Sztuka zasypiania

"Przemiany" - reż. Adolf Weltschek - Teatr Groteska w Krakowie

Widowiska plastyczne to rzeczy o największej sile wyrazu. Pełne piękna, symboli, odniesień. Tworzą zwykle na scenie pewne uniwersum – małą enklawę, będącą szeroką metaforą, zrozumiałą dla widza niezależnie od wieku czy kraju, z którego pochodzi. Teatr plastyczny przeważnie zabiera nas w jakąś krainę, wsącza się w wyobraźnię. Z tego powodu do dziś dziwi mnie, że „Przemiany" w reż. Adolfa Weltscheka zabrały mnie jedynie w krainę autentycznego snu.

Po zgaszeniu światła, przed widzem wyrasta kolorowa „czwarta ściana". Taka prawdziwa, zamykająca w niejakim scenicznym „akwarium" tancerzy, oblanych światłami pokazywanych od początku do końca spektaklu wizualizacji – ich zadaniem jest stworzenie scenografii. Na horyzoncie mamy ekran, który miniaturyzuje obrazy, widoczne tuż przed oczami. Po jakimś czasie wizualizacje stają się trochę irytujące – gdyby coś się stało, gdyby nagle ta granica została przerwana. Niestety tak się nie dzieje: mamy bezwzględny podział na świat sceniczny i widza.

Widoczne na scenie białe (oświetlone na niebiesko), nieforemne kształty, zaczynają się powoli poruszać. Z elastycznych brył, przypominających kamienie lub zarodki wyrastają ludzie. Zaczynają tańczyć. Mam wrażenie, że scena przedłuża się. Zapadam w sen, bynajmniej nie z niewyspania. Dystans, zza którego patrzę na to, jest za duży. Widowisko nie wchodzi we mnie.

Od pierwszych minut urzeka mnie jednak muzyka (ukłony dla Jerzego Kluzowicza). Ona sprawia też, że drzemka w za ciasnym fotelu (widownia budowana była chyba jednak z myślą jedynie o dzieciach) jest przyjemna. Ze spektaklu widzę około połowy. Jeśli świat sceniczny mnie nie porywa, to oglądanie widowiska na siłę jest męczące, zmysły wyłączają się. Nurtuje mnie pytanie o banał – czy „Przemiany" naprawdę są spektaklem jedynie o przemijaniu, upływie czasu, obserwowanej przez każdego z nas zmianie pór dnia i roku? Fabuła zahacza też jakby o historię, ponieważ na scenie widzimy też wojowników oraz średniowiecznych tułaczy. Nie ma tu jednak żadnej linearności, żadnej logiki (nawet pokrętnej!) w doborze kolejności scen. Może też jest ona zbyt nieczytelna, żeby ją zauważyć.

Niezwykłym, lirycznym fragmentem jest taniec młodych – kobiety i mężczyzny. W ruchu jest lekkość, a pokazanie niełatwego związku między kobietą i mężczyzną ogląda się z przyjemnością. Należy tu właśnie wspomnieć o aktorach-tancerzach. Na scenie nie pada ani jedno słowo. Jednak słów tu nie brakuje, ponieważ tancerze są bardzo sugestywni. Należy im się wielka pochwała dla talentu i warsztatu. Patrząc na uśmiechniętych artystów, którzy po spektaklu wyszli przed scenę, kłaniając się, zrobiło mi się strasznie szkoda. Wrażenie niewykorzystania środków i przerost formy nad treścią sprawiło, że oni trochę zginęli. W wizji, która była zbyt mało sprecyzowana, żeby ten konkret złapał widza i trzymał go z szeroko otwartymi oczami do końca.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
20 grudnia 2014

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...