Szekspir ugrzęzły w ruchomych piaskach

"Król Lear" - reż: K.Jasiński - Teatr STU, Kraków

Mam wrażenie, że podjęcie decyzji o wystawieniu Szekspira w teatrze jest równie ryzykowne jak zaśpiewanie: "Dziwny jest ten świat" w X Factor. "Król Lear" to wielki i arcyskomplikowany tekst, w którym łatwo można się zatracić. Czy Krzysztof Jasiński należy do grona wybrańców, którym udało się uniknąć losu straceńca?

Dramat ten jest jednym z najmroczniejszych dzieł Szekspira, ukazuje pesymistyczną historię króla Brytanii, który podczas rozdzielania majątku, błędnie ocenił swoje córki, co spowodowało późniejsze próby ograniczania jego władzy, a w końcowym efekcie – obłęd bohatera. To chaotyczny świat rozkładu, pełen cierpienia i fałszu, gdzie zanikają wszelkie naturalne więzy rodzinne. Zamysłem Jasińskiego było przyprawienie tego świata o szczyptę absurdu i groteski. Sama idea została zaczerpnięta z eseju Jana Kotta „Król Lear czyli Końcówka” (tom „Szekspir współczesny”), gdzie istotną rolę pełnią beckettowskie typy. Jak w tym wszystkim odnaleźli się aktorzy?

Prawdziwym tytanem tej wojny z Szekspirem jest Mariusz Saniternik i jego interpretacja Leara. Artysta walczy z rolą i jak dla mnie walczy bohatersko, bo tu widać prawdziwy kunszt aktorski. Obłęd króla jest w jego ujęciu wyrazem niepokoju egzystencjalnego i konsekwencją schorowanej rzeczywistości. To próba szukania odpowiedzi na podstawowe pytania: dlaczego człowiek postępuję w życiu w ten a nie inny sposób? Co go do tego skłania? Bo Szekspir jest prawdziwym źródłem psychoanalitycznym, ale czerpanie z tego źródła może prowadzić do swoistego aktorskiego popisu. Szczęśliwie, pragnienie Saniternika okazało się prawdziwe. Należą się brawa, bo to rola swoiście przytłaczająca, niesłychanie skomplikowana wewnętrznie, mogąca być dla aktora sporym obciążeniem psychicznym. 

Jednak w prawdziwym skupieniu się na wartości samej sztuki przeszkadzają wszelakie efekty dodatkowe. Otóż idzie sobie człowiek do teatru, żeby pokontemplować, połechtać własne myśli (serce aż się szczerze cieszy na tę chwilę), a tu nagle trzask (serce bije mocniej), prask, grom bije z nieba, na scenie burza jak żywa! Po chwili lecą jakieś dymy wciskające się w oczodoły i otwory gębowe. Potem efekty stroboskopowe, rodem z techno party. A do tego jeszcze bębny – bębnią aż do utraty tchu i bębenków słuchowych i do tego to Oswald tak zapodaje. Wtedy serce staje.

I nie tylko serce może stanąć, bo na widok Goneryli i Regany w obcisłych getrach i skórzanych kamizelkach może prawdziwie zakręcić się w głowie (czyżby te interesujące kostiumy miały być połączeniem historyczności ze współczesnymi projektami wielkich domów modowych typu „Prada”?). Aktorki są doprawdy piękne w tych stanikach, ale co z tego jak chowają się za strojami. Niestety, jak na moje oko, są zbyt papierowe. Takie niegrzeczne dziewczynki, ale bardziej do przytulenia, niż do znienawidzenia. Na szczęście nie wszystkie panie dały się oprawić w ramkę i przypiąć na ścianę – Kordelia, która grała również Błazna, obroniła się.

Miałam jednak wrażenie, że kontakt między aktorami był zbyt mały, tak jakby każdy z nich był skupiony wyłącznie na sobie, a streszczona fabuła przykrywała istotne problemy i znaczenia sztuki. W interpretacji Jasińskiego szekspirowski świat stał się sceną błaznów (i to ładne), ale czy faktycznie chodziło tylko o popisy tych cyrkowych przebierańców?

Nie lubię dosłowności w teatrze. Oglądając „Króla Lear” w STU czułam się trochę jak widz masowej superprodukcji odgrywanej na teatralnych deskach. Ostre słowa, wiem, ale to Szekspir przecie, mili państwo!

Karolina Kiszela
Dziennik Teatralny Kraków
15 marca 2011

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia