Szczęście jest potrzebne, ale nie można liczyć tylko na nie

rozmowa z Aleksandrą Kurzak

- Od 2007 roku jestem wolnym strzelcem. To wiąże się z prestiżem śpiewaka. Wtedy jest się panem własnego losu. Można swobodnie zarządzać swoim czasem i repertuarem. Mogę sobie wybierać, co chcę śpiewać, gdzie i za ile. Zarobki są tutaj nieporównywalne

Z Aleksandrą Kurzak, wybitną polską śpiewaczką, o wpadkach n a scenie, zaletach bycia wolnym strzelcem, celowości organizowania konkursów śpiewaczych rozmawia Marek Zaradniak:

Tym razem w Poznaniu słuchać będziemy Pani podczas koncertu Filharmonii z cyklu "Gwiazdy światowych estrad", ale przecież pół roku temu właśnie w Poznaniu z orkiestrą Feel Harmony wystąpiła Pani podczas rockowego "Męskiego grania". Dla wielu było to zaskoczenie. Lubi Pani rocka?

- Na pewno lubię bardziej słuchać rocka niż śpiewać. Wtedy zresztą rocka w Poznaniu nie śpiewałam. Na początku bardzo się cieszyłam, że zostałam zaproszona. Natomiast kiedy przyjechałam do Poznania i zobaczyłam cały entourage, to, gdzie to się odbywa i ludzi, którzy przychodzą, pomyślałam sobie: - co ja tutaj robię? I jak to w ogóle zostanie odebrane? Czy ma to sens? Jak się okazało miało sens. Słuchaczom się to bardzo spodobało, a wręcz zaskoczyło ich. Było to coś innego dla nich i bardzo mile wspominam to doświadczenie.

Montserrat Caballe nagrała swego czasu z Freddiem Mercurym wielki przebój "Barcelona". Czy Pani otrzymuje propozycje nagrywania lub występów z rockmanami?

- Nawet dziś dzwoniłam do Romualda Lipko, który prosił mnie o kontakt. Ma mi przesłać swe propozycje. Zobaczę, co to za muzyka i może powstanie z tego jakiś fajny projekt.

Jako artystka jest Pani związana z wieloma teatrami. Gdzie najczęściej Pani występuje?

- W tej chwili dopinam kontrakty na rok 2017 z moją ukochaną operą Covent Garden w Londynie. Tam zresztą bywam sezon w sezon. Często wracam do MET w Nowym Jorku, do Staatsoper w Wiedniu. Szykuje się też dla mnie kilka powtórnych występów w mediolańskiej La Scali, w Operze Monachijskiej oraz w Berlinie.

A teraz jest Pani gdzieś na etacie, czy woli pani być wolnym strzelcem?

- Od 2007 roku jestem wolnym strzelcem. To wiąże się z prestiżem śpiewaka. Wtedy jest się panem własnego losu. Nie trzeba być w teatrze, z którym ma się podpisany kontrakt i wykonywać tego, co się dostanie od dyrekcji. Można swobodnie zarządzać swoim czasem i repertuarem. Mogę sobie wybierać, co chcę śpiewać, gdzie i za ile. Zarobki są tutaj nieporównywalne. Tak już jest ten świat skonstruowany.

Często zdarza się Pani odrzucać propozycje?

- Obecnie nie, ale był taki moment, że ze względu na to, iż zmieniłam repertuar, podpisane kontrakty stały się nieaktualne. Tak było w przypadku MET. Po pierwszym występie gościnnym od razu dostałam bardzo dużo kontraktów. Chyba nawet siedem czy osiem. Odrzuciłam je, bo były dla partii, z których właśnie zrezygnowałam albo uważałam, że było na nie jeszcze za wcześnie. Był też trzeci powód. Kalendarz był po prostu zajęty w tym czasie. Teraz bardziej znam już swój głos. Na scenie śpiewam dłużej. Dlatego jestem w stanie przewidzieć, czy za pięć lat ta partia będzie dla mnie dobra.

A jaka była najtrudniejsza decyzja artystyczna Pani życia?

- Wydaje mi się, że było to odrzucenie tych kontraktów, a w szczególności odmówienie Lulu. Była to premiera szykowana z myślą o mnie w Covent Garden w Londynie w reżyserii Christofa Loya pod kierownictwem artystycznym Antonio Pappano, który specjalnie przyjechał z żoną do Hamburga, aby posłuchać mnie, jak śpiewam. Ja jednak powiedziałam, że to błąd i nie jest to dla mnie dobre. Odmowa tego kontraktu wiązała się z niesamowitym stresem.

Ma Pani swoją ulubioną rolę, arię?

- Nie. Nie wiem dlaczego. Po prostu nie chcę się zamykać w obrębie jakiejś jednej opery czy arii. Każda partia, którą wykonuję w danym czasie, staje się tą ulubioną, bo nią się zajmuję. Na niej się skupiam. Być może do moich ulubionych ról należą Traviata czy Łucja z Lamermooru i Gilda. To role bardziej złożone, gdzie można pokazać więcej emocji, muzycznych kolorów, więcej aktorstwa. To role bardziej dramatyczne. Tak się zdarza, że we wszystkich umieram. To umożliwia popis aktorstwa. Szczególnie w Łucji z Lamermooru, ale też przekaz wokalny jest bogatszy.

Bycie śpiewaczką to zajęcie niezwykle wyczerpujące. Jak Pani odreagowuje po spektaklu?

- Bardzo różnie. Wszystko zależy od tego, czy jest jakaś grupa osób, przyjaciół, z którymi rzeczywiście można wyjść na jakieś wino i odreagować. Zdarza się to, niestety, niezwykle rzadko. Najczęściej więc nie ma odreagowania. Wracam do domu. Dzwonię do rodziny i oglądam telewizję.

Czy podczas śpiewania zdarzają się Pani wpadki na scenie?

- Owszem zdarzyło mi się to chyba w 2005 roku, gdy wskakiwałam w ostatnim momencie, z dnia na dzień do roli Kleopatry w Operze Monachijskiej. Wcześniej śpiewałam tę partię w Hamburgu. Tu jednak było to zrobione inaczej. Z ogromną liczbą przebrań w trakcie spektaklu, zmianami peruk, a nawet z nalepianiem łysin. Musiałam bez próby zapamiętać, gdzie wchodzę i co robię. Zapomniałam tekstu, a potem melodii. Na szczęście była to tzw. aria barokowa aba, co oznacza, że tę część powtarza się, ale z wymyślonymi ozdobnikami, więc zaczęłam wymyślać, co mi ślina na język przyniesie. Muszę powiedzieć, że nikt się nie zorientował. Nawet dyrygent, który po spektaklu wyznał, że sądził, iż tak chciałam. Na szczęście właśnie na tym polegała wielkość kastratów, no i muzyka barokowa wywodzi się z improwizacji, więc mogłam się szybko odnaleźć.

Jako jedyna Polka ma Pani ekskluzywny kontrakt z wytwórnią Decca Classic. Co on Pani daje?

- 1 kwietnia w świecie, a 2 kwietnia w Polsce wychodzi moja najnowsza płyta z ariami Rossiniego. Taki kontrakt to spełnienie moich marzeń i niesamowity prestiż. To po prostu wejście na najwyższą półkę śpiewaków i pozostawienie po sobie jakiegoś śladu tam, gdzie nagrywali rzeczywiście najwięksi w historii. To dla mnie ogromne wyróżnienie.

Wierzy Pani w szczęście w świecie artystycznym?

- Tak. Jak najbardziej. Szczęście jest elementem wszystkiego, ale nie można powiedzieć,

że możemy polegać tylko na szczęściu Nie można polegać też tylko na pracy ani tylko na talencie. Te wszystkie składniki muszą zagrać razem.

Stara się Pani pomóc szczęściu?

- Jak?

Sprowokować pewne sytuacje. Wyjść im naprzeciw...

- Nigdy tego nie wiemy. Tak jak uważam, że i w życiu prywatnym nie możemy niczego sprowokować w miłości, znalezieniu partnera czy męża. Te wydarzenia się po prostu dzieją. W miłości musi być jakaś chemia pomiędzy partnerami. Tak samo i w zawodzie szczęściu możemy pomóc tylko w ten sposób, że wyjeżdżamy na konkursy. Zawsze powtarzam młodym ludziom, by wyjeżdżali na konkursy. W tym roku zostałam prezydentem konkursu moniuszkowskiego. i zmieniłam go przede wszystkim pod względem jury. Uważam, że jury złożone tylko z samych śpiewaków mija się kompletnie z sensem konkursów. W przypadku konkursów wokalnych do 30. czy 35. roku życia, gdzie chodzi o to, aby mieć jakieś propozycje pracy, aby móc po prostu żyć. Dlatego w jury powinni zasiadać przede wszystkim dyrektorzy od castingow, którzy mogą młodym ludziom zapewnić jakąś przyszłość. Oczywiście to bardzo mile usłyszeć od wielkiej gwiazdy, że ładnie śpiewam. Tylko co z tego? Tak w moim przypadku było w Helsinkach. Nie wzięłam udziału w finale. Po drugim etapie podeszłam do każdego z członków jury, bo była możliwość, aby z nimi porozmawiać i od każdego usłyszałam: U mnie pani przeszła. Tyle że w rezultacie nie przeszłam. Dlatego jedyna możliwość, aby pomóc szczęściu, to nie wygrana na konkursach, ale po prostu pokazanie się na nich.

ALEKSANDRA KURZAK O WYSTĘPACH W 2013

Po koncercie w Poznaniu śpiewam dwa "Rigoletta" w Operze Narodowej w Warszawie. Planowany jest też 3 maja duży koncert na rynku w Rzeszowie. Być może pod koniec sierpnia zaśpiewam też w Krakowie. A poza Polską: Wiedeńska Staatsoper i "Córka pułku" Donizettiego, potem po raz pierwszy wystąpię w Operze w Barcelonie. Następnie na jednej z moich ukochanych scen - Arenie w Weronie. W tym roku odbędzie się tam wyjątkowy festiwal, związany z 200-leciem Verdiego i 100-leciem Areny. W dużej gali verdiowskiej zaśpiewam w I akcie Traviaty. Mam również zaproszenie na duży koncert open air pod wieżą Eiffla z okazji święta niepodległości Francji, a potem jest znowu Staatsoper i Traviata. I pod koniec roku Rigolleta w Zurichu, Monachium i Metropolitan Opera Nowym Jorku.

ALEKSANDRA KURZAK (UR. 1977 R.).

Mając 7 lat, rozpoczęła naukę gry na skrzypcach i fortepianie. Ukończyła Wydział Wokalny Akademii Muzycznej we Wrocławiu i Hochschule fur Musik und Theater w Hamburgu. Jeszcze podczas studiów zadebiutowała jako Zuzanna w "Weselu Figara" na scenie opery we Wrocławiu.

W latach 2001-2007 była związana ze Staatsoper w Hamburgu. Mając 27 lat, artystka zadebiutowała w Metropolitan Opera w Nowym Jorku jako Olimpia w "Opowieściach Hoffmanna" Offenbacha i w londyńskiej Covent Garden w roli Aspasii w operze "Mitridate, re di Ponto" W. A. Mozarta. W 2010 r. zadebiutowała w mediolańskiej La Scali jako Gilda. Oklaskiwano ją również w wielu innych teatrach. W 2011 roku jako pierwsza Polka w historii wokalistyki podpisała ekskluzywny kontrakt fonograficzny z firmą Decca.

Marek Zaradniak
Polska Głos Wielkopolski
13 marca 2013

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia