Świat odbity w krzywym zwierciadle

"Karzeł, Down i inne żywioły " - reż. Wiktor Rubin - Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

"Karzeł, down i inne żywioły" to obrazoburczy, wstrząsający, mocny, a jednocześnie znakomity i zdecydowanie wart obejrzenia spektakl Teatru Nowego im. K. Dejmka w Łodzi.

Spektakl "Karzeł, down i inne żywioły" wyrasta niejako z pierwszych wersów baśni "Królowa śniegu", w których mowa o stworzonym przez złego czarodzieja sztucznym zwierciadle, sprawiającym, że wszystkie rzeczy piękne i dobre wyglądały "szkaradnie, a nawet śmiesznie, ponieważ były wykrzywione, zamazane, niewyraźne - za to złe rzeczy widać w nim było doskonale. Tym sposobem cały świat w tym zwierciadle był brzydki i zły, a nic na nim nie było pięknego". Na podobnym gruncie, w mojej opinii, powstała sztuka wystawiana przez Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (w kooperacji z 5. Międzynarodowym Festiwalem Teatralnym Boska Komedia w Krakowie). Wydaje się bowiem, że wszyscy bohaterowie i wydarzenia są przefiltrowane przez tego typu lustro, odzwierciedlając różnego rodzaju brzydotę i okaleczenia czy to fizyczne, czy psychiczne, a najczęściej oba jednocześnie. Prym w tym specyficznym korowodzie wiedzie tytułowy down (rewelacyjny Michał Bieliński, swoją genialną grą przypominał mi momentami niezapomnianego Leonardo DiCaprio w "Co gryzie Gilberta Grape'a" - szapo ba!), który w końcu zaczyna się buntować przeciwko marginalizacji własnej pozycji, "chce się zmieścić w obieg. Spóźniać się do roboty, trzymać rękę na jędrnej jakiejś dupie, świntuszyć. Być na Wall Street maklerem, psa wozić do szkoły i syna. I swoje grymasy upowszechnić jako mimikę publiczną a być może nawet obowiązkową".

Kluczowa zaś postać to Lenny (znakomity, charyzmatyczny, przekonujący, piękny Daniel Chryc). Trudno jednakże wskazać kim on właściwie jest, ale czy o kimkolwiek z nas można taką jednoznaczną definicję stworzyć? Zauważalna natomiast pozostaje przez cały spektakl zarysowująca się u niego dwoistość, swoiste rozdarcie pomiędzy ziemskimi, typowo ludzkimi przywarami i słabościami, a przypisywaną sobie (choć i potwierdzaną przez jego "wyznawców") "świętością". Czy Lenny'ego można uznać za pomazańca bożego, czy to zwykły człowiek z krwi i kości poszukujący w naszym zwariowanym świecie Boga, a może szaleniec i bluźnierca? Jednakże "kto ma więcej wiary, niż były zbrodniarz, który całe życie musi się ukrywać w znoszonych mundurach"?

Abstrahując od wskazanych pytań, na które każdy widz sam sobie powinien odpowiedzieć, to nie ulega wątpliwości, że jest on żołnierzem wracającym z misji tak zwanej pokojowej, której realne oblicze twórcy spektaklu brutalnie obnażają, podsumowując "Prawda nigdy nie jest moralna". Po obejrzeniu "Karła, downa i innych żywiołów" już zawsze będziemy się zastanawiać (o ile dotychczas nie pojawiła się taka wątpliwość) - co tak naprawdę dzieje się na tych misjach? Czy ściśle powiązana z wojną dehumanizacja nie zakrada się przypadkiem i w te propagandowo nazywane "pokojowymi" akcje? Może to tylko inna forma wyrazu dla działań zbrojnych, których dewizą jest, było i niestety pozostanie - całkowite odczłowieczenie, a co za tym idzie zagubienie wartości, dla jakich niby się walczy, a więc honoru, Boga i ojczyzny.

Duże słowa uznania należą się za rolę "Kaprala" Mateuszowi Janickiemu, który zręcznie operując swym wytrawnym warsztatem aktorskim, przechodził szereg skrajnych wcieleń - od budzącego współczucie wracającego z wojny (czy też wzmiankowanej, a znamiennej "pokojowej misji") okaleczonego żołnierza, rozpaczliwie próbującego odszukać fragmenty własnej tożsamości, twarzy w zdeformowanym obrazie. Po zwyrodniałego gwałciciela, potwora, wzbudzającego autentyczne przerażenie, aż wreszcie chciałoby się powiedzieć (ze zgrozą oczywiście!) "człowieka swoich czasów", a więc telewizyjną hienę, wylewającą przy aplauzie zachwyconej publisi fałszywe żale nad popełnionymi zbrodniami - rzekomo nawróconego grzesznika - alleluja zawołajmy wraz z wiwatującym tłumem marionetkowych (bo sterowanych odgórnie przez czwartą władzę, tj. telewizję) ludzkich kukiełek.

Na wyróżnienia zasługują również kobiety, a przede wszystkim świetna Aleksandra Padzikowska - wcielająca się w ofiarę zbiorowych gwałtów dokonywanych przez "żołnierzy". Oczywiście, podobnie jak i mężczyźni, ona także przechodziła szereg metamorfoz, przy czym jedno pozostawało niezmienne, a mianowicie po mistrzowsku odgrywane bardzo trudne (zwłaszcza pod względem psychologicznym) kolejne przemiany. Na laury, tradycyjnie, zasługuje Mirosława Olbińska - wybitna aktorka, często goszcząca na deskach Teatru Nowego w Łodzi z korzyścią rzecz jasna dla widowni.

Początkowe próby poszeregowania postaci do kategorii "dobrych" bądź "złych" w miarę upływu spektaklu, zdają się coraz bardziej zatracać sens. Okazuje się, że żadnej z osób nie da się w ten sposób posegregować. Z oczywistych powodów - wszak oni są po prostu ludźmi, a my tacy właśnie jesteśmy. Choć z reguły temu zaprzeczamy, to cały ten spektakl zdaje się być potwierdzeniem tezy słynnego amerykańskiego profesora psychologii Philipa Zimbardo, który analizując zagadnienie zła stwierdził, że "wszelkie czyny, jakie kiedykolwiek popełniła jakaś istota ludzka, nawet te najstraszniejsze, może popełnić każdy z nas - w dobrych lub złych okolicznościach społecznych. Wiedza o tym nie usprawiedliwia zła; raczej czyni je demokratycznym, rozdzielając odpowiedzialność za nie wśród zwykłych ludzi, a nie uznając, że jest ono domeną jedynie dewiantów i despotów - Ich, a nie Nas". Z każdą następującą sekwencją omawianej sztuki, ta odrzucana, bolesna teoria znajduje coraz więcej dowodów na jej potwierdzenie. Zresztą trzeba to jasno powiedzieć - z tym wszechobecnym bólem trawiącym postaci pozostaniemy na długo po opuszczeniu gmachu Teatru. Rany, które nie chcą albo nie mogą się zabliźnić, wciąż rozgrzebywane, jakby cierpiący znajdywali swoistą rozkosz w tym przejmującym, niekończącym się maratonie udręki, przenoszą się niczym zakaźna choroba i na nas, bo przecież ta gra, w którą rozgrywają partyjkę zwie się... życie. To my rozdajemy tutaj karty, rzucamy kości, wciągamy do "zabawy" innych. Rozgrywając przed oszołomionymi widzami sadomasochistyczny taniec, aktorzy tak naprawdę ukazują bezpretensjonalną prawdę o nas, co prawda poprzez to odwrócone zwierciadło czarnoksiężnika, ale to w dalszym ciągu my - prymitywne, bluźniercze, obrazoburcze, zapatrzone we własne ego ludzkie jednostki.

Przyznam szczerze, że odczuwałam wyraźnie męską rękę reżysera - Wiktora Rubina (odpowiedzialnego też za opracowanie muzyczne), który doskonale wywiązał się z tego zadania. Spektakl jest bardzo mocny, obfituje w brutalne sceny, mające tutaj swoje głębokie uzasadnienie. To nie epatowanie przemocą dla samej przemocy, lecz po to, by odsłonić tę część osobowości, którą zwykle szczelnie zasłaniamy, ukrywamy, zaprzeczamy jej istnieniu. Ona jednak zawsze jest, była i będzie - stanowiąc jeden z fundamentów człowieczeństwa. W każdym z nas przecież obok doktora Jekylla istnieje też znienawidzony (z reguły) pan Hyde. Nie można nie docenić ogromnego wkładu autorki, dramaturga - Jolanty Janiczak - wielkie brawa!

"Karzeł, down i inne żywioły" wpisuje się w przyjęty przez Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi kierunek. Chodzi o poszukiwanie nowoczesnych form wyrazu, odkrywanie nowych obszarów ukazywania sztuki. Na tym eksperymentalnym nurcie, powyższy Teatr (również za sprawą analizowanego spektaklu) wypływa na szerokie wody, zdobywając rzesze wielbicieli i wiele nagród. Zasłużonych zresztą.

Polecam "Karła, downa i inne żywioły" przede wszystkim miłośnikom współczesnej sztuki, choć nie tylko. Wszystkim wolnomyślicielom, zwolennikom psychoanalizy, agnostykom, intelektualistom, filozofom - pasjonatom etc. Zaznaczyć muszę przy tym, że spektakl przeznaczony jest wyłącznie dla widzów dorosłych i zdecydowanie nie dla pensjonarek.

Jowita Kubiak
www.dlalejdis.pl
16 stycznia 2013

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia