Tajwański Słowik na polskiej scenie

"Słowik" - reż. Chia-yin Cheng - Teatr Powszechny w Radomiu

Bez wątpienia jedną z najciekawszych, jakie w tym sezonie zaprezentował radomski Teatr Powszechny był „Słowik" tajwańskiej reżyserki młodego pokolenia Chia-yin Cheng, która jest dyrektorem artystycznym Puppet & Its Double Theater. Co sprawiło, że nie tylko najmłodsi widzowie nie mogli oderwać wzroku od sceny i dlaczego tak trudno zrealizować naprawdę dobry teatr dla każdego?

To, co zachwyca już na samym początku to kunsztownie wykonane lalki. Do Radomia przyjechały aż z Tajwanu, wykonane na specjalne zamówienie. Urokliwa dziewczynka, która w marzycielski sposób łapie nadlatujące motylki, ociekający złotem Cesarz i jego interesujące rozmowy z dworzaninami, ale przede wszystkim tytułowy słowik – sprawiły, że publiczność z łatwością mogła się przenieść w zaczarowany świat Hansa Christiana Andersena. Co ciekawe, słowik zachwycał przede wszystkim swoją skromnością – umieszony na delikatnej gałązce, na początku niemal niedostrzegalny, jednak to on stanowił główną oś spektaklu. Takie zresztą było założenie Andersena, autora tej baśni – to nie wygląd zewnętrzny jest ważny, tylko to, co każdy z nas ma w środku. Piękno i mądrość wypływają z głębi serc, a w przypadku słowika ich urzeczywistnieniem staje się cudowny śpiew, o którym krążą legendy w całych Chinach. Zaciekawiony tym faktem Cesarz postanawia sprowadzić na swój dwór tego opierzonego śpiewaka. Śpiewem słowika zachwycają się dosłownie wszyscy do momentu, w którym nadchodzi prezent od cesarza Japonii – mechaniczny słowik, mieniący się tysiącem różnobarwnych, sztucznych kamyków. W tym momencie na scenie pojawił się ekran, z którego mechaniczny ptak wydobywał swoje dźwięki – wprawdzie harmonijne, ale już nie tak wzruszające jak śpiew prawdziwego słowika. Jak to w życiu często bywa, to, co sztuczne szybko niszczeje. Podobnie dzieje się z japońskim podarunkiem – mechaniczny słowik w pewnym momencie po prostu się psuje. Dopiero wtedy Cesarz i jego poddani uświadamiają sobie, że prawdziwe piękno, radość i zadowolenie dawał im nikt inny jak niepozorny, szary ptaszek z pobliskiego lasu.

Chia-yin Cheng doskonale wykorzystała każdy fragment niewielkiej sceny Fraszka. Na proscenium znajdowało się wydzielone miejsce, na którym toczyła się główna akcja. Dodatkowo, z różnych miejsc kulis wynurzały się poszczególne postaci, nadające spektaklowi klimat baśniowy i zaczarowany. Poza klasycznym teatrem lalek i masek wykorzystany został zjawiskowy teatr cieni, tym doskonalszy, że znakomicie komponujący się z grą świateł. Na rozciągniętych białych prześcieradłach widzowie podziwiali raz malejące, raz powiększające się kształty poszczególnych mieszkańców pobliskiego lasu – koniki polne, żabki, kaczki i inne stworzenia zaciekawiały nie tylko najmłodszych widzów. Zwieńczeniem okazała się niezwykle klimatyczna muzyka Piotra Salabera, doskonale budująca nastrój baśni Andersena. W wypadku tego rodzaju przedsięwzięć niezwykle łatwo przedobrzyć – muzyki może być albo za dużo, albo po prostu za mało. W wypadku radomskiego „Słowika" nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Nastrojowa muzyka pojawiała się w bardzo dobrze wybranych momentach i cichła z wolna, gdy wymagała tego sceniczna sytuacja.

W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o najpiękniejszym, a zarazem najbardziej niepokojącym momencie całego przedstawienia. Mam tu na myśli scenę, w której chiński Cesarz zapada w sen i przychodzi do niego Śmierć. Może się wydawać, że tak trudne tematy nie są najbardziej fortunnym wyborem dla młodego widza, jednak nic bardziej mylnego, zwłaszcza jeśli przedstawione zostaną w sposób nie straszny, ale pouczający i zjawiskowy zarazem. Białe, płócienne łoże cesarskie zaczęło w pewnym momencie falować i nabierać kształtów pewnej postaci. Pojawiły się świdrujące ręce i zamaskowana twarz – nadeszła Śmierć zdeterminowana do zabrania ze sobą Jego Cesarskiej Mości. Przyciemniona scena współgrała z przygaszonymi światłami o zimnych kolorach. Jestem pewna, że nie tylko Cesarz doznał w tej chwili momentów grozy. Znakomity dialog władcy ze Śmiercią i rozgrywająca się w tle muzyka, przypominająca walkę dobra ze złem, zaowocowały najlepszą sceną spektaklu. Aż trudno było uwierzyć, że po tych kilku niezwykle intensywnych momentach możliwym stanie się powrót do spokojnych, pełnych barw i nostalgii Chin. Chia-yin Cheng udało się i to. „Nawrócony" Cesarz zrozumiał błąd, jaki popełnił i przyjął słowika z powrotem na swój dwór. Od tej pory w Cesarstwie zapanował spokój i ład, bo znakomity słowik nie tylko pięknie śpiewał, dzięki swej mądrości stał się też wybornym doradcą Cesarza w sprawach państwowych.

Jednak kunsztowne i urokliwe lalki oraz maski, czy niecodzienna scenografia (Meng-huan Lin, Mong-Han Liang) nie zbudują doskonałego przedstawienia, jeśli nie pojawią się profesjonalni animatorzy, którzy będą potrafili współpracować z reżyserem. Warto zauważyć, że mieliśmy tu do czynienia ze współpracą na pozór niezwykle trudną – pochodząca z Tajwanu Chia-yin Cheng i polscy aktorzy to przecież dwa zupełnie różne światy, odmienne kręgi kulturowe, nie wspominając już chociażby o języku. Na szczęście i na tym polu udało się wiele dokonać. Zespół, w skład którego wchodzili Magdalena Witczak, Paulina Moś, Alan Bochnak, Przemysław Bosek i Robert Mazurek bardzo profesjonalnie i z niezwykłą starannością podszedł do swojego zadania. Animowane przez nich lalki ożywiały na scenie i stały się niezwykle przekonujące nie tylko dla najmłodszej publiczności. Dodatkowo, potrafili poradzić sobie z wymagającymi maskami i częstymi zmianami dekoracji. Ich ruchy były niezwykle stonowane, momentami nawet wypełnione swoistą pobożnością. Każdy miał dokładnie określone zadanie i wiedział, jaka rola została mu powierzona.

Podobnie jak baśń „Słowik" Andersena nie jest skierowana tylko dla dzieci, tak i „Słowik" – najnowsza propozycja Sceny Fraszka to gratka dla każdego. Jedyna uwaga, to fakt zbyt małej interakcji z najmłodszą publicznością, która była do tego uprawniona, zważywszy na moment, w którym aktorzy zachęcali dzieci do pomocy w odgadnięciu, jak nazywa się ten cudnie śpiewający ptaszek. Widać było, iż maluchy chętnie odpowiadały, dostrzegłam również, że czekały na więcej. Jednak to wyjście do publiczności okazało się jedyne. Szkoda.

Chia-yin Cheng zaprezentowała w polskim teatrze owoc współpracy, która na długo pozostanie w pamięci. To nie tylko porządny teatr, ale także dowód na to, iż nie potrzeba krzyków, mikroportów, ostrych świateł, czy ciągłego prowokowania, by zrealizować coś, co jest w stanie zachwycić. Oby polscy twórcy mieli to na uwadze także w przedstawieniach na scenach "dorosłych".

Dzieki zaproszeniu do współpracy artystycznej młodej reżyserki, mielismy okazję poznać interesujące techniki pracy z lalkamu, ciekawy rodzaj aktorstwa, reprezentowany w Radomiu przez  inną, a jakże interesującą i piekną kulturę traktowania teatru.

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny
8 stycznia 2015
Portrety
Chia-yin Cheng

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski