Święta Joanna od konserw

"Święta Joanna szlachtuzów" - reż. Jarosław Tumidajski - Teatr Nowy w Łodzi

Bertold Brecht receptą na kryzys ekonomiczny? A może jedynie receptą na dobry spektakl? Jarosław Tumidajski, realizując w Teatrze Nowym Świętą Joannę szlachtuzów, wierzył chyba w obie możliwości. Chciał posłużyć się tekstem Brechta dla opisania współczesności - trafna diagnoza daje szansę na jakąś terapię (choćby wstrząsową), trafna diagnoza otwiera widzom oczy

Brecht napisał Joannę w czasach wielkiego kryzysu końca lat dwudziestych. Czy świat przez te 80 lat się zmienił? Mechanizmy spekulacji działają zapewne podobnie (zapewne, gdyż kłopoty z wyjaśnieniami mają nawet ekonomiczni nobliści) - ktoś dostaje od przyjaciół z Nowego Jorku informację o tym, co się wydarzy na rynku. Sprzedaje zagrożoną firmę, a potem bezwzględnie egzekwuje długi. Firma - w tym przypadku produkująca konserwy - ma kłopoty, ale spekulant Mauler (Mateusz Janicki), który znów przewiduje kilka ruchów do przodu, zamawia w firmie, której się pozbył, wielką partię konserw, uprzednio wykupiwszy całe mięso z rynku. By zrealizować kontrakt, jego biznesowi partnerzy muszą drożej kupować surowiec niż sprzedawać wytworzone z niego produkty. Na tej grze burżujów tracą robotnicy szlachtuzów (według dzisiejszej terminologii - rzeźni). O ich prawa walczy Joanna, początkowo działaczka Bractwa Czarnych Kapeluszy, potem już samotna mistyczka-rewolucjonistka. Jednak zarówno próba nawrócenia przemysłowca, jak i strajk robotników nie udają się. Nie udaje się też nawrócenie robotników.
Lud słucha Słowa Bożego tylko dla obiecanych konserw, a solidarność strajkujących łatwo złamać obietnicą pracy dla części z nich. W efekcie sytuacja wraca do normy: 2/3 robotników wróci do pracy za 2/3 pensji. Wydajność pracy wzrośnie, część oszczędności przypada Czarnym i jakoś to będzie. Tyle tylko, że Joanna w finale wyjeżdża (dosiadając figury byka) z Mickiewiczem: Gwałt niech się gwałtem odciska. Po czym leje się krew (czerwona woda - czyżby efekt obcości?). A zatem rewolucja u bram!

Ciekawe, co by było, gdyby publiczność teatru (nota bene Kazimierza Dejmka!) postąpiła jak w 1968 roku i rozpoczęła protesty. Widzę oczyma wyobraźni, jak tłum pod przewodem dyrektora Jaskuły idzie po przedstawieniu pod Urząd Miasta, by osądzić prezydent Zdanowską. Po drodze chcą spalić jakiś bank, ale banki działają teraz w Internecie. Reżyser - nomen omen Tumidajski - na placu Wolności przedstawia żądania: więcej konserw dla ludu, więcej projekcji wideo w teatrze!

Spokojnie, nic takiego się nie zdarzy. Po pierwsze za Mała Sala, po drugie lud przeszedł na zdrową żywność, a po trzecie publiczności złożonej z przedsiębiorców i hipsterskiej młodzieży wystarczy świadomość uczestnictwa w nowoczesnym teatrze - nagość, projekcje wideo, trochę prowokacji antyreligijnych. Pierwsi będą oburzeni, drudzy będą zachwyceni. Wentyl bezpieczeństwa spuści trochę powietrza. Zwłaszcza, że robota teatralna wykonana jest całkiem dobrze.

Przedstawienie ogląda się znakomicie. Widz nie ma ani chwili wytchnienia, zasypany gradem inscenizacyjnych pomysłów, z których niektóre są co prawda mocno kontrowersyjne, ale przynajmniej jest o czym podyskutować. Magda Biegańska i grający demonicznego Slifta Sławomir Sulej - mimo skrajności postaw przedstawianych bohaterów - potrafią zachować umiar w stosowaniu środków aktorskich.

Bardzo dowcipne są momenty, gdy aktorzy wychodzą z roli i w dialogach typu
Powiem ci w garderobie, co to znaczy obnażają umowność teatru (taka wariacja na temat metody Brechta).

Odnotujmy też wielki postęp Teatru Nowego w kwestii przygotowania programu do spektaklu.

Piotr Grobliński
reymont.pl
10 października 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia