Szary świat

"Rowerzyści" - reż: A. Augustynowicz - Teatr im. Jaracza w Łodzi, Teatr Współczesny w Szczecinie

Anna Augustynowicz zrealizowała kolejne przedstawienie o rozpadzie więzi w rodzinie z klasy średniej. Posłużyła się tym razem dramatem młodego Austriaka Volkera Schmidta "Rowerzyści". Spektakl ma dwa podstawowe atuty: reżyserka z maksymalną koncentracją i wnikliwością czyta tekst, który precyzyjnie przekłada na język sceny, zaś Beata Zygarlicka imponuje perfekcyjnym aktorstwem.

Realizatorzy stworzyli na scenie przestrzeń równie zimną, nudną i smutną jak relacje między bohaterami: wielki kosz z supermarketu "na jedno euro", sofa, elegancka łazienka ze stali, jakaś sofa, lustro, wielki telewizor, pilot Zamiast posadzki - ziemia, a na niej skrzynki z kwiatami... Nie jest to wnętrze mieszkalne, a projekcja rachitycznych emocji. Sensy i interakcje wyłaniają się tu niespiesznie, stopniowo, a monotonna dramaturgia spektaklu anektuje kolejne elementy sceny wraz z odsłonami wstydliwych i skrywanych tajemnic bohaterów. Majętny ginekolog Manfred (Przemysław Kozłowski) uprawia ogród, grilluje i jeździ na przejażdżki rowerowe z przyjacielem Albertem. Albert rozpoczyna romans 

z projektantką Franciszką (Joanna Matuszak), która - w tajemnicy przed całym światem - przez kilka lat utrzymywała związek z Manfredem. Ten ma żonę Annę (Beata Zygarlicka), która uwodzi piętnastoletniego syna Franciszki (Marcin Łuczak w roli Tomka) - pozuje mu, pod nieobecność matki, w wannie z wodą czerwoną od krwi. Bo Tomek ma hobby: rysuje umarłych. Ale żadnego umarłego dotąd nie widział, co wyrzuca mu jego rówieśniczka, córka Anny i Manfreda - Lina. Przerysowuje nieboszczyków z książek i fotografii. Wszyscy mieszkają przy jednej ulicy, korzystają z tego samego supermarketu - częstują się złymi emocjami i chorobą weneryczną. Franciszka i Albert leczą się na tę samą dolegliwość u Manfreda, który domyśla się ich romansu. Franciszka dowiaduje się o dziwnym związku jej syna z Anną - przychodzi do domu Manfreda, by poderżnąć jego żonie gardło. Na Manfredzie nie robi to większego wrażenia - martwi go, że Franciszka depcze kwiaty, trawę i psuje nastrój przed grillem... W ostateczności Manfred ginie w wypadku podczas jazdy rowerem. Usypana na scenie ziemia i skrzynki z kwiatami nabierają wreszcie odrobiny tandetnej metafizyki czy choćby plastikowego liryzmu. Ale śmierć tu jest równie nieważna i nudna jak wszystko inne. Choć chyba tylko w śmierci zawiera się odrobina życia - bo jedyne drgnięcie monotonnego rytmu przedstawienia następuje właśnie w finale. 

Augustynowicz zdołała przeprowadzić dwugodzinny spektakl na jednostajnym diapazonie emocjonalnym. Aktorzy podają tekst monotonnie, obojętnie, jakby stówa były wyłącznie maską, częścią gry, czymś, co służy wyłącznie za namiastkę jakiegokolwiek kontaktu. Reżyserka zaryzykowała: zrealizowała spektakl bez choćby cienia odwoływania się do naturalnej "biologii" odbioru: nie ma tu prawie żadnej dramaturgicznej i emocjonalnej amplitudy - wszystko jest upiornie płaskie i szare. Ale widz wchodzi w ten świat, zaczyna szukać, sprawdzać, czy nie jest to też w jakiejś mierze i stopniu jego świat. Niepotrzebny był do tego chwyt z ekranem odbijającym publiczność.

Maciej Deuar
Kurier Szczecinski
21 maja 2009

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia

Encyklopedia Teatru Po...
Janusz Legoń