Stare i nowe w Krakowie

panuje ostatnio moda na teatr autorski

Panuje ostatnio moda na teatr autorski, walczący, społecznie zaangażowany. Tymczasem Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów wielu epok i narodowości tak, by wydobyć z nich osobny świat autora, właściwą mu wrażliwość, sposób wyrażania myśli, słowem jego niepowtarzalny styl i osobowość - pisze Elżbieta Baniewicz w Twórczości.

Lubimy narzekać, to nasza narodowa specjalność. Nawet jeśli coś się udaje, to wypatrujemy raczej dziury w całym, niż chwalimy. Poletko teatralne jest tego doskonałym przykładem, zwłaszcza gdy podzieliło się na kilka zantagonizowanych obozów. Jeden wyznaje tylko eksperyment, im bardziej szokujący, tym lepiej, drugi próbuje język postmodernistycznego dramatu przysposobić do krajowych sił i środków, a jeszcze inny ściąga rozwiązania z zagranicznych scen i sprzedaje jak swoje. Trudno nie zauważyć, że nasza nowoczesność jest coraz bardziej płynna, coraz trudniej ją opisać, a jeszcze trudniej znaleźć kryteria ocen.

Sytuacja głównych krakowskich teatrów - Starego i Słowackiego - wydaje się dla tego pomieszania z poplątaniem modelowa. Pierwszy ma w nazwie przymiotnik Narodowy i jest finansowany z budżetu centralnego, drugi nie mniej znany z wielkich dla Krakowa i kraju nazwisk pozostaje na garnuszku wojewody małopolskiego. Fakt ten nawet dla urzędników samorządu, zobowiązanych dbać o wiele podkrakowskich miejscowości, nie jest zupełnie oczywisty. Niby dlaczego z budżetów okolicznych gmin mają utrzymywać teatr w centrum bogatszego od nich miasta. Budżety obu placówek są nieporównywalne, z korzyścią dla sceny Narodowej. Teatr przy placu Szczepańskim podobno kwitnie i wyznacza nowe drogi w sztuce, eksperyment bowiem goni eksperyment, a ten przy Św. Ducha uchodzi za oazę teatru tradycyjnego, mieszczańskiego, co wielu wypowiada ze znaczącym skrzywieniem ust.

Otóż nie zgadzam się z tym snobistyczno-układowym poglądem absolutnie. Po pierwsze, w kraju, gdzie mieszczaństwa praktycznie nie było, ów etos realizowali, jeśli już, inteligenci kilku pokoleń rekrutujący się z cieniutkiej warstwy szlacheckiej, a osoby po obu stronach rampy mają głównie chłopskie albo proletariackie pochodzenie, taką strukturę społeczną odziedziczyliśmy bowiem po wojnie. Po drugie, skoro było tak dobrze, czemu zatem rok temu zmieniono dyrektora, by podniósł poziom placówki? Jan Klata podobno przyciągnął nowych widzów i frekwencja skoczyła do dziewięćdziesięciu procent. Wspaniale, tylko w ocenie dokonań nowego dyrektora nawet miny jego zwolenników rzedną. Prowadzenie Starego Teatru okazało się trudniejsze, niż przypuszczał, choć na razie umacnia się w przekonaniu, że awangardowy, eksperymentalny teatr atakują "mohery", zapyziały mieszczański beton, konserwatywny Krakówek. Podobno akolici zamiast wychylać kieliszek ze staropolskim "na zdrowie" wznoszą toasty słowem "hańba". Zaiste, grunt to dobre samopoczucie.

Po awanturze w Starym ruch na działkach jak w maju, kto widział przerwany spektakl, choć częściej nie widział, pisał, gdzie się dało za albo przeciw, zbierali się radni i posłowie, by podpisywać uchwały, protestować albo walczyć, potępiać albo chwalić. Tymczasem o wiele ważniejsze, choć przeszło bez należnego rozgłosu, wydaje się otwarcie przy ulicy Rajskiej 12 Małopolskiego Ogrodu Sztuk [na zdjęciu].

I pomysł, i jego wykonanie budzi zachwyt. Oto budynek, gdzie mieściły się warsztaty i pracownie Teatru im. Słowackiego, służący z początkiem XX wieku jako ujeżdżalnia koni, po wojnie zaanektowany przez Teatr Ludowy, zamiast niszczeć i popadać w ruinę, zyskał nowe życie. Z pomysłem jego rewitalizacji wystąpił Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Słowackiego, czyli notarialnego właściciela budynku i działki. Trudnej do zabudowy, położonej w centrum starego miasta, wąskiej, do tego zaginającej się w kształt litery L. Po ośmiu latach przekuwania idei w czyn, zdobywania funduszy, także unijnych, oraz budowy Kraków otrzymał nowoczesny, wielofunkcyjny obiekt przeznaczony na działalność w najszerszym tego słowa znaczeniu kulturalną.

Oprócz sali teatralnej, gdzie można dowolnie kształtować przestrzeń gry i przenosić miejsca dla widzów (fotele chowają się pod podesty, te zaś można łączyć w różne formy), sali kinowej, konferencyjnej i odmiennych przestrzeni wystawowych na trzech kondygnacjach znajduje się też miejsce na zbiory filmów, nagrań muzycznych, telewizyjnych i radiowych. Powstała w tym budynku mediateka -z unikalną kolekcją multimediów, wydawnictw elektronicznych, audiobooków, zbiorów muzycznych, filmowych, poświęconych architekturze oraz tradycyjnych poświęconych sztuce, szczególnie teatrowi - jest agendą Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej mieszczącej się w budynku położonym vis a vis, przy tej samej ulicy. Sąsiedztwo to poza pozyskaniem unikalnych zbiorów, w tym niszowych jak literatura komiksowa (stworzono specjalną pracownię komiksu), owocuje także połączeniem internetowym z największymi bibliotekami i muzeami na świecie. Słowem, powstało fantastyczne miejsce dla sztuki, wykorzystującej najnowocześniejsze media i technologie, przestrzeń dla eksperymentów teatralnych, koncertów, projekcji filmów i dyskusji (już prowadzonych w cyklach tematycznych), wystaw wykorzystujących nowoczesne technologie do prezentowania zbiorów. Przykładem mogą być Ogrody teatru - "wystawa jubileuszowa z okazji 120 lat Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie", inaugurująca 20 października 2012 roku działalność Małopolskiego Ogrodu Sztuk. Na trzech kondygnacjach budynku pokazano pięć epok działalności teatru Młoda Polska, Dwudziestolecie Międzywojenne, Lata Okupacji, Teatr w czasach PRL i Współczesność przypominając i dzieje budynku, którego hitlerowcy nie zdążyli ogołocić z secesyjnych ozdób architektonicznych, by zastąpić je nowoczesnymi, i ważniejsze historyczne premiery, a także zdjęcia najwybitniejszych aktorów związanych z tą sceną.

Zaprojektowany przez pracownię architektoniczną Krzysztofa Ingardena budynek znakomicie wpisuje się w dawną zabudowę ulicy, mimo że jest całkowicie odmienny od stojących przy niej domów. Łamany dach łączy ze sobą kilka niewidocznych prawie kondygnacji oraz wiele przestrzeni użytkowych o powierzchni 4300 metrów kwadratowych. Od strony ulicy Rajskiej lekka konstrukcja ścian i dachu, z aluminium i ceramicznych kształtek, zamyka otwarte zielone atrium z ławkami, przez które wyrasta stare rozłożyste drzewo. Następnie jej oszklony fragment ochrania westybul budynku z kasami, zamknięty frontową ścianą dawnej ujeżdżalni, odtworzoną z odzyskanej cegły. Od strony ulicy Szujskiego jest wejście do mediateki. Ceramiczne kształtki, w kolorze palonej cegły, ułożone w pionowe linie wykorzystano na całej szklanej elewacji budynku, co sprawia, że obiekt wyróżnia się z otoczenia niecodzienną fakturą ścian. Przy czym nie narusza ładu przestrzennego, wyznaczonego przez okoliczne kamienice z przełomu XIX i XX wieku, zarówno jeśli chodzi o linie dachów, jak i swoją kubaturę. Budynek łączy nowoczesność i tradycję, fantastyczne światło i zmienną za każdym załomem korytarza przestrzeń, piękno i ekologię, minimalistyczną surowość wykończenia łączy z funkcjonalnością.

Fantastyczne dzieło architektów i budowniczych zostało nagrodzone jako jeden z najpiękniejszych obiektów wykreowanych na desce projektantów, a następnie przez inżynierów, którym udało się urzeczywistnić ich idee. Wywiera ogromne wrażenie, budzi dumę, że można, że się udało wymyślić i zrealizować coś, co przetrwa lata i służyć może pokoleniom ludzi zdobywających wiedzę, twórczych. Warto podkreślić, że powstało dla młodych twórców i odbiorców sztuki, dzięki idei oraz wieloletniej determinacji Krzysztofa Orzechowskiego, dyrektora "mieszczańskiego" teatru. Zaraził swym pomysłem dziesiątki ludzi, od włodarzy samorządu, przez architektów, budowniczych, po "swoich" pracowników i artystów. I wygrał.

Konkurs na dyrektora MOS wygrała Iwona Kempa, reżyser po krakowskiej szkole teatralnej, przez ostatnie lata dyrektor artystyczny Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. Osoba przede wszystkim utalentowana i spełniona twórczo. Zrealizowała czterdzieści przedstawień (debiut w 1994 roku), nagradzanych na wielu festiwalach, bez epatowania widzów pomysłami dla efektów. Tworzy teatr poważnych pytań egzystencjalnych w oparciu o dobrą literaturę. Jej spektakle cechuje minimalizm efektów scenicznych, ale bogactwo i intensywność, nie tylko psychologiczna, aktorskich ról, o których długo się myśli.

Od kilku lat pracowała też na scenie przy Św. Ducha. Pamiętam jej pełne drastycznych pytań "Rozmowy poufne" według Ingmara Bergmana, świetną "Udrękę życia" Hanocha Levina, nie mówiąc już o rewelacyjnym "Pakujemy ma-natki" tegoż autora w Toruniu. Z tym większą frajdą oglądałam "Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć" Petera Asmussena na scenie w nowym obiekcie. Pięć aktorek (Bożena Adamek, Dominika Bednarczyk, Dorota Godzić, Marta Konarska i Anna Tomaszewska) relacjonuje historie pięciu kobiet. A raczej mierzy się z ich losem własnym temperamentem i wyobraźnią, sposobem przeżywania i wyrażania uczuć. I wszystkie robią to w sposób wirtuozowski. Wszystko, o czym opowiadają aktorki - miłość i zdrada, cierpienie i radość, zauroczenie i rozczarowanie partnerem - mogło się zdarzyć naprawdę, wystarczy tylko zdjąć perukę, by intensywność iluzji prysła, a zostało to, co niewyrażalne.

To jeden z wielu spektakli coraz lepszego zespołu artystycznego, który nie wywołuje skandali, nie jest lansowany przez modne środowiska, a frekwencja od lat przekracza 90 procent, nie licząc niedzielnych Salonów Poezji Anny Dymnej, które odwiedzają tłumy. Nie jest więc tak, że tylko eksperymenty przyciągają publiczność. Zresztą w sprawie odwagi artystycznej lansowanych artystów też panuje pomieszanie z poplątaniem. Jeżeli Justyna Łagowska projektuje scenografię do spektaklu Jana Klaty, a Maćko Prusak pracuje tamże nad ruchem scenicznym, oboje są twórcami bezkompromisowymi, którzy cenią eksperyment i wolność, gdy wykonują tę samą pracę przy placu Św. Ducha, od razu stają się tradycyjni do szpiku kości i duch eksperymentu ich opuszcza. Ciekawe. Jeden z najbardziej radykalnych i udanych (rzadkość!) performansów na niedawno zakończonym festiwalu Boska Komedia to "Chopin bez fortepianu" Barbary Wysockiej i Michała Zadary Orkiestrowe wykonanie Koncertu f-moll, któremu towarzyszy monolog aktorki rozbijający konwencjonalne wyobrażenia o jego kunsztownej i rewolucyjnej muzyce, zrealizowane zostało w Teatrze im. Słowackiego, ale o tym fakcie recenzentom piłującym tezę o pracach awangardowych reżyserów przy placu Szczepańskim wypada zapomnieć. I tak po kolei można wymieniać spektakle Agaty Dudy-Gracz "Ojciec" i "Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko" według Troilusa i Kresydy (Złoty Yorick w 2013 roku na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku), "Obcy" Camusa Anny Smolar czy debiut reżyserski Marcina Hycnara -"W mrocznym, mrocznym domu" i wiele innych. Może więc nie chodzi o brak nowatorstwa i teatr tradycyjny, skoro pracują tu ci sami młodzi artyści. Zresztą starych już w ogóle na lekarstwo, bo od dawna spoglądają na nas z niebieskiego balkonu. Na scenach w całym kraju pracują młodzi ludzie, tych po pięćdziesiątce jest zdecydowana mniejszość, tylko jedni mają szczęście być lansowani ponad miarę dokonań, inni mają go znacznie mniej.

Przypuszczam jeszcze, że chodzi także o model teatru. Otóż panuje ostatnio moda na teatr autorski, walczący, społecznie zaangażowany, więc jeśli tak zwana wymowa przedstawień wpisuje się w politycznie poprawny i obowiązujący dyskurs, wszystko jest cudnie. Wartości artystyczne schodzą na plan daleki. Tymczasem Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów wielu epok i narodowości tak, by wydobyć z nich osobny świat autora, właściwą mu wrażliwość, sposób wyrażania myśli, słowem jego niepowtarzalny styl i osobowość. Nie uprawia teatru autorskiego (sam zrezygnował z reżyserowania), tylko stara się zaspokajać różne potrzeby i oczekiwania widzów. Dlatego obok wymienionych znajduje się w repertuarze "Czarnoksiężnik z krainy Oz" dla dzieci, z przepiękną scenografią młodziutkiej Julii Skrzyneckiej (laureatki Nagrody im. Teresy Roszkowskiej), "Ziemia obiecana" Reymonta przygotowana przez specjalistę od musicali Wojciecha Kościelniaka, "Pułapka na myszy" w reżyserii Olgi Lipińskiej, ostatnia sztuka Mrożka "Karnawał", "Maskarada" Lermontowa zrealizowana przez Nikołaja Koladę. Wymieniam tytuły ostatnich premier, choć niektóre z przedstawień są grane z powodzeniem - "Tango Piazzola" Anny Burzyńskiej, wciąż odważny i świetnie zagrany "Kochanek" Pintera w reżyserii Józefa Opalskiego czy "Peer Gynt" Ibsena w reżyserii Rafała Sabary - od kilku sezonów. Ten model teatru wymaga odpowiedzialności za zespół, czyli za rozwój aktorów zatrudnianych w sztukach o odmiennej estetyce, i odpowiedzialności za publiczność, zdecydowanie zróżnicowaną.

Chwila na dygresję dotyczącą roli dramaturga. W lansowanych teatrach rozmnożyli się dramaturdzy, którzy zajmują się uwspółcześnianiem dawnych dramatów, rzekomo niezrozumiałych, co sprowadza się do przepisywania klasycznych tekstów przeważnie na język popkultury, przykrawania ich do jednej tezy, przesłania. W ten sposób widz zamiast wieloznacznego utworu otrzymuje płaski jak naleśnik komunikat zgodny z tym, co dramaturg przeczytał we wczorajszej gazecie. W Teatrze im. Słowackiego kierownikiem literackim jest Anna Burzyńska, szefowa pracowni teorii literatury, wieloletni wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także nagradzana autorka sztuk współczesnych, wystawianych na różnych scenach. Jeśli nie chwyta za pióro, jak wielu mniej kompetentnych "dramaturgów", by uwspółcześniać klasyczne teksty, to czyni to świadomie. Z szacunku dla słowa dramatopisarza, w przekonaniu, że trudniej jest odkryć jego niepowtarzalny kosmos, by wraz z reżyserem i aktorami go na scenie urzeczywistnić, niż przykroić utwór danego autora do modnych dziś haseł. Jeśli chce coś powiedzieć od siebie, pisze tekst do programu (czyta się je z podziwem i satysfakcją) albo sztukę pod swoim nazwiskiem. Świadczy to nie o jej braku umiejętności dramaturgicznych, tylko o świadomym wyborze własnej roli w teatrze.

Prowadzenie teatru repertuarowego okazuje się coraz trudniejsze, nie tylko z powodu braku finansów, choć tych także. Ważniejsze, że zalewa nas z jednej strony komercja, z drugiej pseudoawangarda, z innej jeszcze radykalne zmiany we współczesnym dramacie i teatrze, co powoduje, że rozmywają się zupełnie kryteria ocen. Dlatego ratunek przed tymi zagrożeniami widzę właśnie w pilnowaniu profesjonalizmu, w wystawianiu szeroko rozumianej klasyki jako wielkiej szkoły rzemiosła i wyobraźni, bez czego trudno sobie wyobrazić realizację narodowych arcydzieł.

To, co napisałam, nie przeszkadza zupełnie, by w tym typie teatru znalazł swe miejsce teatr autorski. Tylko naprawdę nie każdy potrafi stworzyć własny oryginalny język sceniczny; nie każdy reżyser stanie się Konradem Swinarskim, Jerzym Jarockim, Krystianem Lupą, nie każdy kompozytor Henrykiem Góreckim, Wojciechem Kilarem czy Pawłem Szymańskim jak nie każdy pisarz Tadeuszem Różewiczem albo Wiesławem Myśliwskim. Kreowanie wielkości z miernot wydaje się kulturalnym szkodnictwem i uczciwiej pozostać dobrym rzemieślnikiem niż pretensjonalnym artystą. Wielkim się bywa w wyniku sprzyjających okoliczności i talentu, częściej rzemieślnikiem, o czym warto pamiętać, by zachować miarę rzeczy.

Elżbieta Baniewicz
Twórczość
25 marca 2014

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia