Świętość w czasach popkultury

"Edyta Stein. W pośpiechu do nieba" - reż. Elżbieta Bednarska - Teatr Arka Wrocław

Współczesne dywagacje na temat pojęcia świętości rodzą sporo problemów. Bo jak tu pogodzić wyżyny mistyki z chłodnym racjonalizmem lub - przeciwnie - wiarą naiwną, "kościółkową" i jarmarcznym podejściem do obrzędowości? Spektakl Teatru Arka "Edyta Stein. W pośpiechu do nieba" w reżyserii Elżbiety Bednarskiej ukazuje świętość trudną, rozpisaną na antynomie, zagubioną w otchłani religijnego kiczu

Postać Edyty Stein, czy raczej świętej Teresy Benedykty od Krzyża, nie od razu wprowadzana jest na scenę. Oczom widza jawi się najpierw grupa postaci reprezentujących religijny „biznes”, w którym relikwie stają się towarem, a modlitewne gadżety przybierają ocierające się o absurd formy (jak choćby gipsowe, ogrodowe figury Chrystusa czy smycz ze świętym Antonim, „której nigdy nie zgubisz”). Pierwsze sceny spektaklu wpisują się w poetykę przesady, bodźce wzrokowo-słuchowe atakują nas z ogromną intensywnością, a przekazywane komunikaty zlewają się w pozbawioną wartości informacyjnej marketingową papkę. Wiara w czasach popkultury ukazywana jest jako odpustowa forma, w której brak miejsca na autentyczną duchowość.

Pytanie o tożsamość Edyty stawiane jest w momencie, gdy jeden z „handlarzy” wspomina o dewocjonaliach z jej wizerunkiem. Automatyczna odpowiedź: „świętą była” niczego jednak nie wyjaśnia. Z kolejnych wypowiedzi bohaterów stopniowo wyłania się obraz kobiety wielkiej wiary i światłego umysłu, przywoływane są cytaty z jej pism mistycznych, traktujących o ludzkiej podmiotowości, przemijaniu i wierze w Boga będącej najdoskonalszym wyrazem ludzkiej wolności.  

Postać świętej Teresy Benedykty, nawróconej Żydówki i zakonnicy, ożywia jaskrawe kontrasty tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej. Najdobitniej uwidaczniają się one w scenie prawdopodobnego dialogu Edyty z matką na temat decyzji przyjęcia chrztu (równoznacznej ze zdradą rodziny i narodu). O Edycie mówi się jak o świętej „naszej”, a zarazem „obcej”; niejako podskórnie uwidaczniają się antysemickie uprzedzenia. Jej wizerunkowi daleko do jednoznaczności – chwilami mówi się o kanonizacji jako o kościelnym chwycie marketingowym. Kościół przedstawiany jest zresztą w tonie mocno sarkastycznym, a wspominani przez bohaterów duchowni - adresaci korespondencji świętej - okazują się niewrażliwi na ludzkie cierpienia w obliczu wojny.  

Wiele scen skomponowanych jest w konwencji kiczu i postmodernistycznej różnorodności. W jednej z nich, grająca Edytę Agata Obłąkowska-Woubishet, staje na drewnianym podeście, zaś pozostali bohaterowie formują jej ciało w idealny posąg świętej, z kolorową aureolą, nagą lalką zastępującą dzieciątko Jezus, białym welonem i...czerwonymi widłami. Dramatyczne napięcie opiera się na zasadzie kontrastu – obok tragicznych wspomnień wojennych żydowskiej kobiety (Agnieszka Frankel) pojawiają się naiwne rymowanki. Wzniosłość przeplata się z tym, co niskie, sfera sacrum miesza się z profanum (klasyczne, łacińskie śpiewy obok rytmów rap; mistyczne teksty skandowane przez Macieja Sibilskiego, noszącego koszulkę z napisem „Nie jestem Jezus”). Nadmiar słów wypowiadanych równocześnie przez postaci tworzy efekt informacyjnego szumu, z którego nie sposób wydobyć konkretnego komunikatu. Słowno-muzyczną konstrukcję spektaklu można by jednak uznać za metaforę współczesności, z natłokiem i nietrwałością informacji oraz intensywnością bodźców, stępiających ludzką wrażliwość.  

Spektakl broni się przede wszystkim muzycznie i aktorsko. Muzyka Łukasza Damrycha i Wojciecha Orszewskiego, sięgająca zarówno do źródeł religijnych, jak i popularnych, znakomicie buduje nastrój. Słowne wypowiedzi bohaterów dobrze komponują się z piosenkami i elementami melorecytacji. Intensywność scenicznych działań opiera się jednak głównie na talencie aktorów, wśród których prym wiodą wyżej wspomniani Agata Obłąkowska-Woubishet oraz Maciej Sibilski. Znakomicie wypadają również obdarzona świetnym głosem Alessandra Donati oraz ekspresyjna Agnieszka Frankel. Żwawo dotrzymują im kroku adepci teatru, Jan Kot i Teresa Trudzik.  

Połączenie światła, muzyki i słowa daje intrygujące efekty. Kompozycja spektaklu opiera się na przeciwstawieniu chaosu rygoryzmowi i precyzji. Sama treść zaskakuje, szokuje, nie pozostawia widza obojętnym. Przedstawione pojęcie świętości zagubionej we współczesnej kulturze wskazuje na potrzebę mistycznych przeżyć w zracjonalizowanej rzeczywistości. Bo – jak powiedziała sama Edyta Stein – „ciało potrzebuje się ogrzać, ale to dusza jest iskrą, a ogniem – Wieczna Miłość”.

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
27 stycznia 2012

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia