Stracone zachody miłości

"Goplana" - reż. Janusz Wiśniewski - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

"Goplana" Władysława Żeleńskiego uchodzi za najlepszą operę polską z okresu między "Strasznym dworem" a "Królem Rogerem". Czy pierwsza od bardzo dawna inscenizacja ukazała w pełni jej walory?

Przedstawienie wyreżyserowane przez Janusza Wiśniewskiego przypomina bardziej koncert w kostiumach (skądinąd bardzo pięknych) aniżeli spektakl teatralny. Na scenie nie dzieje się prawie nic, a jeżeli już rodzi się jakiś ruch, nie ma on wiele wspólnego z treścią opery.

Przez ostatnie siedemdziesiąt lat Goplana Żeleńskiego inscenizowana była zaledwie pięć razy, nigdy w Operze Narodowej. Ostatnia premiera miała miejsce w Gdańsku w 1971 roku. Nawet kiedy dopiszemy do listy koncertowe wykonanie w Polskim Radiu w roku 2000, historia powojennej recepcji najwybitniejszego dzieła krakowskiego twórcy wygląda słabo i nijak ma się do tego, jak potrafią dbać o swoją spuściznę operową chociażby Czesi: "Diabeł i Kasia" Dvoraka, opera bliska datą premiery, jakością i stylem dziełu Żeleńskiego, znalazła trwałe miejsce w repertuarze czeskich scen. Tylko w Teatrze Narodowym grana była ponad pół tysiąca razy.

W operach obu tych twórców odnajdziemy cechy wspólne: inspirację ojczystym folklorem muzycznym, efektowną instrumentację, celną i wyrazistą charakterystykę muzyczną postaci, dyskretne, ale konsekwentne stosowanie zasady motywów przewodnich (u Dvoraka zwłaszcza w późniejszej o kilka lat, jeszcze popularniejszej Rusałce). Ale chociaż partiom wokalnym w "Goplanie" nie zbywa na melodyjności, pod względem oryginalności i skali talentu melodycznego Żeleński Dvorakowi nie dorównuje. Nie ma też takiego nerwu dramatycznego jak cztery lata młodszy czeski kompozytor.

W partyturze Żeleńskiego znajdziemy jednak coś w zamian: szlachetny stop rozmaitych wpływów: włoskich, niemieckich, a przede wszystkim francuskich, dzięki czemu muzyka "Goplany", ujęta w wyraziste rytmy polskich tańców i strzeliste łuki fraz w scenach zbiorowych, zyskuje na lekkości i wdzięku. Partię tytułową powierzył kompozytor sopranowi koloraturowemu - to nieodrodna córka Dinory z opery Meyerbeera, siostra Julii oraz Małgorzaty z oper Gounoda; jej utrzymana w rytmie walca aria na wejście uwodzi słuchacza tym bardziej, im bardziej splata się z piosenką Grabca utrzymaną w rytmie... mazurka! A to nie jedyna karta partytury, na której Żeleński dowodzi niepospolitych zdolności.

Do najbardziej pamiętnych fragmentów wokalnych obok arii Goplany należą modlitwa Aliny wieńcząca akt pierwszy, pełen werwy toast Kostryna z towarzyszeniem chóru w akcie trzecim, przede wszystkim zaś melancholijne arioso Kirkora "Za jaskółeczką ciągną moje oczy". Może ono konkurować z popularnymi ariami Jontka i Stefana z oper Moniuszki. A uroki Goplany nie kończą się na numerach wokalnych: mamy bowiem w partyturze karty pysznej muzyki instrumentalnej: nastrojowe Intermezzo z akcentami kujawiaka w akcie drugim i groteskową scenę baletową w rytmach taranteli i walca, obrazującą wejście orszaku Grabca i Goplany na zamek Kirkora i Balladyny.

Cóż więc powstrzymywało polskie sceny od częstszych wykonań opery Żeleńskiego? Być może libretto oparte na "Balladynie", które bardziej prowokuje do uszczypliwości niż pochwał. Ludomił German skrócił dramat Juliusza Słowackiego nawet dość udatnie, pomijając pewne sceny i postaci - po części z przyczyn praktycznych (długość i wielowątkowość oryginału), po części zważając na cesarską cenzurę (niebezpieczne aluzje polityczne zawarte w dramacie). Z jednej strony więc, jak zauważa Piotr Kamiński w swym przewodniku operowym, "dzieje powalonej gromem szekspirowskiej zbrodniarki powróciły do baśniowych ram i źródeł, gdzie świat fantastyczny oświetla i ocenia ludzkie postępki", z drugiej, jak napisał Edmund Kotarski w programie do przedstawienia "Goplany" w Operze Bałtyckiej, librecista Żeleńskiego "położył nacisk na - tak typowe dla melodramatów końca XIX stulecia - patetyczno-sentymentalne momenty, na gromadzenie środków wyzwalających nastrój, na poetycko-baśniową technikę pisarską". Operowa wersja "Balladyny" jest zatem emanacją gustów epoki i należy ją postrzegać w takim kontekście. I wszystko byłoby dobrze, gdyby librecista nie przepisał całych stron ze Słowackiego własnymi słowami. Marny literacko, a dla współczesnego słuchacza miejscami po prostu śmieszny tekst Germana skłonił twórców wspomnianego przedstawienia w Gdańsku do tego, by na nowo opracować libretto "Goplany", zastępując koślawy wiersz librecisty oryginalnymi wersami Słowackiego - żmudnego zadania podjęła się wówczas Maria Straszewska.

W Teatrze Wielkim-Operze Narodowej utwór Germana i Żeleńskiego wykonano tak, jak je napisano: twórcy przedstawienia podeszli do "Goplany" z szacunkiem i pieczołowitością, może nawet zbyt wielką. Janusz Wiśniewski (reżyser, scenograf i autor kostiumów) wprowadził charakterystyczne elementy swojego teatru autorskiego, ale w gruncie rzeczy trzyma się tekstu, nieledwie szkicując kolejne sytuacje. Daje to dziwaczny efekt: przedstawienie rozpoczyna się brawurowo, chórem leśnych duchów i straszydeł, pojawiających się zanim jeszcze zabrzmi muzyka, idących z kulisy truchtem, w zbitej masie, przekrzykujących się lub mamroczących coś we wzburzeniu, wreszcie zastygających na środku sceny, by zaintonować pieśń ku czci władczyni leśnych ostępów, Goplany. Ekspresyjne tableau w duchu Kaprysów Goi pozostanie, niestety, jedynym frapującym pomysłem prawie trzygodzinnego przedstawienia.

Już korowód tychże duchów wkraczających na zamek Kirkora i Balladyny w akcie trzecim dłuży się niemiłosiernie przez nieustające powtórki tych samych ruchów i póz; niektóre postaci wyglądają, jakby zeszły z obrazów rozmaitych epok: od Fra Angelico, przez van Gogha, do Andrzeja Wróblewskiego, ale trudno doszukać się tu głębszego sensu - poza tym, że reżyser lubi akurat te obrazy. Na tle dwóch rozbuchanych estetycznie scen (wzbogaconych jeszcze rysunkowymi projekcjami Ewy Krasuckiej i Matijosa Gebreselassie) tym mizerniej prezentują się długie sceny dialogowe - sztampowe i nudne. Świat nadprzyrodzony odmalowany został tyleż nastrojowo (mrok i ścielące się po scenie mgły), co ciężką ręką i bez wdzięku. Ludowego rysu próżno szukać, poza żywym cytatem z Jedzących kartofle Van Gogha - Wdowa nosi się niczym pani XTX-wiecznego dworu, jej córka Balladyna - niczym bohaterka dramatu muzycznego Wagnera. Stan rycerski zyskuje rysy karykaturalne: Kirkor w białej plastikowej zbroi wygląda jak skrzyżowanie szturmowca z "Gwiezdnych wojen" i ludzika lego. Taki eklektyzm byłby może bardziej strawny, gdyby wprowadzić ironiczny nawias, niestety od strony reżyserskiej i aktorskiej wszystko jest tutaj solenne i płaskie.

Warszawska "Goplana" lepiej brzmi niż wygląda, ponieważ Grzegorz Nowak potrafi podkreślić walory partytury: taneczne rytmy, fakturalne smaczki, orkiestrowe szczegóły - liczne solówki instrumentów dętych grane są czysto i ekspresyjnie. Jeśli czegoś w muzycznym wykonaniu zabrakło ,to przekonującej architektoniki aktów; przecież każdy z nich ma swoją kulminację: pierwszy - kunsztowny Kwintet z chórem, dwa następne - potężne, dramatyczne finały. Natomiast pod batutą Nowaka opera rozpada się na szereg, skądinąd pięknie zarysowanych, ogniw.

Opera Narodowa zadbała o obsadę na wysokim i dosyć wyrównanym poziomie, niemniej śpiew solistów pozostawia niedosyt. Jak pięknie nie brzmiałyby głosy, jest pewien feler charakterystyczny dla większości polskich śpiewaków młodego i średniego pokolenia: nie najlepsza dykcja i nie przywiązywanie wagi do tego, że śpiew karmi się nie tylko samogłoskami, lecz także spółgłoskami, a o ekspresji frazy decydują słowa w swoim całokształcie. W obsadzie "Goplany" artystyczną pełnię prezentowała jedynie Małgorzata Walewska, czyniąc niezbyt treściwą partię Wdowy najbardziej wyrazistą kreacją w przedstawieniu. Liczne występy okolicznościowe i telewizyjne odcisnęły piętno na urodzie przepięknego niegdyś głosu, ale mezosopran Walewskiej nadal brzmi imponująco, a charyzma artystki nie zmalała ani trochę.

Wspaniale wypadł także tenor Arnold Rutkowski (Kirkor) - krągły ton i pełne brzmienie głosu imponowały zwłaszcza w kulminacjach; w rzewnym arioso chciałoby się usłyszeć więcej dynamicznych niuansów i barwowych odcieni. To samo powiedzieć można o wykonawczyni roli tytułowej: mocne akcentowanie dźwięku, śpiew forte - tak, ale czasami! Inaczej frazy i koloraturowe przebiegi tracą na ekspresji. Śpiew Edyty Piaseckiej jest witalny, nie stroni od brawury, zbywa mu czasem na finezji i elegancji. Rafał Bartmiński świetnie uchwycił prostotę postaci Grabca zapisaną również w nutach - gdyby tylko rzadziej śpiewał pod dźwiękiem...

Wioletta Chodowicz to współcześnie jeden z najwspanialszych polskich sopranów lirycznych, pamiętana z wielu kreacji wokalnych (olśniewająca Maria w Wozzecku, przejmująca Katia Kabanowa), lecz słuchając jej Balladyny, miałem wrażenie spadku formy - niektóre nuty brzmiały głucho, śpiewaczka męczyła się przy zmianie rejestrów. A może to jednak partia nie dla niej, napisana za nisko? Partie idealnie odpowiadające swoim warunkom wokalnym otrzymali Katarzyna Trylnik - ujmująca delikatnym rysunkiem sopranowych fraz Aliny oraz Mariusz Godlewski, który toast w akcie trzecim zaśpiewał z werwą, nie tracąc niczego z urody swego nośnego barytonu. Bardzo dobrze, choć niezbyt wdzięcznie wypadły też wykonawczynie Skierki i Chochlika: Karolina Sołomin i Anna Bernacka.

Powyższe zarzuty, przede wszystkim te tyczące nudnej inscenizacji, nie pozwalają na uznanie pierwszej w XXI wieku inscenizacji opery Żeleńskiego za olśniewający sukces. Dobra wiadomość jest taka, że przedstawienie transmitowane w dniu 3 listopada na internetowej platformie Opera Europa (www.theoperaplatform.eu) można oglądać tamże do 2 maja. A dzięki umiejętnej pracy kamer i mikrofonów spektakl nabrał dynamiki i ogląda się go bardziej komfortowo niż w przepastnej sali Teatru Wielkiego w Warszawie.

***

Trudno zaiste dojść, czemu "Goplana" - jedna z najznakomitszych polskich oper doby pomoniuszkowskiej - tak rzadko pojawia się na scenach. Przypominam sobie jedynie dwie jej realizacje i to oglądane bardzo dawno. Jedna z nich, przeniesiona bodajże z wcześniejszej inscenizacji w Poznaniu, miała miejsce w grudniu 1949 roku w Warszawie, jeszcze w gmachu Romy. Utrwaliła się w mej pamięci za sprawą dyrygenckiej maestrii Zdzisława Górzyńskiego, przejrzystej i logicznej, choć może nazbyt realistycznej reżyserii Teofila Trzcińskiego oraz przejmujących kreacji młodej Marii Fołtyn jako zbrodniczej Balladyny i obdarzonej wspierającym aktorską ekspresję mezzosopranem o niebywałej mocy Franciszki Denis-Słoniewskiej w tragicznej roli Wdowy. Drugą "Goplanę" dane mi było obejrzeć pod koniec lat pięćdziesiątych we Wrocławiu; nie pomnę już wykonawców, ale do tej pory żyje w mojej świadomości, ewokowana przez wizjonerską reżyserię Lii Rotbaum, idealnie przystająca do treści baśniowa atmosfera tego przedstawienia i nasycona dramatyzmem akcja, nieustannie trzymająca widza w napięciu. A potem była już pustka...

Cieszyć się więc trzeba ogromnie, że to dzieło po upływie z górą pół wieku znalazło się w repertuarze warszawskiej narodowej sceny. To znaczy: trzeba by było się cieszyć, gdyby jego sceniczna realizacja mogła wywołać taki zachwyt jak ongiś ta wrocławska. Grzegorz Nowak prowadził operę Żeleńskiego podczas premiery precyzyjnie i dynamicznie (może aż zanadto dynamicznie?). Znakomicie grała pod jego batutą orkiestra, pięknie śpiewały przygotowane przez Mirosława Janowskiego chóry, a i większość solistów zasłużyła na pochwały. Przede wszystkim zasłużyła na nie odtwórczyni najeżonej wirtuozowskimi koloraturami partii tytułowej Edyta Piasecka, lecz także Małgorzata Walewska - Wdowa, Wioletta Chodowicz - Balladyna, Arnold Rutkowski - książę Kirkor oraz świetny baryton Mariusz Godlewski w partii powiernika księcia - Kostryna.

Cóż jednak, skoro w śpiewie większości protagonistów nie czuje się należnej ekspresji. Nie zachodzą bowiem między nimi, z wyjątkiem scen Goplany z gardzącym jej subtelną miłością wieśniakiem Grabcem, żadne niemal emocjonalne relacje, a całe przedstawienie wyreżyserowane przez Janusza Wiśniewskiego - wybitnego przecież w swym fachu artystę - przypomina bardziej koncert w kostiumach (skądinąd bardzo pięknych) aniżeli spektakl teatralny. Na scenie nie dzieje się prawie nic, a jeżeli już rodzi się jakiś ruch, nie ma on wiele wspólnego z właściwą treścią opery. Przykładem mogą być choćby dziwne pochody ludzkich rzesz, ni to pielgrzymów, ni uchodźców, zrazu w ogóle bez muzyki w tle. W kolejnych wejściach ludzie ci (czyżby miała to być rycerska drużyna dzielnego Kirkora, a później orszak przemienionego w obcego księcia Grabca?) niosą ze sobą prymitywne barowe krzesła, na których następnie się rozsiadają.

Nie jest jasne, o co tu naprawdę chodzi, jakkolwiek młodziutka baletnica w czarnym kostiumie aż nadto wyraziście imituje jaskółkę prowadzącą romantycznego Kirkora do domostwa Wdowy. Nie ułatwia rozumienia historii brak symbolicznych choćby dekoracji określających charakter miejsc, w których powinna toczyć się akcja; efektowne projekcje wideo nie zastępują ich skutecznie. Że eteryczna królowa elfów Goplana ma tu być diabelską nimfą, a matka Balladyny i Aliny nie jest bynajmniej prostą wieśniaczką, lecz zubożałą szlachcianką, co oczywiście narzuca jej odmienny całkiem sposób bycia, to już na tle udziwnień mało ważne drobiazgi...

Przedstawiono nam więc inne nieco dzieło aniżeli to, które stworzyli autorzy "Goplany" - Władysław Żeleński i jego librecista Ludomił German. Inna też zgoła przenika je atmosfera, niepodobna do tej, jaka emanuje z genialnego dramatu Słowackiego i wywiedzionego zeń libretta. Czy zatem, oglądając to przedstawienie, mamy powód do niezmąconej radości?

Bartosz Kamiński
Ruch Muzyczny
22 grudnia 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...