Strzeż się!

"Carmen" - reż: Laco Adamik - Opera Krakowska

Opera Georgesa Bizeta, na podstawie opowiadania francuskiego romantyka Prospera Mérimée "Carmen", to klasyka gatunku. A jak na pierwszy raz w operze poprzeczka ustawiona jest wysoko zarówno dla twórców, jak i dla widza

Przed wejściem w materię spektaklu operowy laik musi dobrze zdać sobie sprawę z wymogów gatunku. Tak, aby ewentualne uwagi krytyczne nie odnosiły się do ogólnej charakterystyki opery, a do samych pomysłów inscenizacyjnych czy wykonania poszczególnych partii. Ogólnie nie najlepiej widziana pompatyczność gestów, oklaski w trakcie spektaklu czy wygłaszanie swojej wypowiedzi do publiczności, a nie do partnera to pokłosie tradycyjnego teatru „starych dekoracji”, którego opera pozostała jedną z ostatnich wiernych kontynuatorek. Skupmy się zatem na opowiedzianej historii i na jej scenicznym uobecnieniu.  

Kostiumowa opowieść rozwija koncepcję miłości niemożliwej, ponieważ „miłość szczęśliwa” jest w tym ujęciu czystym oksymoronem. Carmen pokocha tylko tego, kto jej nie kocha. Niczym rasowa femme fatale nigdy nie uszczęśliwi swojego wybranka, a raczej stworzy jedynie taki pozór: potrząśnie chmarą czarnych włosów, zakręci falbaniastą suknią, spojrzy czarnym okiem, obieca coś, czego żadna inna nie jest w stanie zaoferować mężczyźnie. A potem odfrunie, zostawiając za sobą pokiereszowane serca zalotników, bo wolność jest jedyną religią, którą wyznaje. Don Jose, szaleńczo zakochany w Cygance, odtrącony, stanie się jej przeznaczeniem, rozliczeniem, karą, być może zbawieniem. Śmierć z jego ręki zakończy bohemę jej życia.

Ta tragiczna historia tkwi w gardłach aktorów, wybrzmiewa w długich śpiewanych samogłoskach, spowalniających bieg akcji, ale jednocześnie celebrujących emocje postaci. Scenografia, w której znajduje swoje przedłużenie, imponuje rozmachem i oryginalnością. Pierwszy akt rozgrywa się na pograniczu zatłoczonego placu miejskiego i tawerny z długim stołem, przy którym zasiadają kurtyzany i żołnierze. Na drugim planie, za przeszklonymi, matowymi oknami widać cienie pracujących w fabryce kobiet. W drugim akcie przechodzimy do wnętrza kawiarni. Dominantą staje się wielki drewniany okrągły stół, zajmujący prawie całą scenę. Wisi nad nim rodzaj przesłoniętej lampy z wiatrakiem, który obracając się, bawi się światłem rzucanym na blat stołu. Przestrzeń ta staje się także parkietem dla cygańskich tancerzy. Trzeci akt przenosi nas w góry, symbolicznie zaznaczone różnej wysokości podestami na tle ciemnego nieba, na którym błyszczy księżyc. Cienie grupy przemytników, w tym Carmen i Don Josego, na tle nocnego nieba nadają historii dodatkowego rysu tajemniczości. Ostatni akt to w pierwszej części scena zbiorowa poprzedzająca walkę torreadora, nową miłość Carmen. Druga część, ostatnie chwile tytułowej bohaterki, rozgrywa się na tle nagrania z walki byków, które przychodzą oglądać turyści z aparatami fotograficznymi, w zwykłych, współczesnych strojach. Gdzieś w tym tłumie umiera Carmen.

"Carmen" w reżyserii Laco Adamika to spektakl dla oka i dla ucha. Nawet jeśli niektóre pomysły inscenizacyjne nie do końca współgrają z ogólną koncepcją opery Bizeta –współczesny wątek został wprowadzony może zbyt ostentacyjnie, a gra aktorska nie zawsze stoi na najwyższym poziomie, to bogactwo kostiumów, świetnie poprowadzona gra świateł, znakomita muzyka wykonana pod batutą Macieja Figasa oraz interesująca scenografia z nawiązką wynagradzają ewentualne słabe punkty.

Magdalena Talar
Dziennik Teatralny Kraków
29 września 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia