Szelmostwa Montowni

II Festiwal Teatru Montownia

Słynna maksyma profesora Bohdana Korzeniewskiego głosiła, że dobry teatr ma żywot psa pekińczyka. Często tak bywa, ale na szczęście są wyjątki od tej reguły. Na przykład Teatr Montownia.

Teatr Montownia działa 14 lat i trzyma się nad podziw dobrze. W czym kryje się tajemnica jego żywotności? Chłopaków z Montowni znam, można powiedzieć, od zawsze, to znaczy od ich czasów studenckich. Wtedy to, w marcu 1995 r., jeszcze jako trio w składzie Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki pokazali na Miodowej, bodaj w ramach koła naukowego ówczesnej PWST, "Zabawę" Mrożka. To było - nie przesadzam - olśnienie. Przeczytali ten świetny, ale wtedy lekko już spatynowany tekst tak inteligentnie i współcześnie, dali mu taki szwung i świeżość, żeśmy na widowni zaniemówili z wrażenia, zwłaszcza że przyszli "montowniacy" w zachwycający sposób połączyli młodzieńczy dynamizm z pilnie przestrzeganym rygorem odkrywczej formy. I tak to się od łyczka do rzemyczka zaczęło. Pojechali z tą "Zabawą" na jeden, drugi festiwal, zrobili furorę, pozbierali nagrody i pewnie gdzieś pośród tych pierwszych, może zrazu nieprzewidywanych sukcesów musiał się narodzić pomysł na Montownię, którą założyli rok później, przygadawszy sobie czwartego koleżkę Marcina Perchucia. Pomysł był oryginalny, nietypowy. Niepodobny do niczego, co już w polskim teatrze istniało dobrze osadzone i co w zamęcie transformacji ustrojowej chciało dopiero zaistnieć. "Ni pies, ni wydra" - powiedziałbym żartem, korzystając z przywileju długiej pamięci o dokonaniach "montowniaków" i szczerego dla nich podziwu i sympatii. Zarazem tą zoologiczną metaforyką powracam do reguły Korzeniewskiego. Jeśli nie stosuje się ona do Montowni, to właśnie dlatego, że już w chwili zamysłu miała to być grupa teatralna, która porzuca wszystkie wydeptane ścieżki i toruje sobie własną. 

Montownia nigdy nie wyłoniła lidera, nie wytworzyła żadnych własnych form instytucjonalnych, w zasadzie - poza krótkim epizodem z Centralnym Basenem Artystycznym - nie miała stałego adresu, pod którym grała, nawet w sensie personalnym rozrastała się w miarę potrzeb artystycznych do sporej kompanii, jak w przypadku widowiska plenerowego Piotra Cieplaka "Historia o raju utraconym", albo przeciwnie - kurczyła, niekiedy wręcz do jednej osoby, jak w przypadku one man show Rafała Rutkowskiego, który występując sam jeden w "Ojcu polskim" czy "To nie jest kraj dla wielkich ludzi", nie wypiera się, jak rozumiem, swoich kolegów z kwartetu.

Nie wiem, czy trzeba szukać formuły, która przyszpili "montowniaków". Ale gdybym już koniecznie miał jakąś formułę tworzyć, to nazwałbym ich teatralnym czwórprzymierzem, które, pozostając niejako w stałej gotowości artystycznej, na potrzeby konkretnego przedsięwzięcia, wchodzi w coraz to nowe sojusze i alianse z innymi artystami, jak Mariusz Benoit, Piotr Cieplak, Waldemar Śmigasiewicz czy Krzysztof Stelmaszyk, a także z instytucjami. W ten sposób Montownia "przytulała się" to tu, to tam, realizując przedstawienia zarówno w tradycyjnych budynkach teatralnych, jak Studio, Powszechny czy Teatr Collegium Nobilium, jak i w przestrzeniach przystosowanych do potrzeb teatru, jak Centralny Basen Artystyczny czy nawet - incydentalnie - Dworzec Centralny. Oczywiście, w żadnym z tych miejsc "montowniacy" nie zapuścili korzeni, wybierając sytuację artystów wolnych i w gruncie rzeczy wędrownych. Jako tacy artyści podejmowali współpracę czy - ściślej mówiąc - oddawali na jakiś czas swój potencjał reżyserom, z którymi chcieli pracować, jak choćby wspominany już Cieplak. Stworzyli wspólnie widowiska niezwykłe i zupełnie do siebie niepodobne. Aż trudno uwierzyć, że impet, wir i wizualny rozmach granej w plenerze "Historii o raju utraconym" opierał się na tym samym kwartecie, który wycyzelował subtelną, wyrafinowaną i skrajnie ascetyczną przypowieść bez słów w "Utworze sentymentalnym na czterech aktorów".

Siła Montowni, ta jej twórcza gotowość czy potencjalność, na tym właśnie polega, że bez trudu i ze świetnym rezultatem artystycznym wchodzi ona w bardzo różne projekty, znakomicie poruszając się pośród odmiennych poetyk, stylów i teatralnych języków. Jeśli raz jeszcze mogę sobie pozwolić na żart, to powiem, że Montownia jest jak gwóźdź, na którym można powiesić strzelbę w przedstawieniu Czechowa albo ugotować na nim zupę, gdy zbraknie wszelkiej innej materii. Potrafią z byle jakiej komedyjki, jaką jest "Testosteron", zrobić autentycznie śmieszne i dowcipne przedstawienie, nie przekraczając miar dobrego smaku. Ba, nawet Rutkowski, grając w stand-up comedy i stawiając samotnie czoło widowni na Chłodnej, sprawił, mimo tak zwanej jazdy po bandzie (gdy idzie o jakość humoru), że zanim zdążyłem trzasnąć drzwiami z oburzenia, porwał mnie śmiech tak obezwładniający, że omal nie spadłem z krzesła. Doskonale też pamiętam, jak cała czwórka na początku swojej drogi doprowadzała nas do paroksyzmów śmiechu w "Szelmostwach Skapena", w wykonaniu wyraźnie naznaczonych tradycją komedii dell\'arte. To też potrafią.

No, ale mam w pamięci przedstawienia Montowni, w których kwartet wybornie sobie radził z komizmem czarnym, sarkastycznym, groteskowym. Przykładem - sławna sztuka Arthura Kopita "O, mój tato, biedny tato, mama powiesiła cię w szafie na śmierć, a mnie się serce kraje na ćwierć". Albo jedno z ostatnich, udanych dokonań: "Edmond" Davida Mameta. To ostatnie przedstawienie jest zresztą dobrym przykładem na to, jak "montowniacy" potrafią kooptować do danego przedsięwzięcia innych kolegów i pracować zespołowo nad aktualnym zadaniem.

Ta ich mobilność, zmienność, możność nieustającej transformacji, plastyczność, żywiołowość, radość tworzenia, ale i artystyczna niezależność, solidność i uczciwość - to wszystko każe sądzić, że Montownia nieprędko zniknie nam z pola widzenia. Że będzie nas zdumiewać coraz to innymi wcieleniami, pomysłami i konfiguracjami. Czego zresztą im jako artystom, a sobie jako widzowi życzę, prawie u progu jubileuszu. Niebawem minie półtora dekady od czasu, gdy swoje czwórprzymierze zawiązali. Już tyle lat pracują razem. Stare konie, a wciąż brykają jak źrebaki.

II Festiwal Teatru Montownia 

Spektakle: "Szelmostwa Skapena", "Wojna na trzecim piętrze", "Kamienie w kieszeniach", "Lovv", "Utwór sentymentalny na czterech aktorów", "To nie jest kraj dla wielkich ludzi" i "Edmond" będzie można zobaczyć podczas II Festiwalu Teatru Montownia, który odbędzie się od 30 stycznia do 4 lutego w Och-teatrze (ul. Grójecka 65).

Szczegóły www.och-teatr.com.pl

Specjalny dodatek poświęcony II Festiwalowi Teatru Montownia - w czwartek 28 stycznia w "Gazecie Stołecznej"

Janusz Majcherek
Gazeta Wyborcza Stołeczna
27 stycznia 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia