Jeśli tak to fajnie, to wygraliśmy.

Tym razem Piotr Dziubek został w domu, więcej jest naszych pomorskich twórców, to pewnie z jednej strony techniczna konieczność, ale chyba nie tylko.

Jeszcze raz powiem: techniczna konieczność też i taka, że "Bal w operze" był napisany i jeśli miałbym wracać i budować jakiś tekst od nowa, to na pewno nie byłby to "Bal o operze". Poza tym uważam Leszka Możdżera za absolutnego mistrza i to, że mogę pracować nad tekstami do jego muzyki, jest dla mnie zaszczytem i ogromnie dobrze się z tym czuję. Cieszę się, że Leszek się na to zgodził.

Czy było coś wybitnie specyficznego podczas realizacji ? Jakieś olśnienie, nagła wolta ?

Przed tym „Balem w operze" woltą jest ciągłe poszukiwanie przez to, że ten spektakl jest zmieniony w stosunku do wrocławskiego „Balu w operze". To próba znalezienia dobrze rozumianego celu, by z jednej strony nie popaść w tanią publicystykę, nie pokazywać palcem, z drugiej strony nie uciekać do ogólności, towarzyszących tamtemu spektaklowi. Tamtym „Balem" można przyłożyć całej ludzkości, całemu światu, w mniejszym stopniu Polsce, a moim zdaniem Tuwim napisał tekst o Polsce i w jakiś sposób należy się do tego odnieść. I to poszukiwanie, ciągłe szukanie odpowiedzi na pytania: gdzie jest granica dobrego smaku ? gdzie jest granica wściekłości, poetyckości ? To poszukiwanie było szalenie wymagające, powodowało, że aktorzy wielokrotnie mieli zmieniane zadania, co z jednej strony doprowadzało ich do zamętu w głowie, z drugiej strony zespół gdyński jest tak niesamowity, że pozwalał mi na to bez fochów, bez tego typu „wydarzeń”. Nie mogę sobie przypomnieć jakiejś konkretnej anegdoty, ale dla mnie anegdotą będzie ilość tych zmian.

Z okazji Dnia Teatru, w Polsce głośna stała się  akcja „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem". Pan stara się znaleźć swoją drogę - słynna „trzecia droga Kościelniaka". W dyskusji środowiskowej zauważa się ścisły rozdział między teatrem rozrywkowym, a teatrem artystycznym. Obrońcy teatru artystycznego czasem domagają się wręcz wydzielenia tego podgatunku, innego, specjalnego finansowania. Jak się pan zapatruje na te podziały, czy są one rzeczywiste, czy wymagają jakichś działań administracyjnych, wręcz ustawowych?

Sprawa jest dla mnie trudna i niejednoznaczna. Przede wszystkim wydaje mi się, że nie powinien zginąć teatr artystyczny, bezkompromisowy, z całkowitą wolnością twórcy, bo wierzę, że jest to potrzebne. Z drugiej strony nie zawsze jestem przekonany co do intencji tych twórców, którzy mocno głosują w tej sprawie, a mają po milion złotych długu w teatrze. Dopóki eksperyment towarzyszy niewielkim scenom, niewielkim obszarom i jest miejscem należnym eksperymentowi, nie mainstreamowi, to jest wszystko ok, wszystko jest na miejscu. Ktoś, kto decyduje się być eksperymentatorem, decyduje się trochę na bycie outsiderem. Ktoś, kto decyduje się być w głównym nurcie, bierze na siebie inne odpowiedzialności, innego rodzaju konkurencję, pewnie inne też pieniądze. Wydaje mi się to zdrowe, wystarczy spojrzeć na to jak sobie z tym poradziły inne kraje. Jeśli ktoś zarabia na swojej sztuce, to czerpie z tego duże zyski i idą też na to duże nakłady. Im bardziej rzecz jest „wolnościowo artystyczna", to trudniej znaleźć na to pieniądze. Mam nadzieję, że polski model nie będzie taki jak amerykański i fajnie jednak dotować artystów, żeby te pieniądze na wolność twórców były. Jestem jednak przeciwny takiemu rozumieniu twórcy, że można każde  przedstawienie teatralne uznać za genialne, tylko ludzie tego nie rozumieją, i zadłużać teatr w nieskończoność - to też jest przesada. Nie umiem powiedzieć i chwała Bogu nie ja muszę wyznaczać, gdzie jest granica, gdzie jest złoty środek. Na pewno jest to trudne. Wiem to tym bardziej, że sam byłem kiedyś dyrektorem teatru.

Jest także model niemiecki, gdzie państwo bardzo się opiekuje teatrem. W samym Berlinie są trzy opery dotowane przez państwo... Tylko pozazdrościć...

Jasne i zdaje się, że ludzie tam chętnie chodzą do teatru. Znam teatry dramatyczne, które są bardzo wysoko lokowane artystycznie, a na widowni mają zero albo bilety po 10 zł, gdzie inne teatry mają bilety po 50 czy 70 zł przy dużym obłożeniu. To jest trochę nie tyle niesprawiedliwe, co niejednoznaczne. Jeszcze raz powiem, że nie bardzo mam czas zajmować się takimi sprawami, bo tak skomplikowana rzecz wymaga długiego pochylenia się nad tym i takiej wiedzy, która, powiem szczerze, i do mnie dociera w sposób szczątkowy i nie chcę, by mój głos był jakimś manifestem, bo nie czuję się upoważniony. Natomiast z takiej bezpośredniej otaczającej mnie rzeczywistości mogę takie wnioski wysnuć. Sam waham się i z jednej strony przyznaję rację tym artystom, którzy mają prawo do wolności, z drugiej strony też rozumiem, że pieniądze nie pochodzą znikąd, są to też pieniądze podatników i jeśli taki podatnik płaci pieniądze na sztukę, a potem z tego nie ma kompletnie nic, przyjdzie do jednego teatru, do drugiego, do trzeciego i kompletnie nic z tego nie rozumie, nic mu to nie daje, to jest pytanie, czy to jest słuszne i jest to pytanie zasadne. Jaka jest odpowiedź - nie wiem.

Jesteśmy jeszcze pod wrażeniem „Brela" z ostatniej wrocławskiej Gali, z ogromną przyjemnością zauważyliśmy, że docenił pan naszych artystów z Teatru Muzycznego w Gdyni. I dwie solówki Reni, i trio i duet w wykonaniu Tomasza Więcka, Rafała Ostrowskiego i Saszy Reznikowa były bardzo mocnymi punktami całego, bardzo ciekawie pomyślanego konceptu. Kilka słów o naszych gdyńskich artystach...


Jestem zachwycony pracą z tym zespołem i z tymi artystami. Chcę powiedzieć, że w tym teatrze jest zdecydowanie więcej innych artystów, którzy swobodnie mogą brać udział w tego typu koncercie. Akurat piosenki, które mogłem zaoferować, pasowały do tych artystów i też oni dysponowali czasem. Kilka zdań na ich temat... Zarówno Renia, jak i Rafał czy Tomek Więcek to są fantastyczni artyści. To, co było wielkim walorem „Brela”, co widać było za kulisami we Wrocławiu, to niezwykła rożnorodność polskiego teatru muzycznego: każdy teatr i każde miasto przysłało artystów o nieco innym profilu.

Ale pan wybierał?

Tak. Wybierałem świadomie, wiedząc, że będzie to pewnego rodzaju tygiel, że będą od siebie, mam nadzieję, czerpać. Gdynia tchnie młodością, ogromną energią i siłą, znów Kraków ma też ogromną siłę tylko skądinąd czerpaną, tam jest ogromna wrażliwość, mądrość i taka dobrze rozumiana tradycja. Wrocław to ciągle jest jeszcze „fajny bunt”. Trudno to nazwać ostatecznie, dookreślić, to są etykietki, które się nie sprawdzają na scenie i w oglądaniu. Po prostu z tym zespołem się fajnie pracowało i to, co ich mogło delikatnie różnić, stało się siłą tego spektaklu, a nie kłopotem.

Każde pana pojawienie się w Gdyni jest dla nas świętem. Pamiętamy, że zrobił pan „Francesco", teraz zrobił pan „Frankensteina" - to jest zupełnie coś innego, jeszcze coś bardziej nowego. Te tytuły są tak uniwersalne, tak globalne, światowe, że mogłyby odnieść sukces międzynarodowy. Czy już pojawiły się jakieś działania, marketing, stosy DVD wysyłane do agentów, coś się dzieje w tych tematach?

Myślę, że nie, że w ogóle teatr muzyczny ma tę wadę, że jest mało mobilny, że z założenia dużo kosztuje. Teatr dramatyczny, gdzie nie ma muzyki, nagłośnienia, dużo łatwiej wyjedzie na jakiś festiwal niż teatr muzyczny. Z tym oczywiście jest kłopot. Tak naprawdę dużo łatwiej jest za granicą, jeśli się ktoś zainteresuje, od początku zrobić ten spektakl niż wyjeżdżać.

Ale Broadway mógłby np. kupić licencję na „Frankensteina"?

Tak, mógłby, aczkolwiek powiem szczerze, że zainteresowanie sponsorów, innych teatrów tego typu spektaklami, jest zadaniem dla kogoś, a nie dla mnie. Ja mam dość pracy i radości z tego, że nie mógłbym się tym zajmować, a teatry z którymi pracuję, mają wiele spektakli do pracy. Cieszyłbym się, gdyby pojawiły się osoby, które chciałyby się tym zająć, gdyby tego typu zapytania poszły w świat, gdyby się udało wyruszyć poza Polskę, ale powiem szczerze, że to nie jest moim marzeniem ani priorytetem. Ja po prostu strasznie lubię robić te spektakle, które robię. Dla mnie to jest najważniejsze. Każdy ma swoje życie, czasem krótsze, czasem dłuższe, ale to jest wielka radość, wystarczająca zapłata, a jak się tak stanie, a tym rządzą czasem przypadki, niespodziewane relacje, że będzie to mogło być zobaczone gdzieś za granicą, to super. Trochę Pan Bóg kule nosi. Nie mamy tego typu biznesu, który mógłby się tym zająć, promocją tego na Zachodzie.

„Metro" tam bywało...

No tak, ale trzeba pamiętać, że „Metro" miało innego rodzaju finansowanie. Był potężny sponsor i inne, gigantyczne pieniądze zainwestowane w to, żeby się mogło to udać. Jeśli my chcielibyśmy wyjeżdżać z naszymi spektaklami na Broadway, to trzeba by było je inaczej wymyślać. My nie tworzymy ich na Broadway, tylko dla nas. Broadway rządzi się innymi prawami - twardymi i komercyjnymi, które trzeba uwzględniać, jeśli się chce tam odnieść sukces, a jak nie, to lepiej się tam nie pchać. Ja tego nie rozważałem, więc nie wiem, na ile by się to mogło podobać, na ile nie. Może taki czas przyjdzie, kto wie...

Piotr Wyszomirski
Teatrdlawas
14 maja 2012

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski