Surrealizm i bełkot

"Obóz Katarakta" - reż. Dominika Knapik - Małopolski Ogród Sztuki

Zaczęło się pięknie, a skończyło surrealistycznie, dramatycznie, nijak. Kiedy zapaliło się światło, można było odetchnąć z ulgą. Mało jest spektakli, które przypominają film „Melancholia" w reż. Larsa von Triera. Najpierw urzekają pierwszymi minutami poetyckiej, metaforycznej historii, żeby potem skręcić w ślepy zaułek. Opis spektaklu „Obóz katarakta" w reż. Dominiki Knapik zaintrygował mnie. Na żywo okazał się wielkim rozczarowaniem.

Po zapadnięciu ciemności, światło wyławia zarys postaci. Ciężko stwierdzić, czy to kobieta, czy mężczyzna. Taneczne ruchy postaci mogą kojarzyć się z budzeniem się do życia. Fascynująca scena bez słów, do której tłem jest świetna muzyka. Tańcząca postać w bordowym stroju ma za plecami wygiętą w łuk, czarną ścianę (która potem okaże się mobilną, możliwą do obracania konstrukcją) – dzięki temu mamy dodatkowo „tańczące" światłocienie.

Po dłuższej chwili wytworzony nastrój pryska. Scena rozświetla się bardziej, do akcji dołączają kolejni aktorzy, ale wszystkie elementy są ze sobą totalnie niespójne. Postaci chodzą w kółko, biegają, zapełniają wciąż prawie pustą przestrzeń... Do końca spektaklu będzie towarzyszyło już poczucie bezsensownego chaosu – „Obóz katarakta" brnie w metaforyczne bagno. Mamy tu trochę ćwiczeń gimnastycznych, nieco treningu psychologicznego i postać Indianina-Kasjera, który jest tu jakby „maskotką". Z off-u słyszymy narrację. Tekst jest denerwujący o tyle, że nie znajduje potwierdzenia na scenie.

Dużym plusem tego spektaklu jest oprawa plastyczna – muzyka i światło tworzą na scenie pewien klimat, który jednak nie jest wykorzystany. Dziwnie patrzy się na piękny obrazek, po którym właściwie błąkają się zagubione postaci. Aktorstwo jest tu bardzo dobre, jednak wydaje się, że aktorzy nie mają tu pola do popisu. Wykonują głównie automatyczne ruchy, dziwne gesty. Przesuwają się po scenie w ściśle ustalonych, tanecznych ruchach lub stoją nieruchomo – z głowami przy ścianach.

Mniej więcej w połowie ze spektaklu wyszło kilka osób. I niemal im zazdrościłam, że za chwilę znajdą się poza tą dziwną, nieprzyjazną przestrzenią. Poza obrazami, na które nie chcą patrzeć. Nie będą też musieli słuchać słów i próbować w jakikolwiek sposób dopasować ich do akcji. Doczekałam do końca i wraz z równie wytrwałymi widzami przygotowaliśmy na koniec aktorom bardzo krótką i nieśmiałą owację. Radosnym był fakt, że spektakl trwa tylko godzinę. Miało się wrażenie, że wszyscy chcieli jak najszybciej wyjść. Zniknąć – jak miała zrobić to rzekoma główna bohaterka. Po prostu wyjść i nie wrócić.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
24 stycznia 2017
Portrety
Dominika Knapik

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...