Taka miłość się nie zdarza

Krzysztof i Agnieszka Globiszowie

Agnieszka była zagorzałą fanką Krzysztofa Globisza i często chodziła na spektakle, w których grał. W końcu los zetknął ich w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami. - Powinniście wyjść stąd razem i już nie wracać! - miał im powiedzieć Piotr Skrzynecki. Twórca legendarnego kabaretu zauważył bowiem, że świetnie się ze sobą dogadują. Szybko okazało się, że się nie mylił... Są razem do dziś i wspierają się w dobrych i trudnych momentach.

To, co przed niemal trzydziestu laty urzekło Globisza w swojej przyszłej żonie, to nieprawdopodobny spokój i opanowanie. Dla niego, choleryka i nerwusa, ktoś taki nie mógł pozostać obojętny. Już wtedy przeczuwał, jak zbawienny wpływ na jego życie może mieć wysportowana i inteligentna absolwentka akademii fizycznej. Nie bez znaczenia był fakt, że Agnieszka podziwiała jego talent i kochała teatr. - Kiedy zorientowałem się, że Agnieszka jest spokojna i wyrozumiała, powiedziałem sobie: "Tak, kogoś takiego szukałem". Miałem wiele koleżanek aktorek i wiedziałem, że wśród nich nie znajdę partnerki na życie - wspominał początki Krzysztof.

Ich małżeństwo uchodziło za zgodne i szczęśliwe. Byli dobraną, uzupełniającą się i kochającą się parą: on ciężko pracował, ona dbała, by niczego mu nie brakowało. Na krakowskim Salwatorze stworzyła pełen ciepła dom. W wolnych chwilach uwielbiali wędrówki po tatrzańskich szlakach, które odwiedzali regularnie co tydzień. - Moja żona to jest centrum świata - powtarzał na każdym kroku aktor, który kiedyś wyznał, że żadna rola nie miała dla niego tak dużego znaczenia, jak udana rodzina. Doczekał się dwóch synów, a po kilkunastu latach w podkrakowskiej Kopytkówce zbudował wymarzony wiejski dom, gdzie przeniósł się z żoną na stałe.

- Z Krzysiem i Agnieszką zawsze śmiał się cały świat. Nawet jak miał kiepski humor albo, jak mawiała Agnieszka, "łapał czupurka", to i tak wszystko zazwyczaj kończyło się wesoło. Oni byli, wciąż są, jak jin-jang, różnili się i cudownie uzupełniali - mówił w jednym z wywiadów Artur Więcek, reżyser i scenarzysta realizowanego właśnie filmu "Prawdziwe życie aniołów". Filmu o Krzysztofie Globiszu i jego walce o powrót do zdrowia. W lipcu 2014 roku aktor przeszedł bowiem udar i nie dawano mu szans na powrót do normalnego życia. Miał sparaliżowaną prawą stronę ciała, zaburzenia mowy, nie rozpoznawał też ludzi i rzeczy. Wielu bliskich straciło nadzieję, że uśmiechnięty i energiczny Krzysztof jeszcze kiedyś wróci. Ale nie ona.

Optymizm, uśmiech i pogoda ducha nie opuściły Agnieszki nawet w tych najtrudniejszych chwilach. Wierzyła, że ukochany mężczyzna wróci do zdrowia. - Był bardzo waleczny. Jest dla mnie bohaterem - powiedziała, kiedy jego stan zaczął się powoli poprawiać. Ich najbliżsi są przekonani, że gdyby nie ona, jego powrót do zdrowia nie byłby możliwy. Przez długie miesiące opiekowała się nim, woziła na rehabilitację i dawała nadzieję. Codziennie wykonywała tytaniczną pracę, ale nigdy się nie skarżyła. W ciężkich chwilach nie załamywała się. Któregoś razu siedząc przy łóżku chorego męża, przypomniała sobie scenę z ich ulubionego filmu "Dzień świra". Udając masażystkę zapytała z azjatyckim akcentem: "Ciujeś? Ciujeś?", na co jej mąż po raz pierwszy głośno się roześmiał. - To były dramatyczne chwile, których nie sposób opisać.

Tylko Agnieszka wierzyła, że on z tego wyjdzie. Wbrew wszystkiemu. Mimo krańcowego zmęczenia, tragicznych chwil emanuje siłą, radością, niewytłumaczalnym szczęściem. Kiedyś powiedziałam: "Agnieszko, wyjedź gdzieś na trzy dni, załatwimy profesjonalną opiekę całodobową. A ona, że to absolutnie wykluczone, że nic nie rozumiem, że chce być z Krzysiem na zawsze.

Nigdy nie powiedziała złego słowa, jest cierpliwa, każdą czynność wykonuje z uśmiechem - opowiadała w jednym z wywiadów Anna Dymna.

(hak)
Fakt
20 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia