Świętowanie solidarności sztuk

festiwal Solidarity of Arts

Solidarity of Arts z założenia jest imprezą wielobranżową. Ale dzisiaj żyjemy chyba jednak w dobie prostych marketingowych komunikatów. Obawiam się, że po dwóch latach edycji tej imprezy przeciętny trójmieszczanin zapytany, czy słyszał o koncercie Możdżera, odpowie: no jasne. A o Solidarity of Arts? A co to takiego?

Zacznę od końca. Na koniec tegorocznego Festiwalu Solidarity of Arts, organizowanego w tym roku po raz drugi, Krystyna Janda wystąpiła w sali Filharmonii Bałtyckiej w monodramie "Biała bluzka". W sali nabitej publicznością, trzeba dodać. Ludzi przyciągnęła pewnie bardziej legenda Krystyny Jandy niż spektaklu, który swoją premierę miał w 1987 roku. Ale nawet jeśli ludzie przyszli na Jandę, obojętne, w czym by nie grała, nie zawiódł ich także tekst Agnieszki Osieckiej. Mnie jako zwieńczenie festiwalu Solidarity of Arts wydał się trafiony w dziesiątkę.

Bohaterka "Białej bluzki" cierpi na społeczne niedostosowanie. Jakiś klinicysta pewnie zdiagnozowałby u niej chorobę afektywną dwubiegunową, inny specjalista - alkoholizm. Jedna i druga diagnoza byłaby pewnie prawdziwa, a jednak nijak się ma do prawdy bohaterki tekstu Osieckiej. Jej niedostosowanie nie jest chorobą, przeciwnie - to świat dookoła wydaje się zwariowany, chory. Nie tylko, a nawet nie głównie dlatego, że mamy do czynienia z koszmarem stanu wojennego, z kartkami na żywność, absurdalną biurokracją i wszechwładnym policjantem czy wojskowym. Najgorzej, że cały ten świat robiony jest pod sznurek, ściśle odtąd dotąd, bez kawałeczka miejsca na odstępstwo od normy. Tytułowa biała bluzka, w którą dziewczynki wbijane są na pierwszych szkolnych uroczystościach, a potem dojrzałe kobiety na uroczystości odejścia na emeryturę w firmie, w której przepracowało się trzydzieści pięć lat, to symbol takiego przystosowania. Krystyna, taka jaka jest, z całym jej wariactwem, to symbol niezgody na to, żeby się dać w podobne gotowe formy wtłoczyć.

Niby nic to aż tak bardzo nowego, ale dzięki jednemu prostemu zabiegowi "Biała bluzka" nabrała dla mnie nowych znaczeń. Janda i Magda Umer, reżyser, postanowiły, reaktywując monodram po ponad dwudziestu latach, ubogacić go projekcjami dokumentalnych filmów.

Pozostaje pytanie, czy wydarzenia festiwalu złożyły się w całość z lat 80., po to żeby - tłumaczyły - młodzi ludzie przypomnieli sobie, jak to było. Dla mnie efekt dodania projekcji do przedstawienia nie kończył się na edukacji. Monologi Krystyny, beznadziejnie zakochanej w opozycjoniście, który zajęty obalaniem komuny ma dla jej miłości tyle samo zrozumienia, ile miał dla jej fantazji wojskowy, którego paroletnią córkę Krystyna zabrała na autostop, te monologi zabrzmiały nagle jakoś inaczej. Jak wyznania bezradności pojedynczego człowieka, dla którego świat Historii pisanej przez duże "H" nie ma żadnego współczucia, obojętnie, jakiej jest ideologicznej barwy.

Możliwość takiego spojrzenia na dziejowe wypadki była dla mnie nowym i ciekawym tonem na festiwalu, który ma za zadanie celebrować w Gdańsku co roku jego wolnościowe i solidarnościowe tradycje. A przed Jandą był na Solidarity of Arts koncert Możdżer+, jedna z najlepszych plenerowych imprez muzycznych ostatniego czasu w Gdańsku. Było prapremierowe wykonanie kompozycji "VIVO XXX", zamówione specjalnie na tę okazję u Pawła Mykietyna, jednego z najbardziej znanych i obiecujących młodych polskich kompozytorów współczesnych. I była wreszcie premiera "Makbeta" Verdiego w Operze Bałtyckiej, spektakl, w którym reżyser Marek Weiss Grzesiński nader ryzykownie połączył Szekspirowską historię z najnowszą historią Polski.

Każde z tych festiwalowych wydarzeń z osobna odnosiło się do tej historii, nawet koncert Możdżera, w którym nie pojawiały się - i dobrze! - żadne solidarnościowe symbole, ale za to było dużo frajdy z wywalczonej przed laty wolności, dzięki której wspólny występ Możdżera i światowych gwiazd jest możliwy w Gdańsku. Pozostaje otwarte pytanie, czy te osobne wydarzenia tworzyły jakąś całość. Solidarity of Arts z założenia jest imprezą wielobranżową. Ale dzisiaj żyjemy chyba jednak w dobie prostych marketingowych komunikatów. Obawiam się, że po dwóch latach edycji tej imprezy przeciętny trójmieszczanin zapytany, czy słyszał o koncercie Możdżera, odpowie: no jasne. A o "Solidarity of Arts"? A co to takiego?

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
14 września 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia