Tak teatr uczy się mówić

"Beatrix Cenci" - reż.M.Sobociński - Teatr im. Słowackiego Kraków

To się zaczęło od królików. Potem było coraz głębiej, coraz bardziej. Jak podlotek, z wypiekami na policzkach odkrywający, kompletnie obcą jeszcze do niedawna, krainę erotyzmu, tak ja w najwyższym podnieceniu śledziłem każde nowe przestępstwo artystyczne Lyncha. Dlaczego?

Pewnie przez znudzenie tanim moralizatorstwem, rozdętą patosem i powagą sztuką, kuglarstwem odwracającym uwagę od pustki artystycznej.. A tam był brud. Straszny, pozbawiony komentarza, prawdziwy. To jak spacer jesiennym wieczorem główną alejką Auschwitz .

Bez wątpienia dramat Juliusza Słowackiego „Beatrix Cenci”, opisując przerażające  (na dodatek prawdziwe) losy XVI -  wiecznej rzymskiej rodziny Cencich, w której to okrutny ojciec gwałci swoją córę, a jego żona namawia dzieci do zabicia go (syn odmawia, córka jednak morduje ojca), posiada treść tak dramatyczną i intensywną, że nie potrzebuje innych „wzmacniaczy wyrazu”. Sztuką natomiast jest wydobyć z tej  historii, sprzed ponad 500 lat, fascynujące piękno jej mrocznej istoty, a to właśnie, w moim przekonaniu, nie udało się w pełni Maciejowi Sobocińskiemu - reżyserowi inscenizacji wystawionej w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. 

Przyznacie chyba państwo, że koncept współczesnej aranżacji klasycznego dramatu nie jest na naszej scenie teatralnej zjawiskiem oryginalnym. Po obejrzeniu „motocyklowego” spektaklu „Romeo i Julia” Józefowicza z obawą zacząłem podchodzić do tego typu przedsięwzięć, toteż z niepokojem patrzyłem na zwoje folii aluminiowej, ekrany, wyświetlacze, ruchome podesty na deskach Słowackiego. Moje obawy były niestety słuszne. Sobociński zrobił show. Wszystko fruwało, wyło, tańczyło, migotało, skakało. Drażniły niczym nieuzasadnione zabiegi, na przykład, kiedy podest z aktorami to podjeżdżał, to oddalał się od widowni, to ponownie zbliżał. Mikroporty wiszące przy twarzach aktorów nie zdały najwyraźniej egzaminu, bo wiele kwestii było po prostu niezrozumiałych. Niemniej nie sposób przejść obojętnie wobec perfekcyjnie dopracowanej strony technicznej spektaklu. Widać tutaj rękę profesjonalistów, a mieli oni dużo pracy, bo i reżyser nie zadowala się opatrzonymi trikami. Brawa za realizację światła, choreografię, efekty specjalne. Wiele osób miało zastrzeżenia do muzyki, mnie jednak Bolesław Rawski nie rozczarował, wręcz przeciwnie. Oprawa muzyczna byłą wyważona, przemyślana. Świetnie komponowała się z surową scenografią. Kolejna rzecz to ciekawe stroje, które w znacznym stopniu dodawały postaciom tajemniczości, tworzyły klimat mrocznej baśni. Bardzo dobrze, że nawiązywały one do epoki, z której wywodzi się tragiczna historia Cencich (choć pozostawianie „garści staroci” we współczesnych adaptacjach staje się już chyba manierą, przypomnijmy choćby wystawiane dwa lata temu w Słowackim  „Wesele” w reżyserii Gezy Bodolaya).

Kakofonia znaczeń, form, obrazów niemal całkowicie zagłuszyła Słowackiego. Odniosłem wrażenie jakby wzięto z niego tylko to, do czego dało się zrobić jakiś fajny trik, fajerwerk, reszty zwyczajnie nie ma.  Tak jak w telewizyjnym show, tak tu gra aktorska, emocję są przerysowane, żeby nie powiedzieć kreskówkowe. Nienawiść to nienawiść, cierpienie to cierpienie. Przestrzeń kreacji aktorów jest sterylna, brak w niej światłocieni, rozedrgania. Na pochowały zasługuje Dominika Bednarczyk (tytułowa Beatrix). Jako jedyna stworzyła dostrzegalną głębie osobowości swojej postaci. Warto również wspomnieć o profesjonalnej narracji Janusza Szydłowkiego oraz, a może przede wszystkim, o niespotykanej świeżości, jakiej przyczynił sztuce Radek Krzyżowski (Giano Giani). Osobiście jestem zdania, że to właśnie on najlepiej zrozumiał zamysł artystyczny reżysera, czego dowodzi fakt niezwykłej swobody poruszania się w przestrzeni swojej kreacji. 

„Beatrix Cenci” w reżyserii Macieja Sabocińskiego to wydmuszka: ciesząca wzrok, kolorowa, jaskrawa, ale pusta. Ogromny potencjał dramatu Słowackiego został potraktowany ,co najwyżej, jako pretekst dla zademonstrowania najnowszych zdobyczy technicznych jakimi dysponuje dziś tatr. Tak można byłoby powiedzieć... ale, ale jest coś jeszcze. Coś, na pierwszy rzut oka niewidoczne. A mianowicie przedzierająca się przez sztukę prawda o konieczności zmiany języka teatru, o jego zmęczeniu, wytarciu, o tym, że dla młodych wychowanych na „tabloidowo- multimedialnej” pop kulturze teatr staje się niezrozumiały, fałszywy, tchnący naftaliną. Sobociński nie zamyka się w ostatnim bastionie starego świata teatru, on wychodzi naprzeciw, próbuje mówić w nowym języku . A język ten jest jeszcze młody, wiele musi się nauczyć, wciąż wiele popełnia błędów, jednak to właśnie od takich artystów zależeć będzie przyszłość teatru, jego istnienie w ogóle. To wielka odpowiedzialność.

 „Beatrix Cenci” w reżyserii Macieja Sobocińskiego została ciepło przyjęta przez widzów.To nie znaczy, że była sztuką wybitną. W moim przekonaniu miała wiele słabych stron. Znaczy to jednak, że taki język teatru trafia do współczesnego społeczeństwa i głęboko wierzę, że spektakl ten jest kamieniem zrzuconym z urwiska, bryłą zdolną do pociągnięcia za sobą łańcucha zdarzeń, w wyniku których teatr odzyska swoją dawno pozycję w dobie telewizyjnych show, internetowych blogów i błyszczących neonów.

Druga nagroda w Konkursie na recenzję spektaklu „Beatrix Cenci”.
Jakub Goczał - uczeń klasy III B, Liceum Ogólnokształcące nr 1 im. Marcina Miechowity w Wadowicach

Jakub Goczał
Materiały Teatru
10 czerwca 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia