Szekspirowskie pułapki miłości

rozmowa z Izadorą Weiss

- Próbowałam sobie wyobrazić, jak trafić w to, co u Szekspira jest tak wspaniałe: sposób łączenia scen dramatycznych z humorystycznymi. I do tego ten magiczny, niedopowiedziany świat, jakby pochodzący z podświadomości. Wydawało mi się, że przyszedł dla mnie moment, kiedy mogę się zmierzyć z tym dramatem Szekspira, z całą tą zawiłością przeplatających się w nim światów - mówi Izadora Weiss

26 maja - premiera baletu "Sen nocy letniej" Izadory Weiss w Operze Bałtyckiej

Z Izadorą Weiss o jej baletowej premierze "Snu nocy letniej" w Operze Bałtyckiej rozmawia Jarosław Zalesiński:

Kiedy przenosiła Pani na scenę "Romea i Julię", była Pani autorką libretta, a w przypadku "Snu nocy letniej" - inscenizacji. Zastanowiło mnie, czy ta różnica coś znaczy?

- Tym razem starałam się bardzo wiernie przedstawić zawiłości zawarte w sztuce. Chciałam pokazać to tak, jak zostało przez Szekspira wymyślone. Co nie znaczy, że nie wprowadziłam pewnych zmian. Spektakl ma inną motorykę, trochę inaczej pokazywane są pewne wątki.

Ale nie jest to chyba wierność także wobec kostiumu historycznego?

- Nie, bo ten tekst brzmi bardzo współcześnie.

To ta sama co zawsze historia, gdy ludzie wpadają w pułapkę miłości.

- Dlatego nie musiałam układać libretta. Ale komponowałam sceny według mojego wyobrażenia o pułapkach miłości. To jakby moja wypowiedź na temat utworu Szekspira, z całą warstwą zawartych w niej komplikacji, intryg i pomyłek.

Bolesnych często.

- Pułapki miłości zawsze są bolesne.

Miłosne pomyłki bywają w tej sztuce dramatyczne, tragiczne wręcz.

- Tak, ale przedstawione są tu w atmosferze magii. Bohaterowie próbują się na koniec w tym wszystkim odnaleźć, próbują zapomnieć o tym, co się wcześniej wydarzyło. Inscenizacyjnie polega to na tym, że scenografia jest i zarazem jakby tu nie istnieje. To takie pojawiające się i znikające parawany, a za nimi pojawiające się i znikające postaci. Może więc to wszystko wydarzyło się we śnie? W pewnym momencie cała ta scenografia "odjeżdża", pozostaje pusta scena. To symboliczny moment cierpienia, połączonego z konfuzją, a także próbą odkręcenia tego, co się wydarzyło.

Bohaterowie tylko próbują to odkręcić czy im się to udaje? Wszystko dobrze się kończy, jak u Szekspira?

- Myślę, że im się to udaje, choć w rzeczywistości zwykle jest z nami tak, że wolimy zapomnieć, iż pewne rzeczy się wydarzyły, i dzięki temu mamy rodzaj happy endu. Próbujemy zapomnieć o tym, co jest dla nas niezręczne i niewygodne. Aby to wszystko wyrazić, jako tło muzyczne wykorzystuję powtarzający się utwór Bregovicia, bardzo piękny utwór, który pojawia się dwa razy, w zupełnie innej choreografii. Słyszymy go więc na nowo, bo inni są już bohaterowie, którzy próbują zbudować na nowo właściwe relacje ze sobą.

Całe przedstawienie ułożyła Pani do muzyki Bregovicia. To coś nowego u Pani. Zmienia Pani język swoich przedstawień?

- Będzie tu parę niespodzianek. W "Śnie" poszłam jeszcze dalej niż w moim ostatnim przedstawieniu "Cool Fire". Mam oczywiście swój choreograficzny język, nad którym pracuję od lat i staram się go rozwijać.

Ale przełamuje go Pani w "Śnie".

- Tak mi się wydaje, że jest on przełamywany w każdym kolejnym spektaklu. Starałam się też dobierać bardzo różne utwory Bregovicia. Mnóstwo czasu zabrało mi poznawanie tej muzyki, tak by dopasować ją do tego wyobrażenia "Snu nocy letniej", jakie miałam w głowie.

Kusturica narzekał jednak na Bregovicia, że od pewnego momentu to już nie to samo...

- To muzyka bardzo różnorodna. Ja zobaczyłam w niej różne charaktery światów, które chcę tu pokazać. A zarazem jest ona utrzymana w jednej stylistyce. Bo to jest jedna opowieść i jeden język choreograficzny, który wszystko to spina, choć jest w tym miejsce na wiele odcieni.

Pani debiutem scenicznym, w Poznaniu jeszcze, były "Sny nocy letniej". Wraca Pani do tego tekstu.

- Tamten spektakl był moją pierwszą próbą spojrzenia w tę stronę. To niezwykły tekst, który ma niesamowite pokłady najróżniejszych emocji. Jest dla mnie ciągle bardzo żywy. Wracałam do niego wiele razy i próbowałam sobie wyobrazić, jak trafić w to, co u Szekspira jest tak wspaniałe: sposób łączenia scen dramatycznych z humorystycznymi. I do tego ten magiczny, niedopowiedziany świat, jakby pochodzący z podświadomości. Za takim zapomnieniem człowiek tęskni. Potem próbujemy to wyprzeć z pamięci... Wydawało mi się, że przyszedł dla mnie moment, kiedy mogę się zmierzyć z tym dramatem Szekspira, z całą tą zawiłością przeplatających się w nim światów.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
23 maja 2013

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia