Subtelnie i ostro

10. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Tańca Zawirowania - Jesienna edycja

Piątkowy wieczór na Jesiennych Zawirowaniach obfitował w skrajne doznania. Dwa prezentowane spektakle były tak odmienne pod względem stylu i formy, że porównanie ich jest niemal niemożliwe.

W Teatrze Collegium Nobilium można było przeżyć poetycką podróż w głąb lat czterdziestych XX wieku. Budapest Dance Theatre do elektryzującej muzyki Dániela Szántó przedstawił kompozycję pod tytułem: „My Daughter, Anna Frank". Malowniczy obraz młodych, zagubionych ludzi w obliczu tragedii wojny otworzyła subtelnie oświetlona sylwetka dziewczyny jadącej na rowerze, wokół której leżały bezimienne postaci. Tancerze gwałtownie wstawali, obijali się o siebie, o ściany, zwalniali, po czym znów biegli. Na chwilę zatrzymali się przodem do widowni, ciężko oddychali, rozpraszali się, zaciekle o czymś rozmawiali, ale słowa ginęły, umykały, pozostały tylko gwar i poruszające się płynnie ciała. Utworzyła się zwarta, ciężko dysząca, grupa, która poruszając się we wspólnym rytmie, jak jeden organizm nagle dynamicznie zwróciła się do widowni i wydała niemy krzyk.

Pośród pastelowych postaci wyróżniała się jedna, ubrana w różowy sweter i kwiecistą sukienkę do kolan. To ona pozostał z boku, kiedy reszta tancerzy zdawała się bezgłośnie ryczeć w otchłań wypełnioną palącym światłem. Połączyła się z drugą kobietą, by stworzyć piękny, melancholijny, przyprawiający o dreszcze duet, w której papierowy dziennik pełnił rolę sprawczą, stawał się powodem do ruchu. Gibkie ciała tancerek płynnym, obszernym i niezwykle miękkim ruchem pozwoliły wejść w ich intymny, młodzieńczy świat przekomarzań i niewinnych zabaw, który szybko przerwany został natarciem grupy oraz mroczną zmianą nastroju. Sceny zbiorowe przeplatane były barwnymi kombinacjami w duetach lub triach. Główna bohaterka czasem w nich uczestniczyła, kiedy indziej przyglądała się ze zdziwieniem. Rozdała każdemu wielki płócienny wór, który zastosowany został w różnoraki sposób. Grupa tancerzy synchronicznie manipulowała rekwizytem tak, by się ukryć, okryć, wytrzeć nim podłogę lub uderzyć z impetem w chwili złości. Dziewczyna nie podążała jednak za tłumem. Spotkała chłopca, a worek posłużył za miękkie siedzisko, kiedy flirtowali i dyskretnie zaczepiali się nawzajem. Kiedy spostrzegła, że została sama było już za późno, ciała leżały rozrzucone pomiędzy wielką górą ubrań – wszyscy byli martwi.

Liryczną opowieść o samotności, nienawiści, wojnie i naiwnej młodości wykreowała genialna, gwałtowna, nostalgiczna i wzruszająca muzyka oraz niebanalna choreografia oparta na gładkim, lekkim i przestrzennym ruchu. Plastyczny obraz chłonęło się z przyjemnością, choć brak w nim nieco napięcia, zwrotu akcji lub zmiany tempa. Dramaturgia pozostaje na tym samym, dość wysokim poziomie, co sprawia, że urzekający spektakl nieco zblakł pozostawiając niewiele ponad piękne wrażenia zmysłowe.

Sopocki Teatr Tańca od pierwszych chwil diametralnie zmienił atmosferę wieczoru. Mroczna kompozycja „Puste ciało" w Teatrze WarSawy, inspirowana dwoma wielkimi artystami wprowadziła widownię w zagadkowy świat Franza Kafki i rozpustny Paryż Henriego Toulouse-Lautreca.

Część pierwszą otworzył wielki zegar i ledwo wyłaniające się postaci. Na ponurej scenie rozświetlonej pojedynczymi żarówkami znajdowały się cztery kobiety i mężczyzna, który wyraźnie odróżniał się od pozostałych. Kostium tancerza Jacka Krawczyka był wybrakowany, spod obciętych rękawów marynarki wystawała koszula, a ciężkie czarne buty spowalniały ruchy. Trzy kobiety w garniturach reprezentujące siostry Kafki były niemal identyczne, jedna - Joanna Czajkowska, przyodziana w surdut, powolnym krokiem okrążająca scenę zdecydowanie dowodziła. Jej przyglądali się z zaciekawieniem przez lupę, jej rozkazy wykonywali. Ona pokazywała silny, zamaszysty ruch, a reszta, niczym żołnierze, posłusznie powtarzała i podążała. Ona też dzierżyła władzę nad zegarem – czasem. Samotny mężczyzna padł ofiarą zuniformizowanych kobiet, które rozbierały go, manipulowały jego ciałem jak marionetką, układały w pozę myśliciela lub turlały po ziemi, po czym tańczyły wokoło.

Świat powieści Franza Kafki przeplatał się z jego osobistymi przeżyciami, uzależnieniem od ojca, zaborczymi kobietami, zniewoleniem i odczłowieczeniem. Posępna atmosfera unosiła się w powietrzu, a część druga nie zapowiadała poprawy.

Życie Henriego Toulouse-Lautreca nie było proste, ale z pewnością nie brakło w nim rozrywki. Zdeformowane, nie do końca sprawne ciało nie stało na przeszkodzie niekończącym się zabawom i rozpustom. Sopocki Teatr Tańca właśnie na tym aspekcie oparł swój spektakl. Okrutna karykatura paryskich kabaretów, czy domów publicznych była tematem przewodnim. Nie zabrakło panien lekkich obyczajów, swawolnego mistrza ceremonii w meloniku oraz widowni. Teatr w teatrze rozpoczęła Joanna Czajkowska z wąsem, trzy siedzące wulgarnie na krzesłach tancerki, tykający w tle zegar oraz ledwie widoczny pośród pustych siedzeń mężczyzna. Skąpo odziane dziewczęta nie wiedząc, co to wstyd emanowały niesmacznym seksapilem, drapały się, dotykały, wykonywały gwałtowne, nieoczekiwane ruchy, czasem wspólne, czasem niezależne. Celowo niechlujny i nieprzyzwoity taniec wymieniał się z zaproszeniem do wspólnej zabawy i zachwalaniem wygimnastykowanych kobiet. Nie wzbudzały one jednak pożądania. Kiedy zwiększyła się ilość osób na widowni, pojawiła się głośna, taneczna muzyka i kolorowe światła, tancerki rozpoczęły swoje nieprzyzwoite, kiczowate, marne przedstawienie: podrygiwały w kółeczku, stroiły miny, a na koniec zaprezentowały zamaszystego, trochę przerażającego kankana. Nikt nie klaskał, publiczność na scenie zasłoniła sobie twarz.

Podtytuł spektaklu brzmi: „Okazja do malutkiej rozpaczy", ale nie była ona taka malutka. Wszechogarniające cierpienie i jakiś straszny smutek przebijał na każdym kroku, czy bezpośrednio, czy pod przykrywką taniej rozrywki. Dwie części, choć nieco odmienne miały wspólny mianownik i nie pozostawiły żadnych złudzeń. Wyzuty, zniewolony, zdemoralizowany, pusty – taki obraz człowieka pozostawiła choreografia Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka.

Od delikatnej, romantycznej, nostalgicznej prezentacji Budapest Dance Theatre do „Pustego ciała", które sieje spustoszenie w wątłym, ludzkim organizmie jest bardzo daleko. Rozstrzał emocjonalny przejaskrawia różnice w podejściu do tematu, interpretacji, czy ruchu. Kompozycje, choć przedstawione tego samego wieczoru, nie chcą się zasymilować. Pozostają niezależnymi, wykreowanymi w dwóch różnych częściach świata oryginalnymi spektaklami.

Teatr Collegium Nobilium
Budapest Dance Theatre

„My Daughter, Anna Frank"
Choreografia: Béla Földi
Muzyka: Dániel Szántó
Kostiumy: Péter Klimó

Teatr WarSawy
Sopocki Teatr Tańca
„Puste Ciało. Okazja do małej rozpaczy."
Koncept, reżyseria i choreografia: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk
Muzyka: Mariusz Noskowiak
Kostiumy: Agnieszka Puławska

Jesienne Zawirowania – Druga Część X Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Tańca,
21 listopada 2014

Agata Wiedro
Dziennik Teatralny Warszawa
16 grudnia 2014

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia