Świat to scena...

"Wieczór Trzech Króli" - reż. Łukasz Kos - Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

W wieczór święta Trzech Króli, w Teatrze Juliusza Osterwy w Lublinie odbyła się premiera sztuki Wiliama Szekspira „Wieczór Trzech Króli" w reżyserii Łukasza Kosa. Napisana przez Szekspira na krótko przed ukazaniem się "Hamleta" jest komedią, historią dwojga bliźniąt Violi (Justyna Janowska) i Sebastiana (Paweł Kos), które odnalazły się po wielu perypetiach w uwodzicielskiej odrealnionej, jak ze snu, krainie Lirija.

Nie po raz pierwszy w historii tego teatru widzowie mogli ujrzeć tę sztukę. Kolejna dekada, nowa obsada i jakże zaskakująca widzów zamiana ról. Mężczyźni grający role kobiece i na odwrót kobiety męskie. W roli Orsino, nie mężczyzna, lecz kobieta (Edyta Ostojak). Ta „przebieranka" zaskoczyła licznie zgromadzoną, złożoną w znacznej mierze z przedstawicieli młodego pokolenia, widownie lecz na pewno nie teatr z jego tradycją ról kobiecych granych przez mężczyzny. Pokłon dla Daniela Dobosza, który z ogromną wrażliwością artystyczną wcielił się w rolę Olivii. Kostiumy w stylistyce europejskiego renesansu autorstwa Mai Skrzypek przykuły uwagę starannością wykonania ozdób. Czara żałobna suknia Olivii zgoła odmienna w swojej prostocie przykuła uwagę sposobem w jaki była noszona.

Paweł Dobosz nawiązując do teatru japońskiego gestykulacją oraz subtelnością mimiki twarzy i wypowiadanych słów stworzył jedyną niepowtarzalną postać japońskiej „Onnagaty" na gruncie europejskim polskiej sztuki teatralnej. Jako Olivia emanującym wewnętrznym ciepłem i pokorą w ogromnym stopniu nawiązywał do tradycji teatru dalekiego wschodu, w którym mężczyzna potęguję to co najbardziej kobiece. Jakby przez powiększające zwierciadło swojej wizji teatralnej przekazuje piękno w krystalicznej czystej postaci.

Reżyser spektaklu Łukasza Kos ewidentnie w swojej sztuce naznaczył jakby żółtym światłem emanującym z kostiumu Malvolio (Mata Ledwoń) piękno miłości kobiety do mężczyzny. Nie tylko. "Między ustami a brzegiem pucharu" możemy też odczytać jak niezwykła może być miłość kobiety do kobiety czy też miłości mężczyzny do mężczyzny. Krótko mówiąc człowieka do człowieka w myśl idei filozofii humanizmu jakże istotnej w tradycji teatru.

Kos nie po raz pierwszy zetknął się w roli reżysera z twórczością Wiliama Szekspira. 2006 rok i genialny odbiór przez krytykę jego inscenizacji Sonetów Szekspira w w Teatrze Wielkim w Warszawie z pewnością miała swoje reperkusje także w lubelskiej inscenizacji „Wieczoru Trzech Króli". Muzyka według kompozycji Dominika Strycharskiego potęgowała emocje, a zwłaszcza w chwili konsternacji kiedy na scenie są w końcu razem Viola i Sebastian.

Gra aktorów drugiego planu odbywa się w pełnej synergii z dźwiękiem i melodią. Nawiązanie do tradycji teatru kabuki w tej poniekąd stricte europejskiej sztuce nie jest główną nutą kompozycji sztuki scenicznej, którą skomponował Kos. Wypowiadane słowa w sztuce Szekspira: "los tak chciał", "los nas połączył", sugestia aby każdy z nas mógł nazwać „Wieczór Trzech Króli" "czym tam sobie chce", znającym tradycje świąt europejskich, przywodzi na myśl żydowskie święto Purim. W tłumaczeniu z hebrajskiego Purim „Święto Losów", które zabraniało postu, stąd śmiech, śpiew i moc alkoholu w sztuce. Przebieranie się mężczyzn za kobiety i na odwró,t kobiet za mężczyzn, charakterystyczne dla tego radosnego święta było, codziennością karnawałowych wieczorów, także na ulicach przedwojennego Lublina. Grzechem tego dnia byłoby się nie upić, więc nie miejmy za złe Sir Tobiemu (Przemysław Gąsiorowicz), że radośnie przeżywa swój wieczór, robiąc to tak sugestywnie, że także nam widzom udaje się zaszaleć i ponieść fantazji. Tradycje żydowskie, jakby przykryte cienkim suknem może tą właśnie woalką Olivii, radośnie wkomponowały się w tę kolejną inscenizację "Wieczoru..." w lubelskim Teatrze Osterwy.

Nowi aktorzy, nowatorski sposób gry ale jakże silnie zakorzeniony w sprawdzonych metodach także z okresu teatru victoriańskiego. Typowe dla XIX wiecznej Anglii eksponowanie nóg w rolach męskich granych przez kobiety, jakby swoją reemisję miało tu i teraz podczas gry Justyny Janowskiej i Edyty Ostojak. W strojach chłopięco-męskich podkreśliły nieświadomie tak naprawdę, co może być piękne w ciele kobiety. W zupełnej już natomiast świadomości skupiły się na emocjach, które pojawiają się przy pierwszym erotycznym zauroczeniu, nasilającym się czasami aż do obłędu - jak u Malvolio (Marta Ledwoń) gubiącego swoje własne ja - kim tak naprawdę jestem, kim jest ten, którego kochamy, czym jest wiatr, który czujemy?

Nostalgia za tym co bezpowrotnie przemija nie jest błazenadą, a śpiew także może być zadumą. W oryginale sztuki Szekspira błazen wykonuje sam swoją pieśń końcową. W spektaklu Kosa, Błazen (Nina Skołuba-Uryga) zaczyna śpiewać, a kończą wszyscy (nieśmiało próbuje nawet publiczność). Gdzieś z boku niczym Stańczyk z obrazu Jana Matejki pochylony nad ludzką głupotą Błazen, żegna się z komedią tak, jak Szekspir zmęczony monotonią komediowej treści przełamuje ją smutkiem i dramaturgią. Kolejna profesjonalna, dopracowana w szczegółach kreacja kobiety w roli mężczyzny.

Nina Skołuba-Uryga po Teresie Budzisz Krzyżanowskiej (Hamlet w "Hamlecie" Andrzeja Wajdy) podjęła trudne wyzwanie zagrania roli męskiej nie ironicznej lecz dramatycznej. Największym błaznem po jednym kieliszku, jak pisze sam Szekspir, jest przecież zawsze mąż. Więc jak tu być błaznem będąc kobietą? Nie sposób. Pozostaje więc być aktorem, co przez wiele lat pracy artystycznej pani Ninie Skołuba-Urydze dawało sukcesy i zadowolenie. "Świat to scena" i dalej cytując Szekspira można rzec, że ludzie na nim to aktorzy. Każdy z nich wchodzi na scenę i znika, a kiedy na niej jest, gra różne role.

A od siebie, dobrych ról i takich spektakli wszystkim czytelnikom tego artykułu życzę.

Dorota Pogorzelska
Dziennik Teatralny Lublin
11 stycznia 2019
Portrety
Łukasz Kos

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia