Stary Teatr, nowa rewolucja

Pół sezonu nowej dyrekcji, to nie żaden miernik dystansu, ale pretekst do wstępnej rozmowy

Pół sezonu nowej dyrekcji, to nie jest jeszcze żaden miernik dystansu. Nie ma o co robić awantury, a na pochwały też jeszcze jest za wcześnie. Ale pretekst do wstępnej rozmowy jest. Wreszcie mamy scenę w Krakowie, obok której ani krytycy, ani publiczność nie przechodzą obojętnie - Łukasz Drewniak, Paweł Głowacki i Łukasz Gazur w trójgłosie podsumowują pierwsze pół roku Jana Klaty w Krakowie.

Strefa freaków

Pół sezonu nowej dyrekcji, to nie jest jeszcze żaden miernik dystansu. Nie ma o co robić awantury, a na pochwały też jeszcze jest za wcześnie. Ale pretekst do wstępnej rozmowy jest. Bo gołym okiem widać, że w Starym Teatrze coś jednak się wydarzyło: zaczęła się nowa opowieść, wprowadzono inny styl działania, komunikowania z widzem. Wbrew deklaracjom Jana Klaty i nadziejom poprzedniego kierownika krakowskiej sceny narodowej - Mikołaja Grabowskiego - o ewolucyjnym przejściu od dyrekcji do dyrekcji, wyraźne "tąpnięcie" nastąpiło.

Grabowski jednak chciał konsensusu gatunkowego, kusił różne grupy widzów, podtrzymał więzy z przeszłością, myślał o teatrze jak o firmie z kapitałem wizerunkowym, którego nie warto tracić. Jeśli już z kimś się ścigał, licytował na rozmach produkcyjny i liczbę wizyt na festiwalach, to z Narodowym Englerta, Polskim Mieszkowskiego, bydgoską sceną Łysaka.

Dyrektor Klata i jego najbliższy współpracownik Sebastian Majewski postanowili Stary Teatr "odmitycznić" i celowo rozregulować. Jakby nie chcieli czuć przed każdym kolejnym spektaklem paraliżującego napięcia, że oto powstaje dzieło, które wstrząśnie sezonem. Zeszli jakby dwa poziomy niżej w stosunku do ambicji Grabowskiego.

Założyli póki co, że Kraków jest ważniejszy niż Polska, zagranica, świat. Spróbowali ściągnąć na sceny młodych twórców, których Grabowski nie widział w swojej koncepcji. Pojawił się Krzysztof Garbaczewski ("Poczet królów polskich"), Monika Strzępka i Paweł Demirski ("Bitwa warszawska 1920"), zaryzykowano z debiutem Sebastiana Krysiaka oraz Konrada Dworakowskiego na Dużej Scenie ("Dumanowski A i B"), na potrzeby czerwcowej trylogii premier stworzono duety reżysersko-dramaturgiczne: Marcin Liber i Michał Kmiecik ("Być jak Steve Jobs), Paweł Passini i Sylwia Chutnik ("Wanda").

Nowe premiery stanowią koncepcyjną i estetyczną całość. To taka "krótka historia Polski w 6 odjechanych stylistycznie obrazach". Opowiadają o prawdziwych i fałszywych bohaterach zbiorowej świadomości, od mitycznych początków naszego państwa po głównych graczy ustrojowej transformacji początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Klacie i Majewskiemu nie chodziło wcale o historyczną debatę, tylko o surrealną wizję Krakowa i Polski jako megacmentarza, uroczyska pełnego niewygodnych duchów. Obezwładnić można je tylko z pomocą żartu, surrealizmu, politycznej filipiki. Sześć premier nowej dyrekcji mówi wszystko o nowej dyrekcji i jednocześnie wiele kwestii pozostawia nadal otwartymi. Bo wśród tych sześciu przedstawień nie ma ani jednego, które podobałoby się wszystkim widzom i żadnego, które nie podobałoby się dosłownie nikomu. Niby normalka w naszym rozczłonkowanym na sekty i sekcje ideowe społeczeństwie i środowisku teatralnym.

A jednak bezdyskusyjnego sukcesu Klacie u początku jego dyrekcyjnej drogi zabrakło. Może dlatego, że wystawiano w Starym włącznie nowe teksty i co najwyżej adaptacje bardzo świeżych, niezakorzenionych jeszcze w głowach widzów współczesnych powieści.

I tu mam pretensję do Majewskiego, że nie przypilnował jakości literackiej tekstów powstałych z okazji projektu "Dumanowski" i trylogii czerwcowej ("Wanda"!), a do Klaty, że widząc potencjalne zagrożenie, nie przeniósł premier przynajmniej dwóch spektakli na później.

Klata i Majewski postawili na promowanie swojego teatru własnymi osobami: patrzcie, scena, która ma takich dyrektorów, (modni, fajni, rockowi, wyluzowani) nie może być strupieszała, nudna i przewidywalna.

Pojawiały się działania okołoteatralne, parateatralne wprowadzenia do co trudniejszych realizacji odgrywane przez ukostiumowanego Majewskiego, roboci głos Klaty brzmi na widowni z głośnika przed spektaklem i w jego przerwie. W gablotach wiszą rysunki zamiast zdjęć ze spektakli i portretów aktorów. Komunikat do publiczności jest taki: zadziwiaj się światem i sztuką, baw się, enjoy here.

Stary Teatr to teraz taka "Freak strefa". Stary Teatr jest młodzieżowy jak nigdy. I lokalny jak nigdy. O taką publiczność się stara. W takiej przestrzeni chce się umościć. Zastanawiające, że programowym i intelektualnym punktem odniesienia stały się nagle dla niego Łaźnia Nowa i Nowy Teatr, krakowscy progresywni konkurenci. Mam wrażenie, że Klata z Majewskim chcą najpierw z nimi wygrać lokalną rywalizację, żeby dopiero potem, w kolejnych sezonach powalczyć o inną stawkę. To typowe dla Klaty reżysera i Majewskiego dramatopisarza "rozpoznanie walką". Robienie szybkiego teatru. Niedokończonego, intuicyjnego, niedorobionego literacko. Lupa naprawdę by do tego programu nie pasował. Styl Klaty, jako artysty cyberpunkowego plus wałbrzyskie pomysły na repertuarowe cykle firmowane przez Majewskiego będzie przez najbliższe sezony odciskał się na wizerunku Starego. To są ciekawe artystycznie i piarowsko koncepcje, ale tylko w lokalnym kontekście.

Stary potrzebuje teraz festiwalowej wizytówki odmienionego teatru. Z czym na Europę? Z czym na krajowe festiwale? Klata chyba to rozumie: odwołał planowanego od dwóch lat "Diabła" we wrocławskim Polskim, pracuje nad własną jesienną premierą według Strindberga. Prawdziwy pierwszy sezon nowej władzy w Starym zacznie się właśnie od tego spektaklu.

P.S. Bardzo żal mi zwolnionych przez Klatę pod koniec czerwca aktorów. Dziwi mnie styl rozstania z nimi, felietonowe drwiny i krokodyle łzy dyrektora. Ale ci, którzy przyjdą na ich miejsce, od nowego sezonu do Starego Teatru to jednak absolutna pierwsza liga krajowa. Teatr jednak rządzi się zasadami rynkowymi: jeśli możesz, bierz to, co najlepsze.

ŁUKASZ DREWNIAK

Pół roku nachalnej troskliwości

Gdyby nie była to sprzeczność - na cześć pół roku trwającego dyrektorowania Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze ułożyłbym katalog zapomnienia. Byłby to kolosalny zbiór elementów, które wprawdzie znajdowały się w przedstawieniach zrobionych w Starym, lecz śladu których już nie ma w głowie mojej. Jakieś role, raczej ćwierćrólki, jakieś kabaretowe nastroje, jakieś przedmioty, jakieś drewno, jakieś światło, jakieś szmaty oraz jakieś inne coś, choćby patyki na głowie. Zbiór porządkowany byłby przez kategorię "prędkość opuszczania mózgu widza". Na początku - elementy, co znikły jeszcze przed finałem seansu, na końcu zaś mocarze - jakości, co wyparowały dopiero kwadrans po ostatniej kurtynie. Niestety...

Katalog taki jest niemożliwy, nie sposób skatalogować - niczego. Kolosalny zbiór kawałków pustki byłby dla oka jałowy. Smutne to. Lecz z drugiej strony - czy jętki jednodniówki, godna, fantastyczna, by tak rzec, znikliwość, nie jest aby sednem Starego za dyrekcji Klaty? Buszuję w pustce, co ją w głowie mam po dziełach w Starym w ostatnim półroczu i na to wychodzi, że Klata to w istocie nie dyrektor teatru, lecz redaktor naczelny ciekawej gazetki ściennej, ciekawej, bo ruchomej i z aktorami w charakterze czcionek. Gazetka ambitna jest. Jak by Julian Tuwim rzekł - IDEOLO, IDEOLO, IDEOLO tam obowiązuje. To znaczy, publicystykę wysoko się ceni - znacznie wyżej niż sztukę teatru, czyli metaforę, niedopowiedzenie, pasma liryki, tajemnicę, falowanie rytmów i elegancką nieuchwytność. Tak, wysoko się ceni dzielną, pulsem dnia, a także mentalnością Polaka i Polki zajętą publicystykę społeczno-polityczno-historyczno-interwencyjną.

W ostatnim półroczu - jak wiele było w Starym premier niepublicystycznych? Jedna? A dzieł pełnych, jak by rzekł poeta, "czarnej piany gazet", dzieł--towarzyszy bełkotów "Faktu" bądź "Super Expresu", dzieł będących jak barszcz tanimi manifestami troski społeczno-polityczno-historycznej, której kolosalnymi przykładami są: niewyreżyserowany przez Krzysztofa Garbaczewskiego i napisany chyba przez pięciu jeszcze nieumiejących pisać przedszkolaków "Poczet Królów Polskich", no i "Bitwa Warszawska 1920" tandemu Monika Strzępka, Paweł Demirski.

Dwa dzieła - dwa wielogodzinne, monstrualne bałagany estetyczne. Tak. Lecz jak to od pół roku w Starym, a od kilku lat w całym, przez najmłodszych najzdolniejszych kleconym teatrzyku nadwiślańskim bywa - cóż z tego, że monstrualny bałagan estetyczny, skoro przecie w jakże słusznej, ważnej dla Polski sprawie jest on uczyniony? Bo oczywiście ważną, najważniejszą w świecie jest dziś dla Polaka kwestia zrewidowania duchowych kontaktów z prochami wielkich na Wawelu oraz przestawienie na właściwe tory myślenia o Józefie Piłsudskim i czynach jego. Dla jasności - powtórzę to innymi słowami. Otóż, gdy jest do oznajmienia słuszna teza: "Należy pomóc dzieciom głodującym w Afryce!", fakt że jest to zawstydzający banał, oraz okoliczność, iż banał ten wypiskuje bezzębny jąkała - przestają mieć znaczenie. Szlachetność ponad wszystko!... I to jest najsmutniejsze.

W Starym Teatrze o teatr jako taki chodzi po prostu - najmniej. Nie ma się czym wzruszyć, nie ma się czego przestraszyć, o ewentualnej łzie w ogóle szkoda gadać, a jeśli o śmiech idzie - to bywa w Starym tyleż śmiesznie, co rechotliwie, kabaretowo rechotliwie. To już nie jest teatr. To jest teatr-odezwa, teatr-manifestacja, teatr-hyde park. Aktorstwo jako plakat, rupieciarnia jako scenografia, o falowaniu intonacji, o zmianie rytmu, o opowieści - zapomnij. O wzruszeniach mowy nie ma, więc by przebywanie w Starym nazwać, klasyka pozostaje: tureckie kazanie, wół oko w oko z fatalnie pomalowanymi wrotami, człowiek w tramwaju drzemiący nad jakimś litym truizmem w "Fakcie" czy "Super Expresie". Co dalej?

Już chyba nie będzie sensu, by do Starego Teatru zabierać całego siebie. Wystarczy, jak będziesz tam słać sam mózg, a nawet tylko ten kawałek, co za racjonalne myślenie odpowiada. Niech sobie z innymi szarymi ochłapkami na widowni pomlaska, kiedy na scenie aktorzy rewidować będą. Na przykład - twój stosunek do Niemca, co chciał Wandę. Bo twój stosunek do Wandy, co nie chciała Niemca - już został zrewidowany.

PAWEŁ GŁOWACKI

Skłania do dyskusji

Premierowy weekend w Starym Teatrze mógłby być metaforą działań nowego kierownictwa tej narodowej sceny. Było głośno, oryginalnie, chciało się o tym dyskutować, choć poziom artystyczny był - delikatnie mówiąc - zróżnicowany.

Pamiętajmy, że oceniamy raptem pół roku. Bo tyle rządzi Starym duet Klata-Majewski. W tym czasie udało się sporo. Zerwanie kurtyn na parterze budynku na rogu pl. Szczepańskiego i ul. Jagiellońskiej to symbol - zaznaczenie obecności w mieście, pozwolenie przechodniom na zaglądanie do środka. Zresztą ta przestrzeń stała się żywa - pokazy DJ-ów, dyskusje. W "Starym" po prostu zaczęło się dziać.

Ale z samymi przedstawieniami bywało różnie. Zacznijmy od reżyserów. Dobrze, że Jan Klata jako dyrektor i Sebastian Majewski jako jego zastępca zaprosili do współpracy grupę głośnych polskich twórców. Garbaczewski, duet Strzępka-Demirski, Passini - dobrze, że narodowa scena daje głos tym, którzy kształtują dziś oblicze polskiego teatru. Natomiast efekty raczej były dyskusyjne. Fascynująca forma, za którą niekoniecznie podąża treść. By nie sięgać zbyt daleko wstecz, zatrzymam się przy wspomnianym weekendzie premierowym, który zamykał sezon w Starym Teatrze.

Sam pomysł był intrygujący: 3/3/3, czyli trzy spektakle w trzy dni na trzech scenach. Do tego wszystkie próbowały zdiagnozować, jak historia wpływa na teraźniejszość, nasz stosunek do siebie, narodowej tożsamości - od czasów Wandy, co nie chciała Niemca (u Passiniego), przez Bitwę Warszawską 1920 (u Strzępki), po transformację ustrojową 1989 (u Libera). Spektakle te jednak - nawet jeśli nie zachwycają - to przynajmniej skłaniają do dyskusji, wywołują chęć spierania się. To dużo, zwłaszcza w krakowskim marazmie.

Wreszcie mamy scenę w Krakowie, obok której ani krytycy, ani publiczność nie przechodzą obojętnie.

ŁUKASZ GAZUR

Łukasz Drewniak , Paweł Głowacki
Dziennik Polski
16 lipca 2013

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki