Straszny dwór

felieton Marka Weissa

"Straszny dwór" tylko pozornie jest beztroską komedią o niefortunnych, jak zwykle, ślubach niewinności. Warto przypomnieć sobie z jakiego powodu te śluby są tutaj składane. To nie są "Śluby panieńskie" Fredry - pisze reżyser Marek Weiss na swoim blogu, przed premierą w Operze Bałtyckiej w Gdańsku.

Na tydzień przed premierą w Operze Bałtyckiej przypomniała mi się słynna rozmowa Jana Pawła II z Marią Fołtyn. Zasłużona reżyserka zwana w środowisku żartobliwie "wdową po Moniuszce" apelowała do Ojca Świętego podczas watykańskiej audiencji o poparcie dla wystawienia na światowych scenach "Halki". Papież z wrodzonym sobie poczuciem humoru powiedział "Pani mi opowiada o Halce, a ja tu mam Straszny Dwór!" Nie wiedział jeszcze wtedy, że ten jego dwór jest straszniejszy, niż przypuszcza. Tak jest i z dziełem naszego operowego wieszcza. Jest trudniejsze i głębsze, niż się wydaje przy pierwszym rozpoznaniu. Realizowane rekordową ilość razy na na polskich scenach, w tym i przez moją skromną osobę w Operze Narodowej, wciąż kusi, by je na nowo interpretować i zrozumieć zgodnie z duchem czasu, w jakim odbędzie się premiera.

Wydaje się, że wiemy wszystko o tym utworze. Znamy jego piękno, moc oddziaływania, naiwność i słabości partytury tak zdominowanej przez Sikorskiego. Każdy dyrygent realizuje swoją wersję i kiedy się porówna nagrania na przykład Jana Krenza i Jacka Kaspszyka, to słychać wiele ciekawych różnic. Nasza wersja przygotowana przez Tadeusza Kozłowskiego w nawiązaniu do wersji Bohdana Wodiczki odznacza się wielką zwięzłością i dynamiką. Ci, co mają w uchu inne lub inaczej brzmiące takty, będą się niepokoić, czy nie dzieje się krzywda Moniuszce, ale jego autoryzowana w stu procentach wersja niestety nie istnieje.

Te redakcje i interpretacje wciąż są w naszym życiu teatralnym przedmiotem zajadłych sporów. To znaczy, że kanon dramatów i oper uznany za dobro narodowe nie jest poszczególnym widzom obojętny. To znaczy, że nasza historia nie jest im obojętna. Naród, który tak gorąco przeżywa swoje mity, tradycję i fakty historyczne zasługuje na szacunek, a nie na pogardę światowców, co widzą w tych emocjach jedynie ciemnotę i zacofanie. Oczywiście, że łatwo wpaść w szmirę przesadnej egzaltacji i zastąpienia "jedynie słusznymi emocjami" zdrowego rozsądku i poczucia osobistej przyzwoitości. Te sprawy zawsze były arcytrudne i wymagały intelektualnej czujności. "Ale świętości nie szargać, bo to boli" powiada w "Weselu" król szyderców Stańczyk do Dziennikarza, który tę czujność stracił.

"Straszny Dwór" tylko pozornie jest beztroską komedią o niefortunnych, jak zwykle, ślubach niewinności. Warto przypomnieć sobie z jakiego powodu te śluby są tutaj składane. To nie są "Śluby Panieńskie" Fredry. Gdyby potraktować poważnie kwartet tych młodych bohaterów i ich mentora, jakim jest Miecznik, to może zamiast lekceważenia, z jakim traktujemy sarmackich bohaterów, bo tak nas wychowano w PRLu, bo tak nas kształtuje współczesna mentalność europejczyków, głęboko nieufnych wobec narodowościowych sentymentów, spróbować, tak jak oni, zadać sobie indywidualne pytanie "Czym jest dla mnie miłość Ojczyzny? Co tak naprawdę kocham?"

Dla mnie, na przykład, takim symbolem mojej patriotycznej nostalgii jest hejnał mariacki. Pięknie kiedyś śpiewał o nim bard naszej uciśnionej części świata Bułat Okudżawa: "Gdy nad Krakowem wznosi się trębacz ze swoim hejnałem, chwytam za szablę z nadzieją w oczach". Ten wers mógłby być mottem mojego "Strasznego Dworu".

Sarmatyzm to wielki tygiel, którego nie potrafiłbym jednoznacznie ocenić. To jak z moim dziadkiem, który był piękną, dumną osobą o wielkiej szlachetności i niezłomnym patriotyzmie, a jednocześnie irytował mnie kompletnym ignorowaniem realiów tego świata i nie przyjmowaniem do wiadomości jego reguł. Kochałem go i jednocześnie złościła mnie jego pycha wojownika. Kłóciliśmy się często, a jednocześnie nie mogliśmy bez siebie żyć. Komuna poczyniła dotkliwe spustoszenia w naszej tradycji sarmackiej. Teraz próbuje się odbudować niektóre jej wartości, ale świat się zbyt szybko zmienia, by ta próba ocalenia w pełni się udała. Ważne, żeby przy restaurowaniu sarmackich pozytywów nie powtarzać jego fatalnych błędów, które tak zaciążyły nad historią naszego narodu. Warto pamiętać, że to był czas, kiedy szlachta zwracała się do siebie "Panie bracie!"

Inspiracją do interpretacji teatralnej "Strasznego Dworu" był dla mnie "Ślub" Gombrowicza. Komu twórczość tego pisarza jest bliska, odczyta tę inspirację w spektaklu. Narzuca ona wiele konsekwencji inscenizacyjnych z onirycznością całej fabuły przede wszystkim. Można w uproszczeniu powiedzieć, że wszystko jest snem Stefana o dawnych czasach, do których nostalgiczną tęsknotę przeżywały kolejne pokolenia. Nasze pokolenie nie jest od tej tęsknoty wolne, ale różnimy się od poprzednich bardzo gorzkimi doświadczeniami historycznymi, które bolą jak zabliźnione rany. A teatr przecież jest od rozdrapywania ran i szukania sensu tego bólu w naszej kulturze. Dlatego mazur jest apoteozą bohaterów Powstania i rozpaczą wobec ich bezsensownej zagłady. Dlatego finał mojego spektaklu jest cytatem z legendarnego spektaklu "Wyzwolenia" Wyspiańskiego wyreżyserowanego przez Konrada Swinarskiego prawie pół wieku temu.

Każdy szlachecki strój w każdej epoce każdego kraju jest splamiony krwią. Władza rodzi przemoc, a bunt rodzi krwawy odwet. Nie musimy się tego wstydzić, bo to nie była jakaś szczególna cecha polskiej szlachty, ale też nie ma powodu desperacko się zaklinać, że nasi przodkowie byli jakoś wyjątkowo niewinni w porównaniu ze szlachtą angielską, czy francuską, której kolonialne straszliwe wyczyny tak wspaniale ujął w metaforę Conrad w "Jądrze ciemności". Powołaniem artystów jest tropić zło wszędzie, gdzie się pojawi, nawet gdyby to był nasz dom rodzinny. A zapłatą zawsze będzie oplucie, wygnanie, "śmierć na śmietniku" jak ujął to nasz największy poeta w "Przesłaniu Pana Cogito". W moim "Strasznym Dworze" nie ma śladów kolonialnej hańby na kontuszach, ale w kluczowej, wspaniałej arii Miecznika są kategoryczne nakazy, na których wychowały się kolejne pokolenia. Zapłaciły za to wychowanie życiem oddanym często z powodu pychy i ignorancji takich pięknych Mieczników jak mój świętej pamięci dziadek. Dobro Ojczyzny jest w naszej tradycji dobrem najwyższym, ale jego obrona jest dzisiaj bardziej skomplikowana, niż irracjonalne szafowanie życiem młodych zapaleńców. Świat wymaga dzisiaj mądrej kalkulacji i stosowania surowych reguł rządzących rzeczywistością. Żeby właściwie bronić Ojczyzny, należy te reguły starannie studiować, bo same szable nie wystarczą.

Marek Weiss
www.operabaltycka.pl
12 grudnia 2015
Portrety
Marek Weiss

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia