Szymanowski w Bastylii, Warlikowski w Szczecinie?

rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim

Rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim.

To już czwarta pańska premiera w Paryżu. Tym razem "Król Roger" Szymanowskiego, w którym podejmuje pan problem relacji dwóch światów i kultur, Zachodu i Wschodu. Skąd taki pomysł? 

- Ja sam jestem starciem Zachodu ze Wschodem, bo pochodzę z Polski i w pewnym sensie jestem osadzony we Francji, więc mam w sobie dwie kultury. Zawsze jednak staram się być - jeśli tak można powiedzieć - ambasadorem wizerunku Polaka na Zachodzie, pokazać - na ile to możliwe - co Polak myśli i czuje. Moja kolejna premiera w Paryżu, opera "Król Roger" Szymanowskiego, jest kontynuacją moich koncepcji artystycznych i postawy osobistej. W tym sensie nie ma w niej nic nadzwyczajnego. 

Jak pan wybiera kolejne sztuki teatralne czy opery? Czy jest w tym jakiś klucz? 

- Jest wielka machina operowa, którą ja raczej nie steruję. Ale obecnie 

mam możliwość odpowiedzieć "tak" lub "nie" na konkretną propozycję. Realizacji poprzednich spektakli operowych w Paryżu: "Ifigenii wTaurydzie", "Parsifala" i "Sprawy Makropoulos", podjąłem się po wielu spotkaniach i rozmowach, pracując równocześnie nad innymi sztukami teatralnymi. Propozycję zrealizowania "Króla Rogera" w Paryżu złożono mi wiele lat temu. Aż w końcu - moim zdaniem - nadszedł właściwy moment na premierę. 

Pańska poprzednia premiera, "Parsifal" Ryszarda Wagnera, była różnie odbierana w Paryżu. Krytyce świeckiej nie podobał się wielki znak krzyża, obejmujący całą scenę i widownię Opery Bastylia. To było wyzwanie i akt odwagi. 

- Można oczywiście dyskutować z krytyką i jej ocenami, zastanawiać się, do jakiego stopnia ten gest sceniczny byt chrześcijański, ale jeśli chodzi o "Parsifala", mowa była o oryginalnym rytuale, takim, jaki spotykamy u Greków, jaki znam z kościoła katolickiego. Byłem kiedyś ministrantem i rytuał wiary oddziaływał na mnie bez wątpienia. Byłem i jestem dwoisty: i religijny, i świecki. Tak odbierałem też sztukę Wagnera, jako rzecz o dwoistości duszy ludzkiej. 

Zachodnia krytyka zauważa jednak często wyłącznie pierwiastek świecki. A ja mam wrażenie, że polskość, widoczna w pańskich nowoczesnych spektaklach, pozwala publiczności Zachodu dostrzec właśnie ową duchową dwoistość kultury. 

- W kulturze polskiej element mistyczny był bardzo mocno obecny szczególnie przed wojną, był częścią myśli i ducha polskiego. Wojna to niestety strasznie wypleniła. Po jej okropnościach Polacy chcieli otrzeźwieć i działać tak, żeby nigdy więcej nie dopuścić do czegoś tak złego. Na szczęście nie daliśmy się "wyprostować", oderwać od mistycyzmu, być trzeźwi i cyniczni zarazem. No, w każdym razie ja nie jestem. 

Wśród pańskich realizacji są także przedstawienia autorów żydowskich. Przed wojną kultura żydowska była integralną częścią kultury polskiej. 

- Międzywojnie było chyba najbogatszym okresem naszej kultury. Współtworzyliśmy wtedy państwo wielokulturowe, a wielość jest zawsze skarbem kultury - tak to jest na przykład we Francji. Niestety, ów skarb, owo bogactwo kultury polskiej utraciliśmy w czasie drugiej wojny i po wojnie. Po wojnie częściowo przez nas samych, choć w przeważającej mierze skutkiem działań ówczesnego układu politycznego. Myślę, że dużo utraciliśmy. Wymownym tego przykładem było milczenie o kulturze żydowskiej od końca wojny aż po schyłek 

reżimu komunistycznego. Właściwie dopiero teraz, w wolnej Polsce, zaczynamy o tym mówić. Młode pokolenie ujawnia dziś swoisty niepokój z powodu braku wielokulturowości we współczesnej kulturze polskiej. W wielokulturowości nie widzi zagrożenia dla polskości i to jest pozytywne. 

Pańskie realizacje teatralne i operowe są bardzo nowatorskie. Ich rozmach to zasługa niezawodnej Małgorzaty Szczęśniak, z którą współpracuje pan od lat. 

- Nie potrafię nikogo lepiej zrozumieć i nikt inny nie potrafi mnie lepiej zrozumieć - i w życiu, i na scenie. Wiele zawdzięczam Małgorzacie. 

Co przygotowuje pan na nowy sezon? 

- W paryskim Teatrze Odeon będzie premiera sztuki "Tramwaj zwany pożądaniem" z Isabelle Huppert i Andrzejem Chyrą w rolach głównych. 

Spotykamy się nad Sekwaną po... trzydziestu latach. Naszym miastem rodzinnym jest Szczecin. Czy bywa pan w mieście nad Odrą? 

- Niestety nie. W pewnym sensie uciekłem stamtąd wiele lat temu, ale obecnie czuję, że... muszę tam powrócić. 

Dziękuję za rozmowę. 

Krzysztof Warlikowski, ur. w 1962 r. w Szczecinie, debiut reżyserski w Krakowie (19921), następnie współpraca z Krystianem Lupą, Peterem Brookiem i Giorgio Strehlerem. Od lat współpracuje z Małgorzatą Szczęśniak, absolwentką ASP (1972) i Wydziału Psychologii UJ w Krakowie (1976), W warszawskim Teatrze Rozmaitości wspólnie zrealizowali m.in. "Hamleta" Szekspira i "Dybuka" Szymona Anskiego i Hanny Krall, następnie pracowali w teatrach m.in. w Awinionie, Berlinie, Wiedniu, Nowym Jorku, Brukseli, St Petersburgu. Nowatorskie realizacje oper w Teatrze, Wielkim w Warszawie i na scenach paryskich przyniosły Krzysztofowi Warlikowskiemu w 2008 r. Europejską Nagrodę Teatralną, a realizacja sztuki "Kroum" H. Lenina - prestiżowe wyróżnienie amerykańskiego tygodnika "Village Voice". Na nowy sezon teatralny 2009/2010 Warlikowski zapowiada przygotowanie projektu "Apollonia" (montaż tekstów m.in. Ajschylosa, Eurypidesa, Hanny Krall i Rabindranatha Tagore), który zostanie zaprezentowany na festiwalach Wiener Festwochen i Festival d\'Avignion, a w paryskim Teatrze Odeon - premierę sztuki Tennesee Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem".

Dariusz Długosz
Kurier Szczecinski
22 lipca 2009

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia