Światło na kartoflach

"Trociny" - reż. Davit Baroyan - Instytut im. Jerzego Grotowskiego

Na deskach Instytutu Grotowskiego Davit Baroyan we współpracy z Jarosławem Fretem postanowili zmierzyć się z pamfletem na polską rzeczywistość.

W postaci Piotra, głównego bohatera i narratora, bez oporów czy zażenowania pastwiącego się nad irytującymi aspektami codzienności odnajdzie samego siebie chyba każdy nas. U kogo nigdy czara goryczy się nie przelała, kto nigdy nie dostał szału z powodu współpracowników, rodziców, partnera czy chociażby stanu higieny Polskich Kolei Państwowych lub powodowanych przez nie opóźnień pociągów, niech pierwszy rzuci kamieniem. To sprawia, że „Trociny" Krzysztofa Vargi zachęcają do interpretowania i odczytywania na nowo.

Główne tło akcji monodramu stanowił nieśmiertelny przedział pociągu – oparcia pokryte czerwonym skajem, okna z poziomym uchwytem i informacyjną naklejką, porysowane, przesuwne drzwi ze szkła. W tej przestrzeni, irytująco dobrze znanej wielu z nas, dużą rolę grały rekwizyty, swoiste atrybuty polskości. Płonął kieliszek wódki; gramofon, modny dodatek współczesnego inteligenta trzeszcząco odtwarzał Chopina, trociny, przed chwilą wyprute z obicia siedziska, mieszały się z rozrzuconymi po podłodze ziemniakami. W takiej właśnie oprawie, oświetlony niebieskim blaskiem ekranu smartfona, Piotr znęcał się nad rzeczywistością. Telefon, podczas spektaklu zwykle persona non grata, swoim dzwonkiem wywołujący jedynie konsternację, tutaj, wprowadzony na scenę, stanowił jednocześnie element scenografii oraz ścieżki dźwiękowej, bezlitośnie przypominając o bolączkach XXI wieku.

Baroyanowska kreacja, w dużej mierze za sprawą metryki aktora odmłodziła Piotra o jakieś dwadzieścia lat i komiwojażer, zamiast uosabiać gorzknięjącego, starzejącego się i pozostającego już o pół kroku w tyle obserwatora otoczenia, tym razem jako osoba w sile wieku i pełnym rozkwicie swoich możliwości, sprawiał wrażenie wcielenia tych samych postaci, które wyśmiewał – egotycznego człowieka sukcesu, obnoszącego się z własnym profesjonalnym wyglądem, pośpiechem i kubkiem ze Starbucksa w dłoni. Dzięki temu wydźwięk „Trocin" staje się jeszcze bardziej uderzający, bohater bowiem wyżywa się również na samym sobie.

Reżyser zdecydował się na formę monodramu – ambitnie, Krzysztof Varga bowiem w swojej powieści dosadnie i pełnokrwiście obrazuje typowe, charakterystyczne dla kraju nad Wisłą postaci. W takiej sytuacji aktor musi potrafić się zwielokrotnić. Umieć zagrać wszystkich bohaterów spektaklu, dokonywać przeobrażeń, przepływać z wysportowanego, wyprostowanego jak struna eleganta w naiwnego, prostodusznego gamonia i przemiany te powinniśmy w nim dostrzegać. Davit Baroyan robił to przy pomocy wielu różnych środków. Grał strojem - różnorodnie, ciekawie, koszulą zmiętą, wyprasowaną, rozpiętą i zapiętą. Był zmarnowanym mężczyzną zawisłym nad tanim piwem, chwilę później wyperfumowanym profesjonalistą w godzinach pracy. Zaskakująco intensywnie grały jego włosy, umiejętność artysty do dokonania zupełnej zmiany w charakterze swojej prezencji zaledwie kilkoma ruchami w okolicach głowy sprawiła, iż niechcący myśli widza zaczynały krążyć w poszukiwaniu nagrody za czynne fryzjerstwo na scenie. Ciało aktora radziło sobie bardziej standardowo, nadążało za zmianami w scenariuszu, przedstawiało dobrze, siedziało, kiedy trzeba, skakało i robiło pompki w bardziej dynamicznych momentach.

Sam Davit natomiast z każdym kwadransem na scenie coraz bardziej był. Zaczął nie całkiem tutaj, niezupełnie w sobie, jakby o rozczarowaniu światem jedynie przeczytał z kartki, chociaż powiedzieć, że bezbarwnie lub średnio obraziłoby jego umiejętności. Z czasem rolę wypełniał, rozwijał się, pracował nad sobą na gorąco, co godne jest pochwały. Do końca jednak pozostał w nim pewien dystans, ekspresja ograniczona do grzecznego, klasycznego wdzięku, wciąż obecnego mimo prowokatorskiego scenariusza, mimo boleśnie uwypuklanego przez pisarza paskudztwa, bufonady, ciemnoty i smrodu. Wściekłość nie jest elegancka. Obrzydzenie nie ma manier, obycia, nie posiada finezji w akcentowaniu i wysławianiu się, stanowi raczej zerwanie z siebie wszystkich okowów przyzwoitości, obnażenie, wygłupienie, a nawet autoupokorzenie. Zabrakło ich we wrocławskich „Trocinach". Czy owa piękna sztywność bohatera była pomysłem na rolę, sączeniem jadu za pomocą posągowego, pełnego galanterii narcyzmu czy raczej inscenizacyjnym standardem, „ładnością" poza którą odtwórcy roli nie udało się wyjść?

I mam wrażenie, że już kiedyś to było. To moje życie. Tania, odgrzewana historia, opowiedziana dla uciechy zgromadzonych na rodzinnym przyjęciu - przewrotnie zachęca do uczestniczeniu w spektaklu strona internetowa wydarzenia. Warto z owego zaproszenia skorzystać – dla portretu przywar każdego z nas, dla katharsis, a może i dla śmiechu przez łzy.

Magdalena Nawrocka
Dziennik Teatralny Wrocław
2 kwietnia 2019
Portrety
Jarosław Fret

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia