Sytuacja nakazuje ostrożność

rozmowa z Andrzejem Strzeleckim

Rozmowa z Andrzejem Strzeleckim

PAWEŁ PŁOSKI Czy wielka, rozwarta dłoń stojąca na balkonie nad wejściem do Akademii jest tylko symbolem Międzynarodowego Festiwalu Szkół Teatralnych, czy może być również symbolem nowego okresu w życiu uczelni? 

ANDRZEJ STRZELECKI (śmiech) Być może... Jest kłopot z jej składowaniem. Zastanawiam się więc, czy nie zostawić jej na dłużej, bo jest to przyjazna dłoń skierowana w stronę świata. 

PŁOSKI Jak Pan podsumuje tegoroczną, piątą edycję festiwalu? 

STRZELECKI W rozmowach z poszczególnymi ekipami narodowymi stykałem się przede wszystkim z zaskoczeniem rangą tego wydarzenia. Większość studentów przyjechała z krajów, gdzie kryzys był już bardzo odczuwalny. Nie chodzi o to, że to jest festiwal bogaty, ale o sam fakt, że istnieje. 

PŁOSKI Ostatnio trwa dyskusja wokół dopuszczenia szkół podyplomowych czy prywatnych uczelni do udziału w łódzkim Festiwalu Szkół Teatralnych. Jaki jest Pański pogląd? 

STRZELECKI Regulamin bardzo wyraźnie określa, jakie uczelnie stają w szranki tego festiwalu. Wiadomo, że szkolnictwo teatralne odbywa się w różnych formułach. Szkół policealnych, prywatnych jest kilka, kilkanaście - a wszystko na to wskazuje, że będą się mnożyć. Dopuszczenie jednej do udziału w festiwalu stworzy dyskomfortową sytuację - dlaczego ta, a nie cały szereg innych "kółek" przyuczających do zawodu. To jest powód, dla którego podjęliśmy jednak dość restrykcyjną decyzję - mówię my, ponieważ to jest zgodna decyzja rektorów uczelni, których sprawa dotyczy. Wyszliśmy z wnioskiem, że nic nie stoi na przeszkodzie, iżby szkoły, które nie posiadają statusu szkół wyższych, urządziły swój festiwal, i jeśli laureat tego festiwalu jako gość zaprezentowałby się podczas łódzkiego festiwalu, to wtedy byłaby to inna relacja, bardziej zrozumiała. 

Model kształcenia realizowany w szkołach wyższych jest niepowtarzalny. On się w tamtych szkołach nie powtarza. Nie chcę deprecjonować ich wysiłku. Bardzo mnie cieszy, że tylu młodych ludzi chce się bawić w teatr, poprzez ten rodzaj sztuki "załatwiać" pewne sprawy - to jest przyjemne. 

Mało tego, w sztuce nie ma nic zadekretowanego i wśród ludzi z tego nurtu mogą się znaleźć osoby bardzo interesujące o dużej skali talentu, które nawet wejdą w obieg profesjonalny. Ale to nie może stać się powodem do dysputy, że absolwent Akademii nie znalazł pracy, a człowiek z takiej szkoły dostał. Każdy studiuje na własną odpowiedzialność i od splotu różnych okoliczności zależy jego dalszy los. 


Natomiast trzymanie się punktu odniesienia, jakim jest szkolnictwo wyższe w takiej dziedzinie jak aktorstwo, jest ważne, bo wtedy widać, gdzie jest różnica. Choć po jednej i po drugiej stronie mogą zdarzyć się wybitne przypadki, o niczym to nie świadczy. Każda uczelnia ma prawo stworzyć wydział, nikt nie może tego prawnie zabronić. Być może z czasem nasze nastawienie do tych szkół się zmieni - odnoszę się jednak do sytuacji bieżącej, a ona nakazuje w tej sprawie ostrożność. 

PŁOSKI Coraz głośniej mówi się o urynkowieniu kultury. Czy wobec tego państwowe szkolnictwo artystyczne ma rację bytu? 

STRZELECKI Ma, i to bardzo poważną. Wszyscy ludzie, którzy są luminarzami polskiej kultury, autorytetami artystycznymi, a nawet upraszczając - na których warto kupić bilet, kształcili się w tym systemie. To nauka w tych uczelniach pozwoliła im funkcjonować na rynku artystycznym w sposób samodzielny, nieskrępowany, twórczy, dała szansę na otwieranie głów innym ludziom. Szkoła kojarzy się z tym, że uczeń robi to, co "pan każą", a pedagog występuje jako osoba, która czemuś przeszkadza. Nie obserwuję czegoś takiego. Polskie szkoły teatralne zawsze wyróżniały się spośród szkół światowych tym, że górna półka artystów znajdowała czas, pośród swych piekielnie napiętych terminów, by poświęcać się edukacji. Ci ludzie rozumieli i rozumieją pracę pedagogiczną jako element swojej naturalnej powinności. 

Kazimierz Górski mawiał: "Zwycięskiego składu się nie zmienia", więc nie mam powodu, by źle myśleć o państwowym szkolnictwie. Akademia Teatralna to, operując językiem rynkowym, znak towarowy wysokiej próby - nie ma powodu rozmieniać go na drobne. Należy dbać, by nie stracił na wartości. 

PŁOSKI Mija pierwszy rok Pańskiego rektorowania. Były jakieś niespodzianki? 

STRZELECKI W moim życiu szkoła zawsze była bardzo istotna, dostosowywałem różne rzeczy do jej spraw, ale nigdy nie było takiej sytuacji, że była jedynym źródłem utrzymania czy jedynym moim celem. Przez trzydzieści kilka lat przychodziłem tutaj i wykonywałem, najlepiej jak potrafię, moje obowiązki dydaktyczne, ale w tym roku po raz pierwszy z zaskoczeniem zorientowałem się, że dla przynajmniej 75% ludzi tu pracujących jest to najważniejsze i jedyne miejsce pracy. Myślałem, że większość ludzi pracę edukacyjną traktuje misyjnie, a na byt pracuje gdzie indziej. 

Z oceną muszę wstrzymać się do zakończenia naboru na najbliższy rok akademicki, który odbędzie się według nowych zasad. W tym roku jest 1100 kandydatów na Wydział Aktorski. To znak czasu. Niektórzy przychodzą jak na casting do programu "Mam talent!". Wydaje się im, że "wystarczy być", że nie trzeba nic mówić, tylko oferować siebie jako potencjalny towar do obróbki. 


PŁOSKI Mam czasem wrażenie, że program uczelni teatralnych jeszcze nie przestawił się na to, że młodzi aktorzy już nie mają zapewnionych etatów w teatrach. 

STRZELECKI Nigdy mi to nie przyszło do głowy. W uczelni pomagamy studentom ujawnić pewne elementy osobowości, które pozwolą im zaistnieć artystycznie. Nie zastanawiam się, do jakiego teatru, do jakiej struktury ich kształcę. Interesuje mnie to, żeby absolwent był porządnym człowiekiem - ja się staram ewentualnie dopomóc mu w sferze gustu. Bardzo wiele naszej energii pochłania korygowanie gustu, żeby ludzie dokonywali innych wyborów... 

PŁOSKI O gustach trzeba dyskutować?... 

STRZELECKI Powinno się, dlatego że w pewnym momencie sztuka to kwestia gustu. Choć słów "nie powinno" nie należy chyba w teatrze stosować. Bo można sobie wyobrazić, że kicz może świetnie funkcjonować - istotna jest tylko świadomość użycia. 

PŁOSKI Zaprasza Pan do współpracy z uczelnią uznanych twórców. Trudno ich namówić? 

STRZELECKI Łatwo. Obecność w Akademii Krystyny Jandy, Krzysztofa Majchrzaka, Daniela Olbrychskiego, Zbigniewa Zamachowskiego czy Kazimiery Szczuki okazała się poważnym wzmocnieniem. W tym roku dojdzie Wojciech Pszoniak i inni, których nazwiska niech zostaną niespodzianką. Chcę utrzymać jakość kadry - młodzi ludzie potrzebują autorytetów artystycznych. Chciałbym też, żeby spotkali się z różnymi sposobami myślenia o zawodzie, z różnymi technikami. Ktoś z tego eklektyzmu może czynić zarzut, ale przecież teraz nie ma jednego teatru. 

PŁOSKI Jakie ma Pan plany wobec poszczególnych wydziałów? 

STRZELECKI Choć niektórym się wydaje, że Białystok jest na uboczu, to Wydział Sztuki Lalkarskiej w swej dyscyplinie jest czołówką europejską. Bezdyskusyjnie. Być może uda się rozwinąć współpracę WSL-u z jedną z poznańskich uczelni w kwestii animacji komputerowej. Chcemy rozwinąć - na poziomie III roku Wydziału Aktorskiego - kształcenie dla przyszłych aktorów muzycznych. Na Wydziale Reżyserii chcemy uruchomić kształcenie reżyserów operowych. Jest potrzeba przygotowania łudzi do tego zawodu -choćby w kwestii czytania nut - by reżyser był partnerem w rozmowie z dyrygentem, z orkiestrą. Ryszard Peryt opracował program Instytutu Opery, który będziemy wdrażać od przyszłego sezonu, we współpracy z najwybitniejszymi twórcami tego gatunku. To będzie wzmocnienie pozycji wydziału. 

Uważam, jako praktyk, że program Wydziału Wiedzy o Teatrze powinien wynikać z myślenia, co jest teatrowi potrzebne. Zawsze potrzebny jest tekst - dramat czy dobra adaptacja. Zawsze potrzebne są pieniądze, żeby było za co teatr zrobić. Potrzebny jest też zapis historyczny. Optuję więc za trzema specjalizacjami: literacko-dramaturgiczną, menedżersko-produkcyjną oraz historii teatru. Na moim biurku leży projekt specjalizacji opracowany przez komisję wydziałową. Myślę, że w swoich pomysłach jesteśmy zbieżni. Wydział trzeba zmniejszyć, ale dowartościować jakością. Studentów może być mniej, ale to ma być elita. 

Sama obecność Wydziału Wiedzy o Teatrze w szkole nie została zdyskontowana. Wiem, że istnieje pole, które w sposób naturalny, integracyjny może wypełnić się współdziałaniem trzech wydziałów warszawskich, które nawzajem by z siebie korzystały. To jest moim celem i marzeniem. Operując nomenklaturą socrealistyczną, "mamy w tej sprawie wiele do zrobienia". 

PŁOSKI W wywiadach przyznaje się Pan, że jest konserwatystą, że ma szacunek do ciągłości - czy w przypadku studiów zaocznych wiedzy o teatrze nie dałoby się tego inaczej rozwiązać niż zawieszając nabór. 

STRZELECKI Oczywiście, że dałoby się. Wszystko było do uzgodnienia, ale potrzebna jest wola obu stron. Studia zaoczne potrzebowały reorganizacji. Deficyt w prowadzeniu tych studiów jest faktem. Choćby nie wiadomo ile osób podpisało list w obronie wydziału, nie zmienia to faktu, że jesteśmy w kolizji prawnej. Ministerstwo kazało urealnić koszty - urealniłem. Nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za obecną sytuację, i ja ją biorę. Kończy się to w sposób dla wydziału niekorzystny. Poza tym powstało wrażenie konfliktu personalnego. 

PŁOSKI Ale podjął Pan pierwszą decyzję z zaskoczenia, a to nie sprzyjało zaufaniu. 

STRZELECKI Byłem człowiekiem małej wiary w kwestii samoreformowania się tego wydziału. Dowodem na słuszność mojego postępowania była reakcja: kierownictwo WoT-u zajęło się obroną status quo - a tak się nie da. Studia niestacjonarne to dzieło Lecha Śliwonika, on jest ojcem tych studiów. Ale trzeba umieć "dziecku" powiedzieć: żyliśmy ponad stan. Nie chciałem samemu robić reorganizacji, bo mogłem zrobić błędy - prosiłem o współpracę. 

PŁOSKI Studia zaoczne korzystały z prestiżu Akademii, ale też jej wizerunek budowały. Dorastając w niedużym mieście, stykałem 

się właśnie z absolwentami studiów zaocznych i to oni byli żywą promocją szkoły. Czy te studia są Pana zdaniem uczelni potrzebne? 

STRZELECKI Są potrzebne, ale licho wie, czy nam. Czy Akademia Teatralna jest optymalna do realizacji takich zamierzeń. Mamy kłopoty logistyczne, budynek nie jest z gumy. Nie jestem wrogiem studiów zaocznych. Przypuszczam, że tam jest szereg ciekawych ludzi. Ale jestem przeciwny temu, żeby przy użyciu zaocznej wiedzy o teatrze kształcić kryptoreżyserów i kryp-toaktorów. Czuję się wtedy nie w porządku wobec zawodowych wydziałów, które są na tej uczelni. Dlaczego mam patronować wydziałowi, który zabiera miejsca pracy moim kolegom. Na świecie jest tak, że jak komuś nie pójdzie w zawodzie aktora, to zajmuje się działalnością upowszechnieniową. I wypełnia te luki, w które u nas wchodzą absolwenci studiów niestacjonarnych. 

PŁOSKI Przecież absolwenci studiów zaocznych wypełniają miejsca, do których profesjonalni aktorzy czy reżyserzy w ogóle nie trafiliby, choćby w sensie geograficznym. 

STRZELECKI Nie jestem fanatykiem myślenia profesjonalnego. Ale nie uważam, jak niektórzy, że podział na teatr amatorski i profesjonalny to anachronizm. Zygmunt Huebner ucząc reżyserów w ruchu amatorskim, miał świadomość, że uczy ich na inne potrzeby niż studentów na swoim wydziale. Nie był wtedy potrzebny szyld Akademii Teatralnej. Ale gdyby to się działo w jednym budynku, to wydaje mi się, że Huebner nie robiłby tego. Natomiast gościnnie, w ramach pomocy ruchowi amatorskiemu, to owszem. Sam tak pracowałem. Wciągnięcie tego kształcenia pod szyld Akademii stworzyło schizofreniczną sytuację bytową dwóch rzeczywistości - obok siebie kształcimy reżysera i prawie reżysera? To powoduje mój dyskomfort, bo zdaje mi się, że tych drugich traktujemy jako częściowych partnerów do rozmowy. Nie można przyszłego reżysera kształcić tylko trochę. Dlatego lepiej, by do ruchu amatorskiego uczyć poza strukturą uczelni teatralnej. 

W dyskusji o tych studiach uważam za nadużycie odwoływanie się do pracy Leona Schillera z amatorami, wskazywanie tego jako pradziejów myślenia o tym wydziale. Po wojennej hekatombie jego działanie miało inne znaczenie. 

PŁOSKI Na razie zawiesił Pan studia, więc wynika z tego, że jest możliwość odwieszenia. 

STRZELECKI Szanse odwieszenia pojawią się tylko wtedy, gdy uda się wyczyścić wszystkie kwestie prawno-organizacyjne i gdy znajdzie się sposób na to, jak zabezpieczyć interesy profesjonalistów. 

PŁOSKI Jak wyobraża sobie Pan Akademię pod koniec kadencji? 

STRZELECKI Bardzo chciałbym, żeby na scenach szkolnych działo się coś ciekawego, żeby tu było miejsce, w którym zderzają się poglądy stare i młode, a z tego wynikają spektakle. Ważną rolą naszej uczelni jest kształcenie ludzi, którzy będą mieli wpływ na gust tego narodu, na kondycję emocjonalno-intelektualną ludzi, którzy w tym kraju żyją. Ranga zawodu aktora spada, ale podnosi się ranga osoby publicznej - i ważne jest, jak ta osoba będzie umiała sobą zadysponować dla dobra publicznego i artystycznego. My - jak tutaj rozmawiamy - jesteśmy po jednej stronie. Naszym domniemanym przeciwnikiem jest "rzeczywistość". Naszym wspólnym zadaniem jest udowadnianie, że świat można przez teatr oglądać. 

Andrzej Strzelecki - aktor, reżyser, rektor Akademii Teatralnej w Warszawie

Paweł Płoski
Teatr
6 listopada 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia