Szalony spektakl

"Trylogia", Stary Teatr w Krakowie

Pokazanie w jeden wieczór całej Trylogii na scenie to pomysł szalony. No i powstał szalony spektakl. Śmieszny, przerażający, zaskakujący, a nawet wzruszający.

Na scenie zrujnowany kościół zamieniony na lazaret. Pod czarnym ołtarzem z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej ustawione szpitalne łóżka, z boku podparta deskami ambona, po kątach wiązki słomy. Spektakl zaczyna się poważnie i od końca Trylogii: Tadeusz Huk z ambony wygłasza mowę pogrzebową: "Panie pułkowniku Wołodyjowski! Larum grają, a ty nie wstajesz, za szablę nie chwytasz!". Kolejna wojna nadciąga, pohańcy grożą chrześcijaństwu, ojczyzna w potrzebie. A tu bohaterowie, pokiereszowani w permanentnej wojnie opisanej przez Sienkiewicza w Trylogii, leżą w szpitalnych łóżkach. Ale wstają, przyjmują role, nawet całkiem dziarsko. Role rozdane zdecydowanie nie po warunkach, ale - jak się wkrótce okaże - nieprzypadkowo. 

To, że aktorzy nie pasują wiekiem czy wyglądem do Sienkiewiczowskich bohaterów, pozwala na ostrzejsze na nich spojrzenie, na oderwanie się od przyzwyczajeń wyniesionych z lektury czy z oglądania filmów Hoffmana. To, co na pierwszy rzut oka wydawało się niewyszukanym konceptem, okazuje się trafioną w punkt interpretacją. Krzysztof Globisz jako Kmicic? Krępy facet w skórzanej kurtce jako piękny watażka? Ale Globisz lekko i wdzięcznie opowiada swego bohatera - i widzimy cały jego infantylizm, odwagę skrzyżowaną z pychą i głupotą, urok, którym uwodzi Oleńkę (młodą i energiczną - Barbarę Wysocką) i Bogusława Radziwiłła (Błażej Peszek, któremu z arystokratycznej elegancji zostały majtki od Calvina Kleina).

Jerzy Grałek, posiwiały, w filcowych bamboszach gra Skrzetuskiego, zapamiętałego w cierpieniu. Anna Dymna i Ewa Kolasińska to Basia i Krzysia, siwiuteńki, nieduży Andrzej Kozak - Wołodyjowski. W takim zestawie aktorskim romansowa komedia z "Pana Wołodyjowskiego" pobrzmiewa goryczą - dla nich to rzeczywiście ostatnia szansa na miłość. A pożegnanie Basi i pana Michała, który wraz z towarzyszami zejdzie do kanału-grobu, brzmi poruszająco.

Klata bowiem ma wyraźną słabość do Sienkiewiczowskich bohaterów (może też dlatego, że lubi swoich aktorów, a oni świetnie się w jego świecie odnajdują). Jego rewizja Trylogii nie polega wyłącznie na obnażeniu wad, rozdrapaniu ran i kompromitacji polskiego myślenia politycznego, z jego ksenofobią, poczuciem wyższości i krótkowzrocznością. Wraz z aktorami przeżywa jeszcze raz, w skrócie i kondensacji, nieustanne wojny, oblężenia, zdrady, pogonie i ucieczki. Aktorzy galopują na łóżkach, budują z nich okopy Zbaraża, przez które nieustannie przeczołguje się sanitariuszka, coraz szybciej i obficiej bandażując rycerzy. Czy to jeszcze Zbaraż, czy powstańcza Warszawa? Azja Tuhajbejowicz morduje klęczących pobożnie Polaków strzałami w tył głowy. To XVII-wieczna Ukraina czy Katyń? Czas się zagęszcza, narodowe traumy nakładają się na siebie. Tak jak nakładają się na siebie różne poetyki - od kabaretowych dowcipów, poprzez zjadliwą ironię, po powagę. A gdy już wydaje się, że złapaliśmy zasadę spektaklu, Klata pokazuje coś nowego i nieoczekiwanego. 

Każda z trzech części "Trylogii" ma inną narrację. "Ogniem i mieczem" to przymiarka, rozpoznanie pola. Aktorzy, ledwo poderwani z łóżek, z pewnym trudem przemawiają Sienkiewiczowską frazą (mówią nie tylko dialogi, ale i fragmenty narracyjne), grzęzną w owych "waćpanach" i "jedwabnych zasłonach oczu kniaziówny" jak w słowach z obcego języka. "Potop" opowiada już całą historię pana Kmicica, optymistycznie zakończoną królewskim wybaczeniem (w które uparcie wtrąca się niedoszły król, czyli duch Janusza Radziwiłła). "Pan Wołodyjowski" jest najbardziej mroczny. Starzy rycerze i ich ciężarne ukochane czekają na koniec w ostatniej twierdzy. Azja Tuhajbejowicz, w wykonaniu Zbigniewa W. Kalety, elegancki dyplomata w stroju wirującego derwisza, przegra swoje marzenie zostania tatarskim hetmanem i zostanie nabity na pal. W ciemności usłyszymy opis nawlekania Azji - jeden z najokrutniejszych fragmentów Trylogii. 

Spektakl kończy się tą mową pogrzebową, którą się rozpoczął. Między jednym wezwaniem martwego rycerza do boju a drugim, przeżyliśmy wraz z aktorami i bohaterami Sienkiewicza zbiorową psychoterapię.

Joanna Targoń
Gazeta Wyborcza Kraków
25 lutego 2009

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia