Szaleństwa młodości na włoską nutę

"Awantura w Chioggi" - reż. Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Collegium Nobilium w Warszawie

Waldemar Śmigasiewicz postanowił po raz kolejny zmierzyć się z osiemnastowieczną komedią Goldoniego, tym razem ze studentami Akademii Teatralnej w Warszawie. I choćby z tego względu, że mamy do czynienia z młodymi ludźmi kończącymi szkołę, spektakl ma nieco inny wymiar niż ten zrealizowany i pokazywany na Scenie Letniej Teatru Miejskiego w Gdyni.

W warszawskim przedstawieniu do totalnej draki dochodzimy jakby inną, spokojniejszą drogą, co nie znaczy, że pozbawioną zachowań plebejskich i południowej impulsywności. Włoski temperament ujawnia się w bohaterach w bardzo indywidualny, młodzieńczy sposób i nawet jeśli czasami przybiera oblicze przerysowane czy lekko karykaturalne nie traci na wdzięku i nie zabija scenicznej prawdy.

Humor "Awantury w Chioggi", pokazanej na Scenie im. Jana Kreczmara, przetransponowany na włoskie realia lat pięćdziesiątych, eksponowany jest przede wszystkim poprzez komiczność sytuacji, w których bójkom nie zawsze musi towarzyszyć wrzask, pisk, krzyk albo bieganie czy tupanie. Okazuje się, że nawet u rozerotyzowanych, ponętnych dziewcząt rozładowywanie emocjonalnych napięć nie musi w każdych okolicznościach uciekać się do nadekspresji w geście czy głosie. Wspaniale poprowadzona jest pierwsza rozmowa bohaterek, które potrafią pokazać niemalże w ciszy jak różnorodnymi środkami wyrazu możemy dochodzić w aktorstwie do komicznego efektu. Młodym absolwentom udaje się poza tym uniknąć komediowej szarży, która nieczęsto drażni pretensjonalnością u dużo bardziej doświadczonych artystów. I jeśli nawet Joanna Kuberska, w roli gorącej od namiętności Orsetty, z trudem poskramia swój temperament, jest to smaczne, szczere i prawdziwe. Ta wielowymiarowość postaci powoduje, że przyjęta przez reżysera konwencja nie irytuje nawet w sekwencjach kiedy Toffolo, zwany Gamajdą, w interpretacji Kuby Gawlika, wije jak piskorz, by wyjść z opresji i uciec przed zemstą zazdrosnego narzeczonego.

Śmigasiewiczowi, znanemu w końcu z dramaturgicznej skrupulatności i wyczucia formy, udało się zbudować widowisko na swój sposób zwariowane, ale stylowe, lekkie i nie przekrzyczane, ukazujące wszystko z lekkim przymrużeniem oka, bo w końcu w poczciwie błahej, ludowej komedyjce mówić inaczej o ludzkiej głupocie i naszych słabościach się nie da. Tutaj wszystko, czego realizatorzy używają na scenie zdaje się służyć aktorom, dodając im skrzydeł i dobrze pojętej determinacji. Dodać jeszcze trzeba, że nie są to role oparte na wizerunku czysto zewnętrznym, ani na łatwości sprowadzonej do jednego charakterystycznego chwytu czy numerku. Oczywiście nie wszyscy tak samo czują jeszcze rytmy i dynamikę spektaklu, ale potrafią już obdarzyć swoje postaci indywidualnymi rysami, widać też dbałość o wyraziste komponowanie scenicznych obrazów i umiejętność budowania napięcia wynikającego z dość umownie zaaranżowanej przestrzeni. Checca Weroniki Humaj nie jest tylko zahukaną brzydulą. Filip Milczarski jako Isidoro wychodzi poza wizerunek dyszącego z pożądania koadiutora. Martyna Trawczyńska zaś jako donna Libera robi wrażenie nie tylko w scenie z głuchoniemą. I te nowe skojarzenia podczas oglądania tego spektaklu podobały mi się najbardziej.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
25 lutego 2016

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia