Szkodniki umiarkowanego ryzyka

"Szarańcza" - reż.: Natalia Sołtysik - Teatr Ateneum w Warszawie.

"Szarańcza" w reż. Natalii Sołtysik w Teatrze Ateneum w Warszawie.

Zastanawiające są losy twórczości Biljany Srbljanović w Polsce. Wybitna serbska dramatopisarka znana jest w naszym kraju właściwie tylko z "Sytuacji rodzinnych", które swoje powodzenie na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku zawdzięczają w dużej mierze potrzebie odreagowania działań wojennych na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych, których epilog w postaci zbombardowania Serbii i Czarnogóry przez wojska NATO przypada na 1999 rok. Dramaty Srbljanović portretują krajobraz po bitwie, przypatrują się nowemu społeczeństwu, którego członkowie bez względu na wiek żyją z piętnem wojny, nie mając szansy ucieczki od swoich traumatycznych przeżyć. W każdym tekście autorka przedstawia powojenną rzeczywistość trochę inaczej, tworząc niekończący się esej o ludzkiej krzywdzie, osadzonej bardzo mocno w kontekście narodowym, a przy tym znacznie wykraczający poza ramy serbskiej i w ogóle bałkańskiej dramaturgii. Na tej twórczości poznano się na całym świecie (jej sztuki inscenizowane były na wszystkich kontynentach, a sama Srbljanović jest laureatką prestiżowej Europejskiej Nagrody "Nowa Teatralna Rzeczywistość"), u nas, niestety, doceniono tylko "Sytuacje rodzinne". Przedostatni z opublikowanych przez Serbkę dramatów, "Szarańcza", ma szansę to zmienić. 

"Szarańcza" już nie tak jasno i klarownie odnosi się do sytuacji powojennej. Dramat opisuje śmierć, samotność i przemijanie na wielu poziomach. Srbljanović szczególnie zwraca uwagę na rozkład społeczny, który pokazuje na przykładach międzyludzkich relacji, naznaczonych emocjonalnym kalectwem i konsumpcyjną żarłocznością. Właśnie ten ostatni motyw został wyeksponowany w metaforycznym tytule sztuki. Jego przewrotność polega na tym, że wartościowana negatywnie szarańcza to również nazwa wyjałowienia i pustki, na które bohaterowie dramatu niekoniecznie mają wpływ. 

Już tutaj kryje się przestroga przed formułowaniem szybkich, powierzchownych diagnoz. Srbljanović kokietuje zresztą zarówno czytelników, jak i realizatorów, stawiając przed tymi drugimi niezwykle trudne zadania. Za pośrednictwem didaskaliów, naładowanych zabarwionymi ironicznie komentarzami, prowadzi wyrafinowaną grę z odbiorcą. Rozsadza dzięki temu typową strukturę dramatu i prowokuje do przełamania fabuły - stawiając przed reżyserem i aktorami wiele zadań niemożliwych do wykonania w teatrze. Dlatego przeniesienie "Szarańczy" na scenę w stosunku jeden do jednego musi okazać się nieudane, o czym przekonuje spektakl wyreżyserowany przez Pawła Szkotaka w Teatrze Polskim w Poznaniu. 

Szkotak skupił się na możliwie najwierniejszym odwzorowaniu tekstu, oczyszczając go z wszelkich detali czy niuansów. Pozorny chaos, który piętrzy trudności inscenizacyjne, reżyser sprytnie obszedł. Odseparował od siebie główne wątki za pomocą przestrzeni oraz określonej ściśle dla każdej ze scen konwencji. Scenografia Izabeli Kolki wydziela dwa poziomy - parter i piętro. Parter (czyli scena) stanowi miejsce dla rozgrywania partii zbiorowych i podzielony jest na strefy, w których toczą się poszczególne wątki. 

W jednym miejscu stoi stół kuchenny, przy którym zasiadarodzina Ignjatoviciów - Dada, Milan i ich córka Alegra, niekiedy także dziadek. Tu na stałe gości farsa. Spotkanie Ignjatovicia i Simicia, dwóch przyjaciół z komunistycznych czasów, nosi znamiona groteski, z kolei wizyta Pani Petrović u córki Żany okazuje się gorzką komedią. Tematy w tonacji serio podejmowane są na piętrze dekoracji - tak jest w przypadku wydarzeń w domu brata Dady, Frediego, czy spotkania Nadeżdy i Simicia. Dzięki prostej identyfikacji przestrzeni ze sposobem gry spektakl staje się przejrzystszy. Łatwo w ten sposób wyodrębnić główny temat poznańskiego przedstawienia - czyli wątek ojca porzuconegoprzez własne dzieci na pastwę losu. Ojca, którego - podobnie jak wyrzutów sumienia - nie można się po prostu pozbyć. Okazuje się on kolejnym stygmatem, wstydliwą zależnością od przeszłości. 

Spektakl Pawła Szkotaka składa się z serii oderwanych od siebie obrazków, dobrze posegregowanych i poukładanych w linearną historię. Jednak ta opowieść, momentami okrutna i przejmująca (gdy Dada i Fredi rozważają sposoby na pozbycie się - obecnego przy tym - autystycznego ojca), zbyt często razi nieznośną zachowawczością interpretacyjną. Zimna, stalowo-lustrzana konstrukcja rusztowania imituje rzeczywistość, podobnie jak natrętnie wykorzystywane wizualizacje stanowią tautologiczne odbicie żywego planu, co niestety w żaden sposób nie wzbogaca spektaklu. Przedstawieniu nie pomaga nazbyt chyba restrykcyjnie narzucona forma, w którą aktorzy weszli jak w za ciasne ubranie. Dotyczy to zwłaszcza Katarzyny Bieniek w roli dziesięcioletniej Alegry. Jej odczłowieczone, sztuczne aż do przesady zachowanie skutecznie przyciąga uwagę. Brakuje jednak pomysłu, by tę uwagę właściwie spożytkować. Szkotak stara się być wierny serbskiej dramatopisarce i - paradoksalnie - właśnie w ten sposób się jej sprzeniewierza. Całkowicie się podporządkowuje, zamiast wejść w twórczą polemikę. W efekcie poznańska "Szarańcza" zredukowana została do zaledwie ckliwej historyjki. 

Zupełnie inaczej do tego samego tekstu podeszła Natalia Sołtysik. W warszawskim Teatrze Ateneum młoda reżyserka podjęła wyzwanie autorki, wystawiając "Szarańczę" odważnie, zachowując dystans do tekstu. W centrum umieściła jeden z kluczowych tematów sztuki - plagę dwudziestego pierwszego wieku, czyli ludzką szarańczę, często bezmyślną, przeważnie egoistyczną bezkształtną masę. Ludzie szkodzą sobie i innym. Pod pozorem "normalnego życia" każdy skrywa mroczną tajemnicę. Sołtysik nie dała się zdominować fabule, którą wrzuca w nawias już w pierwszej scenie, rozpoczynającej się od filmowej stop-klatki. Maks i Nadeżda siedzą nieruchomo w barze, by po chwili "ożyć" i wejść w role. Zabiegiem tym reżyserka konsekwentnie posługuje się do końca przedstawienia, pozostawiając aktorów w dowolnej, często nienaturalnej pozie nawet przez kilkanaście minut, by w odpowiednim momencie "przywrócić" ich do gry. 

Bohaterowie sztuki Srbljanović znajdują się w ciągłym ruchu, wciąż dokądś pędzą, próbują sobie i innym udowodnić własną wartość. Ten porządek burzą dwie postaci, traktowane jak intruzi w poukładanym świecie wielkiego miasta. Niepokój wywołuje Pani Petrović, która w odróżnieniu od innych "ma czas" i bez najmniejszego wysiłku obnaża powierzchowność stylu życia córki. O ile Szkotakowi postać Pani Petrović służy do wydobycia komizmu sytuacyjnego, o tyle Sołtysik zamienia relację matki i córki w przejmujące spotkanie dwóch niegdyś najbliższych sobie kobiet, które dzisiaj nic już nie łączy. Reżyserka potęguje tragizm, uśmiercając leciwą matkę, w dramacie cudownie ocalałą po upadku ze schodów. Natomiast druga z nietypowych postaci, Nadeżda, wprowadza ferment swoją beztroską naturalnością. Bohaterka grana przez Izabelę Kunę łamie konwenanse i nie daje się łatwo sklasyfikować, przez co wywołuje podejrzliwość i irytację pozostałych. To zresztą nie dziwi, skoro autorka sztuki zaplanowała dla Nadeżdy rolę medium łączącego świat żywych i umarłych. 

Choć wydawałoby się, że jest to postać stricte literacka, kreacja aktorki nie ma w sobie cienia fałszu. Nadeżda swoją pogodę ducha czerpie z tak błahych - z punktu widzenia innych - powodów, że dystans wywołany brakiem zrozumienia między nią a resztą bohaterów stale się powiększa. Świetna kreacja Kuny, poparta prawdziwą partyturą wystudiowanego ruchu i gestu, stanowi ozdobę widowiska. Co istotne, Nadeżda nie dominuje - Sołtysik tak wyreżyserowała spektakl, by każdy z aktorów znalazł się przez moment w centrum uwagi. Najlepiej wykorzystuje ten czas Kasia Paczyńska grająca Alegrę. Już samo wprowadzenie małej dziewczynki do profesjonalnej produkcji jest posunięciem obarczonym sporym ryzykiem. Jednak Kasia ani razu nie gubi tekstu, bezbłędnie panuje nad detalami swojej roli, a wykonanie utworu Cole\'a Portera "Night and Day" i jej taniec na stole stanowią jeden z lepszych fragmentów przedstawienia. 

Warszawska "Szarańcza" rozgrywa się wszędzie i nigdzie. Reżyserka nie wydziela aktorom przestrzeni gry - jedynym wyjątkiem jest oświecony neonowymi lampami bar "Pod Szarańczą", w którym spotykają się Maks i Nadeżda. Nieatrakcyjna wizualnie scenografia Izabeli Wądołowskiej okazuje się zaskakująco funkcjonalna. Stół, krzesła, rozkładane łóżko, a przed nim stolik i telewizor, małe krzesełka, lodówka, klozet - wszystkie te elementy wyposażenia mieszkania średnio zamożnej rodziny stają się makietą domu, wspólną matrycą wielokrotnego użytku, po której poruszają się bohaterowie. Podłogę i tylną ścianę wyłożono wykładziną imitującą jezdnię, by bez zmiany dekoracji odegrać scenę porzucenia ojca. 

Zamęt w tym układzie wprowadzają jedynie wielkie rury kanalizacyjne, początkowo umieszczone tuż przed widzami, a w czasie przedstawienia przesuwane coraz bardziej w tył. Sytuują one losy bohaterów albo pod ziemią, albo w mrowisku, ludzkim wielkomiejskim roju. O ile ta druga możliwość wydaje się uzasadniona, o tyle pierwsza uzyskuje słuszność tylko wtedy, gdy przywołamy słynny film "Underground" w reżyserii Emira Kusturicy. Jednak kontekst serbski, obecny w realizacji Natalii Sołtysik dzięki osobie byłego żołnierza Milana, nie potrzebuje chyba takiego rozbudowania. 

Reżyserka wprowadziła do sztuki dodatkową postać - figurę białego psa, ozdobę domowego salonu, ale też symbol zezwierzęcenia, zdehumanizowania świata. Obok niego na podłodze Dada stawia miskę z zupą dla męża, co stanowi najbardziej wyrazisty przykład relacji w rodzinie Ignjatoviciów. Sołtysik dobrze operuje metaforami - odważnie idzie za wskazówką Srbljanović, by opuszczonego Jovicia obsypać cukrem. Szkotak wykonał to dosłownie, podczas gdy Sołtysik faktycznie opuszcza na scenę monstrualną kostkę cukru. Staje się ona później sceną na scenie, ringiem w kulminacyjnym momencie zbiorowej ekspiacji bohaterów podczas imprezy u Frediego. Łączenie scen, wątków, motywów i ciągłe ich przeplatanie jest charakterystyczną cechą warszawskiego przedstawienia. 

Natalia Sołtysik nakreśliła smutny obraz współczesnego społeczeństwa, pełnego ludzi zaprogramowanych na sukces, skoncentrowanych tylko na sobie i swoich potrzebach. Jednak za jej realizacją nie kryje się prosta teza. Reżyserka rezygnuje też z zakończenia zaoferowanego przez dramatopisarkę. Woli pozostawić widza z efektownym zbiorowym wizerunkiem ludzkiej szarańczy, gdy wszystkie postaci i wątki jednocześnie ożywają na scenie. Sołtysik nie boi się ingerencji w trudny tekst sztuki, ma słuch na metaforę, nie idzie na skróty, wycinając trudniejsze partie, stosuje rozmaite techniki budowania dramaturgii i rozładowywania napięcia. Proponuje też własny, niełatwy w odbiorze język wypowiedzi scenicznej, którym konsekwentnie się posługuje. Dzięki temu udało jej się dotknąć prawdy, która w realizacji Pawła Szkotaka zabrzmiała tylko pustym frazesem.

Łukasz Rudziński
Teatr nr 2/02.2009
1 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia