Stereotypy dla nieletnich

"Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków" - reż. Tomasz Kajdański - Teatr Wielki w Poznaniu

"Gdyby bracia Grimm żyli w dzisiejszych czasach..." byliby bardzo ukontentowani poznańską adaptacją baletu Bodo Reinke. W interpretacji Tomasza Kajdańskiego mamy do czynienia z czystym seksizmem rodem sprzed pół wieku albo nawet i wcześniej.

- Kto to jest? Królewna Śnieżka? - pyta dziewczynka siedząca za mną. - Tak - odpowiada jej matka. Śnieżka (w tej roli Atsuka Horiuchi) właśnie śmiga na scenie, ubrania w kostium rodem z filmu Disneya. Mam lekki niesmak spowodowany tendencyjnymi wyborami kostiumowymi, bo dzieciom nie powinno się wkładać do głowy łopatą tak schematycznych rzeczy. Powiedzmy, że twórcy nie odrobili lekcji z Disneya, który obecnie w badaniach nad kulturą popularną jest opisywany jako człowiek, który swoje w gruncie rzeczy toksyczne filmy napiętnował własnymi obsesjami i fantazjami, przez co bezkrytyczny seans i inspirowanie się animacją "Królewna Śnieżka" to dziś rzecz raczej ryzykowna i dowód braku zdolności do refleksji. O dialektyce pożądania u Disneya pisał chociażby Joseph Zornado. Sprawdzam: rzecz skrewił Dorin Gal, odpowiedzialny za kostiumy i scenografię (równie zresztą idiotyczną, o czym za chwilę).

Białe dobro, czarne zło?

- A tamta jest macochą? - Tak - cicho przytakuje matka. Z macochą dzieci, które mogłem usłyszeć w czasie spektaklu mają pewien problem. Jeden chłopiec twierdzi, że "Macocha jest zła", lecz rezolutna dziewczynka pyta go natychmiast "Czemu?". Dla dorosłych, którzy wystawili "Śnieżkę" Zła Królowa jest po prostu be, więc Gal poszedł tropem: białe to dobro, a czarne już zło i tę postać przyoblekł w strój diablicy rodem z wieczorów panieńskich. Dzieci wiedzą jednak od nas lepiej, że zło jako takie nie istnieje, a świat zamieszkują humanoidy moralnie ambiwalentne. Zło może się w tej sztuce podobać najbardziej, bo twórcy idą niestety za Disneyem, a Diana Cristescu (Zła Królowa) dystansuje resztę tancerzy na scenie. Jej ruchy i zwinność przydają jej zachwycającej lekkości (czytaj: finezji zła). Artystka zmiękcza wybuchy złości Macochy groteskowym komizmem, czym bawi najmłodszych. Ma też bez wątpienia niepośledni talent aktorski, gdyż za pomocą gestów potrafi wyrazić całą paletę zmiennych emocji odgrywanej przez siebie postaci - kapryśnej, okrutnej, ale i czarującej. A że Cristescu wywija podświetlonym na czerwono mieczem, jest w tym przedstawieniu trochę takim żeńskim Darthem Vaderem.

Gdy lustro prezentuje Macosze Śnieżkę, ta druga uśmiecha się sztucznie, absurdalnie eksponując uzębienie. Gdybym był dzieckiem, wyszedłbym z sali. W tym momencie sam chciałem coś zrobić Atsuce Horiuchi, byle zetrzeć jej z twarzy ten niepokojący grymas fatalnie udający uśmiech. Bardziej irytujące na początku przedstawienia jest tylko skonstatowanie, że muszla dla orkiestry jest zamknięta, a my słuchamy odtworzenia wcześniej nagranej na potrzeby spektaklu muzyki. Cóż - może dzięki temu jest bezpieczniej i żadne dziecko wychylając się nie spadnie te dobrych parę metrów w dół na muzyków, ale żadna to przyjemność iść do opery i słuchać nagrania z płyty.

Kobieta? Dobra do garów!

I tak jak w pierwszej scenie Dorin Gal uraczył nas oszczędną scenografią przypominającą eksponaty disneyowskie (ozdobne lustro z masą świeczek, tron ze schodkami), tak w kolejnej razi kiczowata chatka krasnoludków z wielgachnym porożem, kolorowymi poduszkami i stołeczkami. Animacje Disneya są dowodem zupełnego braku gustu i od wielu dekad uczą nasze dzieci złego smaku. Scenograf zawiesił na ścianie domku siedem ekranów, lecz te plazmy nie zostają niestety sensownie wykorzystane podczas spektaklu, może z wyjątkiem sceny pogrzebu głównej bohaterki. Gdy Śnieżka trafia do upiornie kolorowej chatki krasnoludków rzuca się natychmiast w wir porządkowania, składania, odkurzania, prania i pichcenia. Przez swój disneyowski mundurek przypomina panią domu z powojennej Ameryki, w której kobiety jeszcze się zbytnio nie wyemancypowały i na razie wystarcza im bycie idealnymi niewolnicami swoich mężów. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że na scenie jeszcze się w ogóle nie pojawiły krasnoludki. Z dzisiejszej perspektywy to figury wiecznie niedorosłych mężczyzn: chłopczyków w wieku dorosłych, jakim myje się brudne twarzyczki i stawia obiad na stole. I choć kobietą nie jestem, ta scena ze Śnieżką układającą kolorowe stołeczki i krzątającą się po izbie z turbo optymistycznym zapałem służącej sprawia, że zatyka mnie z oburzenia. Dziewczyna w domku dla lalek, nauczona bycia posłuszną i usłużną. Cóż...

Czy naprawdę powinno się dziś nadal uczyć dzieci tradycyjnych, nieprzekraczalnych ról płciowych w duchu najbardziej skostniałego konserwatyzmu? Naprawdę tylko na to stać twórców w roku 2018, gdy chyba jednak w Polsce i na świecie wydarzyło się sporo w nurcie równouprawnienia, o czym Tomasz Kajdański musiał przecież słyszeć? Bo ja bym te bajki w wersji braci Grimm czy Disneya wywalił do kosza i jednak pomyślał o uwzględnieniu współczesnego kontekstu i tego, że dziś w związkach panują relacje partnerskie, nie feudalne. Nie tylko kobiety zajmują się domem. Co ciekawe - twórcy zdają się zapominać, że w kulturze popularnej Śnieżka i Zła Macocha funkcjonują obecnie zgoła inaczej niż kiedyś. Za przykład może posłużyć choćby "Królewna Śnieżka i Łowca" Ruperta Sandersa, w którym odważna księżniczka (Kristen Stewart) przywdziewa zbroję i staje z mieczem do walki z czarnoksiężniczką Ravenną. Silna Śnieżka? Tak, da się.

Czy tego chcemy uczyć dzieci?

I to już by wystarczyło, bym uciekł z sali, ale zacisnąłem zęby powtarzając sobie w myślach, by jakoś dotrwać do końca. A gdy wkroczyły krasnoludki przybijając piątki dzieciom (nie ma to jak najprymitywniejsze zagrania rodem z teatru interaktywnego dla najmłodszych), włosy stanęły mi dęba. Jeden z nich - konkretnie Apsik - wydawał rytmiczne, zwierzęce okrzyki przerażenia przypominające szczekanie psa. Paradoksalnie kreacja krasnoludków w poznańskim przedstawieniu upiornie koresponduje z tym, co zarzucano Disneyowi. Theodor Adorno zauważył, iż ten reżyser wykreował w filmie "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków" sytuację, gdy widzowie identyfikują się z agresorem, z siłami, jakie ich de facto pokonują w rzeczywistości. W animacji grupa krasnoludków, czyli ofiar, staje się też ofiarą śmiechu publiczności, gdyż wzbudza w nas poczucie rozbawienia względem nieporadności, bezradności tych postaci. Adorno zwrócił uwagę, iż szydząc z nieszczęśników zapominamy, że my również możemy stać się obiektami przemocy "siły wyższej", podając jako przykłady przemysł kulturalny i faszyzm. W Poznaniu odgrzewa się w mikrofali teatru to samo niezdrowe danie, tuczące wzgardą dla najsłabszych. Adaptacja "Królewny Śnieżki" to moim zdaniem czarna plama kompromitująca Teatr Wielki w Poznaniu. Dowodzi ona, że instytucja ta ignoruje zjawiska związane z Czarnymi Protestami, manifestacjami kobiet i ich i walką o samostanowienie o sobie i swoim ciele. To przykre - zważywszy na to, że dzieci które dziś obejrzą ten spektakl, jutro będą dorosłymi utrwalającymi bądź nie krzywdzące stereotypy.

Marek Bochniarz
kultura.poznan.pl
5 listopada 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia