Stary Teatr Jana Klaty burzył i oburzał

Ten rok w krakowskiej kulturze należał zdecydowanie do jednej instytucji

Ten rok w krakowskiej kulturze należał zdecydowanie do jednej instytucji. Stary Teatr potraktował Kraków jak jelenia, którego należy ustrzelić i poćwiartować. Strzelbę naładowano prochem pełnym prowokacji. Minister Bogdan Zdrojewski nie przewidział, że jego decyzja będzie miała skutki polityczne.

Jan Klata, autor wielu nagradzanych spektakli, postanowił w Krakowie przeprowadzić eksperyment - na teatrze, publiczności i - zdaje się niechcący - na sobie samym. Wraz z wicedyrektorem Sebastianem Majewskim wystawił te wszystkie elementy na próbę ognia, sprawdzając, jaka jest wytrzymałość materiału.

Stary Teatr miał nie bawić się w potulnego baranka, ale zacząć zionąć ogniem, redefiniując tradycję tej sceny. Na pierwszy ogień poszedł sam Klata. Pojawił się w Krakowie w atmosferze skandalu - przeciwko jego przyjściu protestował min. Krystian Lupa, niezadowolony z wyboru ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. " Jestem przeciwnikiem Klaty na stanowisku dyrektora Starego Teatru. Jako jego nauczyciel wiem, że to niezwykle wyrazisty reżyser, ale charakterologicznie nie nadaje się on do pełnienia tej funkcji", mówił Lupa. Część aktorów Starego także optowała za innym sternikiem, licząc na rządy Bartosza Szydłowskiego z Łaźni Nowej, dyrektora festiwalu Boska Komedia.

Klata z Majewskim chcieli włączyć turbodoładowanie. Zaczęli jednak falstartem. Żaden ze spektakli, które otwarły ich pierwszy sezon, nie wzbudziły wielkiego aplauzu, a przecież zaproszono do współpracy gwiazdy tego pokroju, co Monika Strzępka z Pawłem Demirskim czy Paweł Passini. Do mediów zaczęły docierać też pierwsze niepokojące głosy pokazujące, że nowi dyrektorzy stosują próbę ognia w samym teatrze. W czasie prób do "Pocztu królów polskich" Krzysztofa Garbaczewskiego gry odmówiło dziesięcioro aktorów.

Spektakl udało się doprowadzić do premiery, jednak recenzje nie pozostawiały złudzeń - "nieznośny ciężar bełkotu w Starym" (Łukasz Maciejewski), "reżyser strzela sobie w stopę, a patronem jego kulawego spektaklu jest ewidentnie książę Władysław Laskonogi" (Jacek Cieślak), "albo się na ten typ humoru i gonitwy teatralnej załapiemy, albo jak mówi młodzież: beton, gleba" (Łukasz Drewniak).

W lipcu okazało się, że dyrektorzy postanowili zwolnić sześcioro aktorów. Jan Klata stwierdził, że się nie sprawdzili, aktorzy uważali, że ich nie sprawdzono. Główny problem był jednak taki, że dostali wypowiedzenie w czasie bardzo niekorzystnym, gdy aktor ma małe szanse na znalezienie nowej pracy.

Do tego dyrektor Klata w sposób mało elegancki opisał tę sytuację w swoim felietonie w "Tygodniku Powszechnym" - zwolnienie aktorów z pracy zestawił z faktem, że tego dnia ugryzł go komar, a gołąb narobił na niego na trotuarze.

Klata obiecywał podkręcić tempo jesienią, gdy planował zacząć rewizję twórczości Konrada Swinarskiego. Zrealizował "Damaszku", spektakl luźno oparty na tekście Augusta Strindberga. Krytyki nie olśnił, za to oburzył środowisko prawicowe, które wpadło na jeden z listopadowych spektakli, by przerwać go słowami "hańba". Ten greps odtąd przylepił się do Starego, w czym zresztą pomogli sami dyrektorzy, posługując się nim jako piarowym sloganem. Z głośnym medialnym skutkiem. Słowo weszło do społecznego krwiobiegu.

Akcja prawicy zmieniła też temperaturę dyskusji wokół Starego Teatru i jego nowych szefów, którą prowadziliśmy na naszych łamach. Zamiast rozmowy o sztuce zaczęły się lewicowo-prawicowe dywagacje, wypełnione w dużej części bełkotem po jednej i drugiej stronie barykady. Jan Klata schronił się po lewej jej stronie, znajdując tu sprzymierzeńców i oddalając od siebie pytania o jakość sztuki.

Paradoksalnie pomogła w tym kolejna afera, o której napisaliśmy. Do zrealizowania "Nie-Boskiej komedii" zaproszono 0l1ivera Frljicia, buntownika z wyboru z Chorwacji, który tak przetrzepał tekst klasyka i aktorów go odgrywających, że duża część obsady znów złożyła role. Na afiszu mieliśmy nie zobaczyć nazwisk min. Bolesława Brzozowskiego, Anny Dymnej, Mieczysława Grabki, Tadeusza Huka, Ryszarda Łukowskiego, Jacka Romanowskiego i Krzysztofa Zawadzkiego. I to wszystko na dwa tygodnie przed premierą. Oburzona tymi wydarzeniami Anna Polony zdecydowała się odejść ze Starego Teatru, uznając że uderza to w pamięć po Konradzie Swinarskim.

Dyrektorzy najpierw bronili Frljicia, a potem zmienili front i - jak napisali w oświadczeniu - w obawie przed aktami agresji odwołali spektakl. Nikt jednak nie miał złudzieri, że wycofali się rakiem i zamknęli chorwackiemu twórcy usta, przecząc wyznawanej przez siebie Norwidowskiej zasadzie "czy ten ptak swoje gniazdo kala, który kala czy ten, który mówić o tym nie pozwala?". Frljić zrewanżował im się, oskarżając Stary Teatr o cenzurę na łamach mediów, wysłał też utrzymane w podobnym duchu listy do ludzi teatru w Europie.

Teraz dowiadujemy się, że w trakcie przygotowań do spektaklu "Król Edyp" w reżyserii Jana Klaty nie dopilnowano, by załatwić prawa do muzyki Igora Strawińskiego. Efekt pismo od agencji Boosey & Hawkes, największego światowego wydawcy muzyki klasycznej. Prawników z Londynu i Nowego Jorku, którzy zjedli zęby na ochronie własności intelektualnej. Stary Teatr czeka znów trzęsienie ziemi. Na tym skandalu Jan Klata już raczej nie popłynie z wiatrem. Może za to popłynąć finansowo.

Rafał Stanowski
Dziennik Polski
2 stycznia 2014
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...