Sznury

Przedstawienie bez opowiedzianej historii. Czy to możliwe?

W teatrze lubimy opowiadać historie. Taka jest nasza teatralna tradycja. Tropienie sensów, znaczeń, interpretacji, najpierw przez twórców, potem przez krytyków, wreszcie przez widzów. Jakby teatr był wyłączną przestrzenią do literackich analiz. A przecież literatura to tylko maleńki fragment teatru, może i najmniej ważny od przynajmniej 100 lat, kiedy teatr artystyczny uznano za sztukę wielotworzywową, łączącą różne elementy.

Niby uznano, ale wciąż o aktorach pisze się niewiele, o plastyce jeszcze mniej, muzykę co najwyżej się dostrzega, ruch pomija, obecność multimediów odnotowuje, lalek – bo o nich mówimy – coraz częściej nie zauważa. Czytam recenzje rozmaitych spektakli i właściwie nie umiem sobie nawet zarysować tego, co dzieje się na scenie. Wiem tylko o czym się opowiada.

To także uboczny efekt teatralnej zespołowości. Cały powojenny teatr lalek w Polsce zabijał jak mógł indywidualności. Przestrzeń dla rozwoju osobowości artystycznych była bardzo ograniczona. Liczył się reżyser, artysta odpowiedzialny za wszystko, co mogło się pojawić na scenie. I w efekcie pamiętamy reżyserów, których wkładu w nowoczesny teatr nie da się rzecz jasna umniejszyć. Dla samotnego artysty-lalkarza miejsca było niewiele lub wcale. Dość wspomnieć Andrzeja Dziedziula, być może jednego z najwybitniejszych, który – mimo nieprawdopodobnych sukcesów w drugiej połowie lat 60. XX wieku – skończył jako „banita", zmarł w samotności i dziś pamiętają o nim nieliczni.

Model teatru opowiadającego rozmaite historie jest wciąż najważniejszy. Zmieniło się nasze podejście do tekstu dramatycznego, jego dekonstrukcja stała się podstawą wielu poszukiwań teatralnych, twórcy niejednokrotnie odwołują się do wciąż powstających autorskich „metod" aktorskich, obficie korzystamy z technik improwizacji, wprzęgamy w spektakle całą nowoczesną technologię, ale rzemiosło, wirtuozeria indywidualna nie jest w cenie. Nawet w szkołach teatralnych uczymy nadal zespołowości, choć od lat nie ma już zespołów, próbujemy wykształcić aktora uniwersalnego, choć uniwersalność jest niczym więcej niż przeciętność, wszelkie przejawy indywidualnych predyspozycji gasimy i sprowadzamy do statystycznej średniej. Powstają oczywiście znakomite spektakle, bo teatr ma różne oblicza, ale solowego lalkarstwa można szukać ze świecą. A ono przecież, nie wykluczając możliwości snucia opowieści, czego niejednokrotnie dowodzili rozmaici mistrzowie na szczęście dość często pojawiający się w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach, daje największą szansę do pokazania kunsztu lalkarskiego, specyfiki tej profesji.

Bywa jednak w teatrze i tak, że opowieść nie jest istotą przedstawienia teatralnego. Jego uroda, a i siła, może wynikać z rozmaitych elementów, nie tylko z dobrze opowiedzianej historii. Taki właśnie spektakl pojawił się na ostatnim festiwalu lalkarskim w Bielsku-Białej. Mam na myśli Sznury Compagnie Alexis Rouvre z Belgii.

W pewnym sensie spektakl nie opowiada żadnej historii. Nie ma fabuły, linearnych następstw zdarzeń. Nie pada też żadne słowo. Jest aktor, muzyka i zwoje grubych okrętowych lin, leżących w kilku miejscach prawie pustej przestrzeni scenicznej. Nieco z prawej strony stoi wygodny fotel, w którym siedzi mężczyzna, wokół niego niczym pajęczyna zwisająca z sufitu rozciąga się kompozycja zbudowana z cienkich sznurków, z lewej strony ze sztankietu zwisa sznurowa instalacja przypominająca trochę rzeźbę, trochę jakiś współczesny totem, którego sensu możemy się tylko domyślać. Wszystkiego w tym spektaklu możemy się wyłącznie domyślać.

Przez chwilę, wraz z siedzącym aktorem kontemplujemy rzeczywistość sceniczną. Zagłębiamy się w siebie samych. Co nas napędza, co nami kieruje, czym są te liny na scenie, układane przez aktora wciąż w nowe kompozycje, animowane, cięte brutalnie siekierą, wiązane w supły i węzły, a od czasu do czasu uwalniające gdzieś spośród splotów białe kule. Czym są te kule? Ideami, które wytrysnęły znienacka? Pokusami, które odciągają uwagę od budowania klarownych kompozycji? Wszak jedną z nich aktor brutalnie zniszczy, przepoławiając i odrzucając zarazem. Każdy musi szukać własnej odpowiedzi. Będzie ona uzależniona od naszych doświadczeń, myślenia, chęci spotkania się (lub nie) z proponowanym spektaklem. Jeśli jednak poddamy się wyobraźni Alexisa Rouvre możemy doświadczyć niesamowitych wrażeń.

Z jednej strony spektakl dostarcza zajmującego materiału o ludzkiej naturze. Bycie człowiekiem nie jest proste. Poczucie komfortu niknie wobec zewnętrzności, wciąż atakującej, wciąż zaskakującej, którą tu symbolizują sznury. Jesteśmy narażeni na działanie dziesiątków impulsów, niektóre sami wywołujemy, szarpiąc się i miotając, budując sieć połączeń i zrywając wszelkie nici zarazem. Jednocześnie to nasz świat, w którym znajdujemy też radość, odczuwamy zachwyt, doświadczamy satysfakcji. Rzeźba-totem wisząca z lewej strony, po każdej niemal scenie wzbogaca się o nowy zwój lin, a aktor tuli się do niej, jakby pielęgnując własną pamięć. Te refleksje o ludzkiej naturze można mnożyć, bo to my – widzowie – jesteśmy współautorami spektaklu Rouvre'a. On sam podpowiada nam tematy, zachęca do lektury malując na scenie obrazy, ale ta mozaika wymaga naszego udziału, naszej akceptacji włączenia się w tworzenie sensu przedstawienia. Nie każdego musi to interesować, nie każdy widz chce podjąć taką asocjacyjną grę. Lecz nawet wówczas pozostanie mu cieszyć się innym wymiarem spektaklu.

Bo z drugiej strony, i ta jest nawet ważniejsza, spektakl jest popisem umiejętności ludzkich. Lalkarskich? W pewnym sensie, ale z pewnością animacyjnych. Alexis Rouvre pochodzi z rodziny cyrkowej, wychował się w świecie cyrku tradycyjnego, potem odkrył taniec, teatr fizyczny, sztukę żonglerki, akrobacje. Ukończył szkołę cyrkową i rozpoczął własną karierę. Jego poszukiwania doprowadziły go do animacji sznurów, lin różnej długości i grubości. I od dekady szlifuje te umiejętności. Dziś jest swoistym mistrzem w tej kategorii, a mistrzostwo zawsze wzbudza i szacunek, i podziw. Trudno sobie nawet wyobrazić ile kombinacji, cyrkowych tricków, niezwykle efektownych obrazów może wywoływać animacja liny. Wiązanie supłów pojedynczych, supłów wielokrotnych, na fruwających w powietrzu linach, tworzenie łańcuchów i warkoczy oplatających scenę, żonglowanie kawałkami ruchomych lin, wykonywanie tych czynności rękoma lub nogami, a nawet jednocześnie. Alexis Rouvre proponuje jakby monografię liny. Znajdując dla niej miejsce w sieci naszego układu nerwowego lub konstrukcji świata, dokonuje na scenie prezentacji rozmaitych możliwości wykorzystania wybranego materiału. Grube sznury splecione są z dziesiątków mniejszych i one też zostaną wykorzystane w spektaklu, może z nich powstać nawet bawełniany pył, kiedy wszystko wokół się rozleci.

Uczta dla wyobraźni! Mistrzostwo animacji! Perfekcyjny warsztat. Wirtuozeria wykonawcza. Nawet kiedy niektóre tricki nie wychodzą za pierwszym razem aktor próbuje dalej. I w tych kolejnych próbach jest niezwykle ludzki. I jednocześnie niezrównany.

Ileż dałyby lalkarzom cyrkowe ćwiczenia? W wielu krajach dostrzega się te związki od lat. Elementy cyrku są w programach szkół lalkarskich, a zespoły lalkarskie łączące aktorów, plastyków, tancerzy i cyrkowców to dziś już praktyka powszednia. Choć, rzecz jasna, nie wszędzie.

Marek Waszkiel
Blog Marka Waszkiela
2 czerwca 2018

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

9. Międzynarodowy Fest...