Sztuka protestu

"Czy pan to będzie czytał na stałe?" - reż. Michał Kmiecik - Teatr Polski we Wrocławiu

Genezy protestu rozpoczętego w marcu przez środowisko teatralne należy szukać we Wrocławiu. Punktem zapalnym stała się koncepcja wicemarszałka województwa dolnośląskiego Radosława Mołonia, który wystąpił z postulatem zastąpienia dyrektorów tamtejszych teatrów menedżerami ze świata biznesu. Plan ten miał objąć w pierwszej kolejności wrocławski Teatr Polski, Operę Dolnośląską oraz Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy - sceny liczące się i odnoszące sukcesy

Pomysł marszałka rozbudził obawy, że sztuce coraz realniej zagraża komercjalizacja, a co za tym idzie, przeobrażenie teatrów artystycznych w sceny rozrywkowe. Teatr Polski zareagował niemal natychmiast; brawa po każdym marcowym przedstawieniu w Teatrze Polskim były przerywane odczytaniem oświadczenia-sprzeciwu. Wrocławski protest szybko zaowocował solidarną, ogólnopolską akcją środowiska teatralnego. Podstawowym narzędziem sprzeciwu stał się list ludzi teatru „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”, pod którym do dziś złożono ponad cztery tysiące podpisów. Sygnatariuszami są młodzi reżyserzy i ich starsi mistrzowie, aktorzy, krytycy, teatrolodzy, pracownicy teatrów, a także widzowie. Kilka dni później protest rozpoczął się także w innych miastach, głównie w Warszawie, gdzie stołeczna polityka kulturalna zaczęła poważnie zagrażać tamtejszym scenom niekomercyjnym. Akcja sprzeciwu trwa do dzisiaj. Na Dolnym Śląsku wicemarszałek Mołoń wycofał się na razie ze swojej koncepcji, co jakiś czas odbywają się środowiskowe debaty i spotkania ludzi teatru z politykami. O efektach tych działań i ich ewentualnej trwałości trudno jeszcze przesądzać.

W spektaklu Czy pan to będzie czytał na stałe?” (tytuł spektaklu to pytanie, które zadał jeden z wrocławskich dziennikarzy Michałowi Opalińskiemu, gdy aktor odczytywał po jednym z przedstawień oświadczenie-sprzeciw) Michał Kmiecik i Marzena Sadocha również nie spekulują, jakie efekty przyniesie ostatecznie protest. Ich przedstawienie jest w nim za to bezpośrednio zakotwiczone i jest też kolejną odsłoną tego sprzeciwu. Można powiedzieć, że ma w sobie coś z docudrama i coś z wiecu. O niedawnych wydarzeniach opowiada za pomocą kolażu autentycznych wypowiedzi i tekstów. Przytacza genezę i dotychczasowy przebieg protestu oraz poglądy konkretnych osób dotyczące polityki kulturalnej. Aktorzy grają polityków, którzy w ostatnim czasie zabierali głos w teatralnej sprawie. Młody reżyser wskazuje ich wprost – ze sceny padają imiona i nazwiska. Cytowane są listy, oświadczenia i dokumenty; nie ma tu miejsca na fikcję, za to sporo zostaje na improwizację i spontaniczne reagowanie na zachowania publiczności. Otwarta, szkicowa forma spektaklu sprzyja takiej aktywności. Aktorzy wcielają się w polityków, ale są również na scenie prywatnie i mówią we własnym imieniu. To jeden z ważniejszych elementów przedstawienia; osobisty udział aktorów w wiecu (prawie strajku) pokazuje trochę inny niż zwykle, prywatny rodzaj obecności na scenie, który nie polega na wychodzeniu aktora z roli, ale odwrotnie – na wchodzeniu w nią jedynie od czasu do czasu. Ważniejsze jest bycie tu i teraz i zabranie głosu w sprawie.

Poza przywołaniem na scenie powodów protestu, Kmiecik i Sadocha przypominają również analogiczne wydarzenia z przeszłości, dając do zrozumienia, że obecna sytuacja nie jest odosobnionym, nagłym wytworem samorządowej polityki kulturalnej. Na początku wita nas wyświetlony na ekranie napis rodem z PRL-u – „Nasz zakład – nasz honor i duma”, co rodzi pytanie, czy pomost między dniem dzisiejszym a Polską z tamtych lat nie został przerzucony zbyt łatwo. Po spektaklu trudno mieć jednak wątpliwości, że taka analogia sama się narzuca, choć najchętniej traktowalibyśmy ją w kategoriach satyry. Po tym wstępie oglądamy archiwalne nagranie z teatru w Jeleniej Górze. Trzy lata temu zespół jeleniogórski urządził pogrzeb teatru, będący manifestacją przeciw odwołaniu Wojtka Klemma ze stanowiska dyrektora. W trumnie lądowały plakaty do przedstawień, które wraz z odejściem Klemma musiały zniknąć z afisza. Akcja okazała się prorocza: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze szybko przestał się liczyć na kulturalnej mapie Polski. Do tej sytuacji nawiązuje również scenografia autorstwa Karoliny Sulich (wspomina ją także Marcin Pempuś, który wtedy pracował w tamtym zespole). Scena została przykryta plakatami, tak właśnie, jak wówczas we foyer jeleniogórskiego teatru. Pozostałe elementy scenografii mają również za zadanie rodzić skojarzenia, tyle że z działalnością Teatru Polskiego. Nawiązania dotyczą przede wszystkim przedstawień, które są artystycznymi wizytówkami teatru.
W układzie sceny z centralnie umiejscowionym ekranem i ogólnym klimacie inscenizacji można dopatrzyć się dość odległych, ale rozpoznawalnych – i jak sądzę zamierzonych – nawiązań do Poczekalni.0 Krystiana Lupy, czy do Hansa, Dory i Wilka Michała Borczucha. Są też elementy kojarzące się od razu z Tęczową Tybuną 2012 Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego – najgłośniejszym obecnie spektaklem Polskiego. Podest, na którym siedzą aktorzy, przypomina nieukończoną stadionową trybunę, jest też taśma ostrzegawcza i zamierzony chaos rekwizytów na scenie. Zapożyczeń jest jednak znacznie więcej. Tęczowa Trybuna 2012, opowieść o absurdach polskiej wykrzywionej demokracji, pasuje jak ulał do tego interwencyjnego wiecu. Chwilami można odnieść wrażenie, że ogląda się post scriptum do sztuki Demirskiego. Michał Opaliński, który w Trybunie grał urzędnika, tu musi przemówić do podobnych biurokratów. „Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby państwo zrozumieli...” – zaczyna monolog. To zdanie powraca kilkakrotnie. Twórcy wykorzystują je, by zdemaskować problem, z którym sami się mierzą i który od początku towarzyszy całemu protestowi – brak właściwego języka, w którym można by sformułować czytelny i przekonujący dla obu stron komunikat. Opaliński mówi o tym, że kultura jest ważna i nie godzi się na państwo, dla którego się ona nie liczy.

Aby trafić do wyobraźni przeciwników, próbuje posługiwać się liczbami. Szybko kalkuluje, że każda wydana na kulturę złotówka zwraca się trzykrotnie. Buntuje się przeciw temu, że sztuka przegrywa ze stadionami, że odbiera się pieniądze teatrom, a trzy i pół miliona złotych bez problemu wydaje na zasypanie dziury przy wrocławskim stadionie, bo ktoś nie postawił na czas kolejnej galerii handlowej. „Mam swój bunt w tej sprawie. Jestem oburzony” – kontynuuje Opaliński. Na reakcję widowni nie trzeba długo czekać. Już przy słowach o kosztownej dziurze z widowni słychać okrzyki „skandal!”, „hańba!”, a gdy aktor mówi: „nie chcę w takim społeczeństwie żyć”, siedzący na widowni Bogusław Litwiniec, twórca wrocławskiego Międzynarodowego Festiwalu Teatru Otwartego, przedstawiciel kontrkultury lat sześdziesiątych i siedemdziesiątych, wykrzykuje: „ja też nie chcę!”. Co z tego jednak, że nie chcemy, skoro w urzędach rozmowa wygląda tak, jak ta w scenie Ewy Skibińskiej i Rafała Kronenbergera, wcielającego się w przyrośniętego do biurka marszałka. Skojarzenie ze sceną z Szosy Wołokołamskiej w reżyserii Barbary Wysockiej (kolejnego cenionego przestawienia Teatru Polskiego) samo się narzuca. Po absurdalnej wymianie zdań, w której aktorka próbuje podkreślać sukcesy teatru na zagranicznych festiwalach, a marszałka obchodzi jedynie niewyczyszczony komin teatru i zbyt drogie szminki i staniki zakupione do przedstawienia, Kronenberger wygłasza pamiętny monolog z Szosy Wołokołamskiej. Skibińska urzędnikom odpowiada słowami Moniki Strzępki: „Czy ty siebie słyszysz, człowieku? Kto ci tę rolę napisał? Kto cię reżyseruje? Kto cię, kurwa, hodował i na jakiej grządce?” oraz słynnym cytatem z wywiadu udzielonego przez reżyserkę podczas tegorocznych Warszawskich Spotkań Teatralnych (gdzie protest osiągnął kulminację) w radiu TOK FM: „Ja już się tak wkurwiłam, że aż osłabłam z tego wszystkiego”. Skibińska poza chwilowym odgrywaniem Strzępki jest tu po prostu sobą – znakomitą aktorką, która „mówi Szekspirem”, czyli językiem ignorowanym przez urzędników. W przywołanej przez Kmiecika scenie prób do Hamleta przedstawicielka urzędu (Halina Rasiakówna) w porozumieniu z dyrektorem-menedżerem (Igor Kujawski) wstrzymują premierę. Powody są oczywiste – Hamlet (Adam Szczyszczaj) jest nagi, a skoro „to jest o śmierci, to bardzo niedobrze”. Ten moment teatralnego wiecu to działanie ku przestrodze. Trudno bowiem zapomnieć o wiszącej nad teatrami groźbie, gdy z offu słychać nagranie radiowego programu, w którym Hanna Gronkiewicz-Waltz ze stoickim spokojem przyznaje, że środki zabrane stołecznym instytucjom kultury wyda na zorganizowanie Strefy Kibica podczas Euro. Niewiele lepiej brzmią przywołane na scenie słowa Marka Kraszewskiego, szefa Biura Kultury m. st. Warszawy, który twierdzi, że „kultura jest nieobowiązkowa” oraz list wiceprezydenta Warszawy Włodzimierza Paszyńskiego, który postanowił nauczyć ludzi kultury, czym jest „kanon literacki”.

Przy tych wszystkich kompromitujących władze wypowiedziach jak żart brzmią odczytywane przez prezydenta Bronisława Komorowskiego sztampowe i egzaltowane życzenia na Międzynarodowy Dzień Teatru. Parę prezydencką, mówiącą o „magii teatru” i winszującą artystom w dniu ich święta, genialnie zagrali Tomasz Lulek i Halina Rasiakówna. Życzenia władz dla ludzi teatru są zresztą swoistym lejtmotywem tej inscenizacji. Michał Mrozek mechanicznie (i z fantastyczną gestykulacją) odczytuje kilkakrotnie treść tegorocznych życzeń wysłanych przez wicemarszałka Mołonia do dyrektorów dolnośląskich teatrów. Tekst był powielany; kierująca Operą Dolnośląską Ewa Michnik otrzymała list zaczynający się od słów: „Szanowny Panie”. Mimo że postaci polityków są niekiedy rysowane grubą kreską, Michał Kmiecik nie tworzy satyry czy kabaretu. Celem inscenizacji nie była również kompromitacja urzędników. Co prawda, za sprawą cytatów, nie dało się jej uniknąć, ale tym bardziej nie trzeba było się o nią w żaden sposób starać. Przedstawiciele naszej władzy mówią tu sami za siebie. Absurd goni absurd, trudno więc się dziwić, że oprócz oburzenia i poruszenia, na widowni słychać raz po raz także wybuchy śmiechu. Siedzący w pierwszym rzędzie Radosław Mołoń również się uśmiechał. Może dlatego, że – jak zdradził dziennikarce lokalnej „Gazety Wyborczej” – w Teatrze Polskim był po raz pierwszy.

Interwencyjny spektakl Kmiecika i Sadochy w dniu premiery zgromadził tłumy. Byli to przede wszystkim ludzie związani ze środowiskiem teatralnym, czyli publiczność, która w tym sporze i tak staje w obronie teatru. Dlatego dobrze się stało, że spektakl wszedł do repertuaru Teatru Polskiego (początkowo był pomyślany jako jednorazowe wydarzenie). Twórcy zapowiedzieli, że przedstawienie będzie się zmieniać w zależności od tego, co będzie się działo w sprawie teatru. Żeby to wydarzenie miało sens i szansę oddziaływania, powinna je oglądać szeroka publiczność. I to nie tylko teraz, kiedy o proteście jest głośno i wzbudza on emocje, ale także później, ku przypomnieniu i przestrodze. Mam wrażenie, że dopiero wtedy teatralny wiec Kmiecika będzie miał szanse zmienić się z happeningu na czas protestu w prawdziwą sztukę protestu.

Aleksandra Konopko
Didaskalia 109/110
17 sierpnia 2012

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...