Stoczyć raz na jakiś czas walkę z samym sobą

rozmowa z Mariuszem Wójtowiczem

"Już od I roku szkoły teatralnej byłem traktowany, jako ten, który jak już wyjdzie na scenę, to będzie śmiesznie. I to gdzieś we mnie zostało. Dlatego tak trudno było mi zobaczyć siebie w tej tragicznej roli." - o przygotowaniach do zderzenia z rolą Makbeta opowiada aktor toruńskiego teatru Baj Pomorski, Mariusz Wójtowicz.

Mówi się, że absolwenci wydziałów aktorskich marzą najczęściej o tym, by w przyszłości zmierzyć się na scenie z postacią Hamleta, czy też z którymś z wielkich bohaterów  literatury romantycznej. Czy Pan kończąc Wydział Lalkarski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu też miał takie marzenia?

Nie, a jeśli już to na pewno nie takie. Stąd też długo nie mogłem pogodzić się z myślą, że mam zagrać Makbeta z tragedii Szekspira. Jakoś trudno było mi taką decyzję obsadową zaakceptować. Miałem wrażenie, że jest to zadanie ponad moje siły. Dlatego myślę, że marzenia aktorów-lalkarzy są nieco inne. W moim przypadku  bardziej może nastawione na zespołowość, na to, by  znaleźć się w grupie ludzi, których połączy przyjaźń, którzy będą ze sobą zgrani i zżyci. I tego przede wszystkim po ukończeniu studiów szukałem.

- Skąd jeszcze brały się Pana wątpliwości przy podjęciu pracy nad rolą w „Makbecie”, w reżyserii Zbigniewa Lisowskiego?

- O tym, że mam zagrać Makbeta dyrektor Lisowski powiedział mi dużo wcześniej, jeszcze zanim pojawiła się pełna obsada spektaklu. I tak jak już  wspomniałem z akceptacją tej propozycji miałem spore problemy. Długo odrzucałem w ogóle tę myśl od siebie , bo ona mnie przerażała. Bałem się też, że to przedsięwzięcie ze mną w roli tytułowej może się nie udać. Nie wierzyłem w jego powodzenie. Wątpliwości było mnóstwo i musiałem je rozstrzygać rozmawiając bardziej z samym sobą. Bo dyrektor Lisowski  traktował je po prostu niezbyt poważnie. Do dzisiaj nawet chyba nie jestem w pełni przekonany, czy ta propozycja była do końca słuszna.

- Niezależnie od wszystkich wątpliwości, które Panem targały, musiał Pan jednak rozpocząć przygotowania do pracy nad tą rolą. Jak to się zaczęło?

- Oczywiście najważniejsza była lektura. I to kilkunastokrotna, po to by wgłębić  się we wszystkie szczegóły i detale tego dramatu. Próbowałem przy okazji oglądać jakieś spektakle czy filmy, ale z reguły po dziesięciu minutach kapitulowałem. Niezależnie od tego czy było  to dzieło Baza Luhrmanna, czy Romana Polańskiego. Po prostu za bardzo się denerwowałem. To niezwykle dziwne uczucie. Ale to samo mam, kiedy czasami  przychodzi mi oglądać siebie podczas nagranej próby czy w  zarejestrowanym przedstawieniu.

- Jakie zatem były pierwsze refleksje, wynikające z lektury samego tekstu?


- Wciąż takie same – że nie podołam.  Że ten tekst mnie jednak przerasta. Może też dlatego, że bardziej czuję się jednak  aktorem komediowym. Już od I roku szkoły teatralnej byłem traktowany, jako ten, który jak już wyjdzie na scenę,  to będzie śmiesznie. I to gdzieś we mnie zostało. Dlatego tak trudno było mi zobaczyć siebie w tej tragicznej roli. Choć w moim mniemaniu Makbet tak do końca postacią tragiczną nie jest. Cały czas więc zastanawiałem się jak to zagrać, by być wiarygodnym, przekonującym i prawdziwym. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze nieposkromiona wyobraźnia reżysera, z którą też musiałem się zmierzyć. Na początku nie do końca się rozumieliśmy. Bo ja byłem na polnej dróżce, a on był na autostradzie.

Rzeczywiście, Zbigniew Lisowski uruchomił w tym przedstawieniu całą machinę teatralną, budował obrazy nawiązujące do malarstwa Boscha i Dalego…. Spróbował stworzyć dzieło o ludzkiej naturze i niejednoznacznej głębi ludzkiego wnętrza. Jak Pan próbował się w tej wizji inscenizacyjnej  i przestrzeni odnaleźć? Jak Pan szukał w niej swojego miejsca?

Przede wszystkim zadawałem wiele pytań, by rozwiązywać  pojawiające się podczas prób wątpliwości. I tak było z każdym detalem, nad którym pracowaliśmy. W spektaklu używa się mnóstwa znaków, symboli, również kostiumów. .. Dlatego chciałem wiedzieć, co znaczą i po co się ich w danej scenie używa. Nie było to łatwe, bo niekiedy musiałem do tego wszystkiego dorabiać na swój własny użytek ideologię, która w konsekwencji miała pomóc mi w spotkaniu się z reżyserem w tym samym miejscu.

Zbigniew Lisowski szukając współczesności dramatu Szekspira postawił przede wszystkim na uniwersalność tego tekstu i jego głęboki humanizm.


To prawda. Dla mnie „Makbet” nie jest tragedią w pełnym tego słowa znaczeniu. To bardziej dramat sumienia i problem tego, co tak naprawdę siedzi w naszych głowach. To odsłanianie ludzkich traum. A to może mieć jak wiadomo różne kolory i odcienie.

No właśnie. Pana Makbet na początku jawi się jako postać szalenie pogodna, jasna, nawet uśmiechnięta…

Tak, bo założyliśmy  wspólnie z reżyserem, że Makbet jest na początku postacią pozytywną. Jeśli nawet myśli o zabiciu króla Duncana, to jest to zaledwie drobna rysa na jego białym, czystym charakterze. Jednak ziarno zła, które zasiewa w nim Lady Makbet, doprowadza do tego, że wszystko co robi, czyni  tak naprawdę z ogromnej miłości do żony. I tym tropem interpretacyjnym podążaliśmy. Bo jest to zwycięstwo miłości, pomimo że na drodze do niej stoi nóż i krew, ale to ona zwycięża. To w jej imieniu dokonują zabójstwa.

Czyli nie starał się Pan grać potwora, co podkreślali zgodnie krytycy, upatrując zresztą w tym ogromną wartość Pana roli. Bo jeśli spektakl bywa przyjmowany przez niektórych kontrowersyjnie, Pana postać jako słabego człowieka, który uległ pokusie władzy – budząca bardziej współczucie niż nienawiść - zyskuje duże uznanie w opinii recenzentów.

Bardzo bym chciał, by tak było. I jeśli u widzów pojawia się  współczucie dla  mojego cierpienia to jest to dla mnie duża  aktorska satysfakcja.  Makbet jest tak naprawdę biednym, zagubionym człowiekiem… I każdego z nas może coś takiego w życiu spotkać. Popełniamy w końcu różne błędy i czasami nie ma już przed nimi ucieczki.  Makbet jeszcze dodatkowo przypieczętował to, popełniając kolejne pomyłki. Dlatego współczucie w tym przypadku jest jak najbardziej słuszne i naturalne, bo ono jest dla nas przestrogą przed podejmowanie złych i nieprzemyślanych decyzji.

Czy to, co widzimy w tej chwili w Pana interpretacji Makbeta, jest już skończoną postacią? Czy też cały czas w trakcie grania kolejnych spektakli jest jeszcze miejsce na to, by ją pogłębiać, by wciąż w niej szukać nowych odcieni? Czy reżyser taką furtkę Panu zostawił?

Na pewno tak.  Możliwości w tej materii są nieograniczone. Tekst Szekspira wciąż jest dla mnie wyzwaniem i zagadką. Dlatego każdy spektakl, choć tak precyzyjnie zakomponowany w obrazie, jest w moim wykonaniu nieco inny. Staram się nie grać tego, co ustaliliśmy, tylko z samej pamięci, a raczej przeżywać to za każdym razem jakby od nowa. Dlatego poszukiwania będą trwały tak długo, jak długo spektakl pozostanie w repertuarze teatru. Czasami  nawet zmiana jednego akcentu w jakiejś frazie zdaniowej może otworzyć dla postaci zupełne nowe przestrzenie i zwiększyć siłę skojarzeń.

Gracie ten spektakl również dla młodzieży szkolnej. Jak tę bardzo osobistą wypowiedź reżysera na temat tego dramatu Szekspira traktują młodzi ludzie?


To jest zadziwiające, ale młodzież odbiera ten spektakl szalenie intensywnie. Baliśmy się tego spotkania, ale okazało się, że potrafimy skupić uwagę zarówno na tym, co dzieje się w planie aktorskim, jak i tym wszystkim, co płynnie przepływa w przestrzeni  w sensie  zakomponowanych obrazów malarskich. I to jest fascynujące i niesamowite. Młodzież reaguje bardzo żywo; jeśli czasami komentuje to, co widzi na scenie, to jest to zawsze na temat. Widać, że uczniowie robią to, by pomóc sobie w odczytywaniu znaczeń, sensów, inscenizacyjnych tropów, a także odkodowywaniu aluzji inspirowanych malarstwem, czy innymi dziedzinami sztuki.

I to Wam nie przeszkadza.

Nie. W naszym teatrze jesteśmy już przyzwyczajeni do żywiołowych reakcji naszych najmniejszych widzów, dlatego nie jest to dla nas jakimś szczególnym problemem. A w przypadku „Makbeta” czujemy, że młodzież utożsamia się z tą wizją inscenizacyjną, którą zaproponowali Lisowski, Pavel Hubička i Piotr Nazaruk.

Czy w związku z tym wątpliwości, z którymi Pan walczył na początku pracy nad Makbetem, są już mniejsze?

Nie są już na pewno tak natarczywe. Ale byłoby nieprawdą powiedzenie, że czuję się już teraz wielkim aktorem dramatycznym,  bo tak nie jest. Nadal uważam, że zdecydowanie bliższe są mi role komediowe i charakterystyczne. Jednak „Makbet”, choć jest tekstem z jednej strony przeklętym, to jednak magicznym, przekonuje mnie, że warto czasami z sobą powalczyć . Stoczyć raz na jakiś czas walkę bokserską z samym sobą.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
9 listopada 2011

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia