Świat skażony Lenzem

"Jakob Lenz" - reż. Natalia Korczakowska - Opera Narodowa w Warszawie

Lenz nie ucieknie od siebie. Cały świat jest nim skażony. Nie można ufać własnym zmysłom, skoro dzieci z kościelnego chóru komentują nasze życie, a gościnne łóżko w domu pastora jest przerażającą rolniczą maszyną

a scenie jest niemal wyłącznie Jakob Lenz. Owszem, w relacjach z Oberlinem (skupiony, przepełniony empatią Jacek Janiszewski) i Kaufmannem (groźny i precyzyjny Daniel Kirch), obserwowany przez uganiające się za nim dzieci - ale wszystkie te postaci i ich działania to podpórki szczątkowej akcji, katalizatory kolejnych eksplozji nieokiełznanej i rozkładającej się osobowości szalonego poety.

Są też u Wolfganga Rihma niepokojące głosy słyszane przez bohatera - w wizji Natalii Korczakowskiej materializują się one na scenie w figurach Czerwonego Kapturka, Fryderyki, Gagarina, Napoleona, Kalibana, Jezusa, Goethego Istotnym elementem jest ich spokojna i nieubłagana obecność, nawet wtedy, kiedy pozostają nieme.

Lenz nie ucieknie od siebie. Cały świat jest nim skażony. Obsługa sceny ubrana jest w kombinezony ze znakiem radioaktywności. Nie można ufać własnym zmysłom, skoro dzieci z kościelnego chóru komentują nasze życie, a gościnne łóżko w domu pastora jest przerażającą rolniczą maszyną, szczerzącą swoje ostrza - zapowiedź tortur duszy.

Zawieszeni w bycie-niebycie pozostają: Oberlinowa (Dorota Landowska), która z biegiem czasu "zaraża się" szaleństwem; Ojciec (Krzysztof Wakuliński), powracający jako przerażające wspomnienie i odcinający Jakobowi odwrót (dokąd? do takiej "normalności"?); Tancerka (świetna Anita Wach) - lecący przez ręce trup, w którego Lenz daremnie stara się tchnąć życie i osobowość ukochanej Frederike.

Świat wykreowany przez reżyserkę Natalię Korczakowską i scenografkę Annę Met, tworzy odbicie muzyki - w rytmach i estetykach przenikających się na scenie. Wzorzyste tapety i sucha trawa sąsiadują tu z niepokojącymi, lśniącymi, czarnymi bryłami. Także u Rihma z krzyków i dyszeń głównego bohatera wyłania się nagle pieśń; dziwaczność brzmienia zespołu (trzy wiolonczele, rozbudowana perkusja i zespół instrumentów dętych) zderza się z solówkami klawesynu rodem z epoki Lenza. Chorałowe fragmenty, madrygałowe aluzje - są znakiem przeszłego porządku, który Jakob burzy swoją "nienormalnością". Jakby Rihm widział w nim siebie, sprzeciwiającego się rygorom awangardy. "Wmieszajcie się w ludzi, i uczcie się od nich tego, co chcecie pokazywać!" - krzyczy poeta. A Rihm dodaje: "nić, jakiej trzyma się Jakob Lenz, prowadzi do serc słuchaczy".

Którędy nić ta się plecie? Kompozytor powiada: "To, co przy dużej obsadzie musi być po prostu wykoncypowane, by osiągnąć komplikację, przy zespole kameralnym można wyrazić klarowniej i bardziej wielowątkowo. I staje się tematem, który ten sposób przedstawienia musi potrafić znieść (albo lepiej: jest zdolny znieść), albo lepiej: prowokuje". Dzięki ograniczeniu obsady instrumentalnej zatem w "Jakobie Lenzu" każdy wątek muzyczny - jest organicznie związany z akcją. To, co dzieje się na scenie, utrzymywane jest w ciągłym napięciu z narracją muzyczną. Dzięki temu muzyka nie "szarpie" tym, co obserwujemy na scenie; dzieło jest spójne w swojej nieobliczalności.

Natalia Korczakowska tej spójności nie burzy; gotów jestem uznać to nawet za jej największą zasługę (nie ujmując walorów autorskiej wizji). Od początku skonfrontowani twarzą w twarz z szaleństwem, które ma w oczach bohater grany (i rewelacyjnie śpiewany!) przez Holgera Falka - zaczynamy tymi oczami patrzeć na Oberlina, Kaufmanna i wszystkich "normalnych". Oni miotają się w bezradności, od prawdziwych zdarzeń oddzieleni niewidoczną szybą. Najczęściej widzimy ich gdzieś z boku sceny, w tle, wypieranych z jej centrum przez wszechobecne twory umysłu Lenza. Chcąc pomóc, nieświadomie nakręcają sprężynę szaleństwa. Ich klęski są trywialne.

Tylko klęska Lenza jest wielka - bo totalna. Lenz jako schizofrenik obsesyjnie dąży do prawdy, odrzucając powierzchowność zdarzeń. Kiedy rozmontuje swój świat do szczętu - spektakl się kończy. Ostatnie słowa brzmią: "konsekwentny konsekwentny".

Adam Suprynowicz
Dwutygodnik
16 czerwca 2011

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia