Studiujemy międzyczas

Rozmowa z Piotrem Cieplakiem

Spektakli Piotra Cieplaka nie omija żaden teatroman. Teatr Leszka Bzdyla jest od lat wizytówką polskiego offu tanecznego. Artyści wspólnie przygotowali w Teatrze Nowym długo wyczekiwaną premierę "Przed południem, przed zmierzchem".

Monika Wasilewska: Jak reżyserowi słowa reżyseruje się taniec?

Piotr Cieplak: Na szczęście praca z ciałem nie jest dla mnie nowa. Jako chłopiec dwa razy dziennie trenowałem łyżwiarstwo figurowe, ćwiczyłem balet, zajmowałem się pantomimą i nie od dziś używam tych doświadczeń w teatrze. Robiłem już spektakle bez słów, gdzie podstawowym językiem były gest i ruch. Choć oczywiście nigdy wcześniej w tak dużym natężeniu. Nie przywiązuję się w teatrze do jednej formy. Z upodobaniem ciągle zaprzeczam poprzednim krokom. Robię spektakl dla dzieci, a potem „Księgę Hioba", tekst Samuela Becketta, akcję bożonarodzeniową na dworcu centralnym, dyplom ze studentami aktorstwa, a później „Zemstę" Aleksandra Fredry. 

Jak to się stało, że reżyseruje Pan w Łodzi? Po raz pierwszy...

- Zbigniew Brzoza zaprosił do zespołu Teatru Nowego Leszka Bzdyla, tancerza i choreografa. Ponieważ wiele razy pracowałem z nim przy różnych spektaklach, z czasem pojawiła się idea wspólnego łódzkiego przedsięwzięcia. Takiego, w którym zderzą się różne żywioły, a moje reżyserowanie spotka się w połowie drogi z pomysłami tancerzy.

I jak wyglądają tarcia na linii reżyser-tancerz?

- Tarć nie ma, choć czasem mam pretensje do Leszka, że się za mało odzywa (śmiech). On wybiera postawę aktora w tym przedsięwzięciu, mniej jego aktywnego kreatora. A ja chciałbym go bardziej wykorzystać. Praca moja i zespołu przebiega szczególnie. Zanim zaczęliśmy te wszystkie fikołki i próbowanie na scenie, dużo czasu poświęciliśmy na bycie ze sobą. W lutym udało się zorganizować tygodniowy wyjazd na Mazury. Siedzieliśmy w śniegu, chodziliśmy po lesie, wspólnie jedliśmy, a nasze rozmowy i improwizacje stworzyły podstawy spektaklu. Aura wyjazdu wciąż nam patronuje.

O czym jest "Przed południem, przed zmierzchem"?

- Ten spektakl nie opowiada historii. Nie ma fabuły w stylu: ktoś kogoś spotkał i się zakochał, ktoś inny go zabił itd. Gdy nie ma słów, a ludzie są obok siebie, zaczynają się odsłaniać treści podskórne, które przez nieuwagę i zagadywanie życia zwykle pomijamy. Interesują mnie międzyczasy, chwile mało spektakularne: nie o świcie i nie o północy, tylko w tej godzinie, w której słońce leniwie wędruje po kanapie. Międzyczasy są scenicznie frapujące. I zajmują nam w życiu bardzo dużo czasu.

Siadamy na widowni, zaczyna się ten spektakl bez fabuły i co w nim widzimy?

- Na wstępie fundujemy publiczności 15 minut ostrego obrazu: życia w tempie przyspieszonym do granic wykonywalności. W centrum uwagi jest pięcioro lokatorów pięciu mieszkań. To wygląda tak, jakby pion w wieżowcu - gdzie wszystkie lokale mają ten sam układ - spłaszczyć do jednego mieszkania. Mamy pięć osób żyjących osobno, ale naraz. Poruszają się trochę jak w "Tangu" Rybczyńskiego. Po 15 minutach zgiełku i biegu zaczynamy studiować detale, chwile, na które bohater nie miał czasu, kiedy tak biegł. A my nie mieliśmy czasu, by dostrzec znaczenie małych gestów: naciskania klamki, stawania w progu, przeczuwania obecności innej osoby. O tym jest nasz spektakl - o magii i bogactwie codzienności, jej niedocenianych momentów. Nie zmierzamy do konkluzji w stylu "w domach z betonu nie ma wolnej miłości". Nie zależy nam na publicystyce. W sposób świadomy i ostentacyjny antydatowaliśmy ten spektakl. Pomaga nam w tym scenografia stylizowana na oldschool z lat 60. To pozwala uniknąć nachalnej aktualności. Ważnym elementem jest też muzyka, tworzona na żywo przez Patryka Zakrockiego i Pawła Szamburskiego. Trudno ją opisać, bo mamy tu klarnet i skrzypce. Można by powiedzieć - jakaś muzyka dworska, ale to dźwięki przetworzone przez jakieś tajemnicze maszynki uzyskują bardzo oryginalne i współczesne brzmienie. Raz jak ostry rock, a za chwilę jak medytacyjna muzyka z klasztoru.

A gdyby miał Pan konkretnie nazwać tę konwencję, poetykę... 

- To, co mi przychodzi do głowy, to spektakl poetycki, ale wiem, że jak to się mówi, od razu ręce opadają i mina rzednie. A jednak wchodzimy tu w obszar, który, jak w poezji, jest między słowami, w tym co niewypowiedziane. Jedno i drugie słowo rozumiem, ale dopiero ich zestawienie tworzy interesującą jakość. W tym sensie ten spektakl jest "poetycki", bo też jest utkany z tego co pomiędzy. 

*Piotr Cieplak (ur. 1960) jeden z ważniejszych polskich reżyserów teatralnych. Debiutował w toruńskim Teatrze Wilama Horzycy. Potem związał się ze scenami wrocławskimi i warszawskimi - był m.in. dyrektorem artystycznym Teatru Rozmaitości. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Konrada Swinarskiego za reżyserię „Słomkowego kapelusza” Eugene\'a Labiche\'a, oraz Feliksa Warszawskiego dla najlepszego spektaklu w sezonie 2007/2008 - za „Opowiadania dla Dzieci" wg Isaaka Singera. 

"Przed południem, przed zmierzchem", reż. Piotr Cieplak, scen. Andrzej Witkowski, muz. Patryk Zakrocki i Paweł Szamburski, premiera w Teatrze Nowym (ul. Zachodnia 93), sobota, 7 marca, początek o godz. 19.15

Monika Wasilewska
Gazeta Wyborcza Łódź
7 marca 2009
Portrety
Piotr Cieplak

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia