Statek dzieciństwa

"Statek Noego" - reż. Katarzyna Kawalec - Teatr Maska w Rzeszowie - foto: HaWa - mater. prasowe

Spektakl „Statek Noego" to przedstawienie w reżyserii Katarzyny Kawalec stworzony przez zespół Teatru „Maska" w Rzeszowie. Historia bohatera rozpoczyna się od deszczu, który zalewa świat taką ilością wody, że nie wiadomo jak się przed nią chronić.

Tytułowy Noe najpierw zakłada kalosze, płaszcz przeciwdeszczowy i bierze do ręki parasol, ale to nie pomaga, nadal leje jak z cebra i należy wymyślić lepsze rozwiązane. Do współpracy zostaje zaproszona Mamma, towarzyszka Noego w zmaganiach z wielką wodą. Oboje postanawiają zbudować statek, rozglądają się więc dookoła w poszukiwaniu dobrego surowca.

Na scenie znajduje się wiele kolorowych rekwizytów, co jest ważne z uwagi na to, że spektakl kierowany jest do dzieci. Chmury, słońce, zwierzęta- prawie wszystkie te przedmioty to pluszowe zabawki. Z tym, że nie każda z nich przedstawia jedną rzecz, słonko gra skorupę ślimaka, płaszcz przeciwdeszczowy- tęczę, ale też burtę statku. Twórcy nadają przedmiotom drugie życie, używając ich do zupełnie różnych celów. Wielokrotne wykorzystanie tego samego rekwizytu nie jest tu spowodowane tylko względami praktycznymi, jest to raczej dodatkowe urozmaicenie sztuki. Bohaterowie zabierają się do budowy, a jako materiał może posłużyć wszystko co znajduje się pod ręką. Jest to szansa dla dzieci, żeby nauczyć się, że za pomocą wyobraźni można zbudować wszystko, wystarczy tylko pomysł.

Rekwizyty były nie tylko ładne, ale też ciekawie zrobione. Szczególnie podobała mi się pluszowa chmura, z której wypadały kropelki deszczu. Nie silono się na podwieszanie nad sceną ciężkich chmur z deszczem, ta chmurką była miła, budziła sympatię i znajdowała się na poziomie wzroku widzów, trzymana przez aktorów.

Scenografowie musieli naprawdę ciężko pracować, żeby stworzyć tak dużo dobrych rekwizytów. Maskotki zwierząt wyglądały realistycznie, a przy tym ładnie, ale nie trzeba było wszystkiego pokazywać, dzieci mają wyobraźnię. Niektóre zwierzęta były więc przedstawiane przez samych aktorów lub połączone bezpośrednio z elementami scenografii. Podobał mi się pomysł ślimaka, któremu za skorupę posłużył ten sam rekwizyt, który później był słońcem, natomiast samym ciałem ślimaka była ręka jednego z aktorów. Twórcy potrafili też przewidzieć co najmłodsi widzowie chcieliby zobaczyć. Przewidywanie ich oczekiwań i wypełnianie ich było wręcz zadziwiające. W jednej ze scen, kiedy ulewa wreszcie powoli się kończy, chmura musi ustąpić miejsca dla słońca. Obecne na widowni dzieci od razu zauważyły nieścisłość. Jak to możliwe, że świeci słońce i pada deszcz, a nigdzie nie widać tęczy. Lada chwila pojawia się więc wyczekiwana tęcza, a dzieciom niczego już nie brakuje. Podobna sytuacja miała miejsce podczas zabierania na statek kolejnych zwierząt. Był piesek, żyrafa, ślimak czy ptaki, ale ani śladu kotka, co widzowie od razu dostrzegli i głośno wypowiedzieli swoje niezadowolenie lub raczej podpowiedź dla Noego, żeby na pewno o nikim nie zapomniał. Rozpoczęły się więc jego poszukiwania i wreszcie znalazł się, bo jak wiadomo koty zawsze chodzą własnymi ścieżkami.

W przedstawieniu bierze udział tylko dwoje aktorów, Jadwiga Domka i Tomasz Kuliberda, ale to wystarczyło w zupełności. Potrafili oni skutecznie zaprosić ich do wspólnej zabawy czy interakcji. Zbyt duża liczba osób na scenie mogłaby wprowadzić zamieszanie. Widać, że spektakl został stworzony ze znajomością dziecięcych zachowań i potrzeb. Są w nim miejsca na spontaniczne reakcje dzieci. Miałam wrażenie, że aktorzy właśnie na ten bezpośredni odzew czekają, ale potrafią też przywrócić ciszę, kiedy jest to potrzebne. To właśnie te zachowania powinny być najlepszą nagrodą dla twórców spektaklu, pokazując, że dzieci nie są znudzone, a wręcz podekscytowane tym co dzieje się na scenie i co wydarzy się za chwilę. Aktorzy śpiewają, tańczą i wprowadzają wesołą atmosferę, co jakiś czas zapraszając dzieci do udziału w spektaklu. Dzieci wołają kolejne zwierzęta albo podpowiadają jakie zwierzę pojawiło się właśnie na scenie. Wbrew pozorom nie było to kolejne nudne przedstawienie, które uczyło dzieci dobrze się zachowywać, być grzecznym i robić dobre uczynki. Nie było niepotrzebnego moralizatorstwa.

Jedyną rzeczą, jaka nie do końca podobała mi się w tym spektaklu było imię bohaterki- Mammy. Jej imię albo rola jest dla dzieci dosyć trudna do zrozumienia, dlatego wśród ekspresyjnych reakcji dzieci słyszymy tylko imię Noego, które dzieci są w stanie zapamiętać, a przez to popranie wymówić. Poza trudnym dla nich połączeniem dwóch liter "M", jest to słowo nie do końca polsko brzmiące, z czym dzieci mają najwyraźniej problem.

Taki spektakl to często pierwsza okazja dzieci do przebywania w teatrze, dlatego wspomnienie tego wydarzenia powinno budzić wesołe wspomnienia i zachęcać do kolejnych wizyt, a nie kojarzyć się tylko z nudnym siedzeniem grzecznie w fotelach. W tym przypadku wybór „Statku Noego" jako pierwszego przedstawienia, jest idealny dla dzieci w wieku przedszkolnym, z najmłodszych grup. Spektakl nie nudzi dzieci, jest kolorowy, ilość wypowiadanego tekstu nie jest zbyt duża, używane są proste do zrozumienia słowa, pojawiają się zwierzęta, ciekawe rekwizyty i zostaje zbudowany statek, który każdemu przypomni dzieciństwo, kiedy za dom, samochód czy w tym przypadku statek mogło posłużyć wszystko.

Teresa Wysocka
Dziennik Teatralny Wrocław
9 listopada 2021

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia