Sterylna rewolucja

"Rzeźnia" - reż. Artur Tyszkiewicz - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Artur Tyszkiewicz kolejny raz pokazuje swój skrajnie uczciwy teatr, ale tym razem gubi Mrożka.

Choć może należałoby powiedzieć, że reżyser wysupłał sobie parę przebłysków spomiędzy tego, co Mrożek realnie napisał. "Rzeźnia" (pierwotnie jako słuchowisko) mówi o upadku kultury. Dlatego gdy w 1975 r. w warszawskim Dramatycznym Jerzy Jarocki dał jej prapremierę (z Holoubkiem, Szczepkowskim i Zapasiewiczem), musiało to wyglądać jak złowieszczy zwiastun. Zresztą do tamtej wersji, kanonicznej, nikt do dziś się nie zbliżył. Nikt też dzisiaj nie ma już wątpliwości, że Mrożkowa prognoza wypełniła się, i to z naddatkiem. Może dlatego z "Rzeźnią" z Ateneum jest taki kłopot. Ale może też jest to jakieś usprawiedliwienie.

Tyszkiewicz przestawia akcenty. Sugeruje, że Skrzypek (precyzyjna rola Tomasza Schuchardta) próbuje się wyzwolić z własnej świadomości, że właściwie to jego próba życiowego zmierzenia się z tym, co wolno, a czego nie. Jednak reżyser narzuca Skrzypkowi niepewność, ułomność, ba, wygląda na to, że Skrzypek jest zwyczajnie nieprzystosowany do życia, co Schuchardt daje aż zbyt jasno do zrozumienia. I tu wszystko zaczyna zgrzytać, bo nawet jeśli przyjąć, że Mrożek niemal zawsze trzyma nas w ryzach groteski, to z drugiej strony jego postacie podejmują w pełni świadome decyzje, trudno im zarzucić brak analizy, co więcej: przenikliwej wiedzy o logice bytowania. Często wiedzy przerażająco prawdziwej.

A Tyszkiewicz ucieka trochę w psychologizowanie na siłę, czyta "Rzeźnię" jako dramat o konflikcie percepcji bohatera z rzeczywistością wokół niego. Traci na tym postać Matki (Magdalena Zawadzka), która gorliwością już nie dziwi, musi tak być, skoro syn wymaga stałego nadzoru. Niejasna jest również rola Emilii Komarnickiej jako Flecistki ukazanej jako czysty obiekt. To kolejny element, który ma jakoś Tyszkiewiczowi pomóc zbudować obraz Skrzypka. Bardzo podobnie jest z Paganinim Dariusza Wnuka, który podsuwa Skrzypkowi ideę niczym akademik. U Mrożka to groźny wichrzyciel. Piotr Fronczewski jako Dyrektor Filharmonii wygłaszający idee nadchodzącej rzeczywistości przywraca odpowiednie proporcje, lecz trudno nie dopuścić myśli, że dzieje się to obok; jakby Tyszkiewicz musiał dokończyć obowiązkowy temat, kiedy tak naprawdę myślami pozostaje gdzie indziej. Zapomina, że chęć przejścia na stronę natury kończy się realną rewolucją, w której kulturze trzeba poderżnąć gardło. Da się to zrobić na chłodno?

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
12 marca 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...