Tańczmy, tańczmy, kochani...

"Tańczmy Bacha" - Opera Narodowa w Warszawie

...póki jeszcze coś w sercach nam gra - chciałoby się powtórzyć słowami Jacka St. Burasa z piosenki Edyty Geppert. Tancerzom Polskiego Baletu Narodowego pod kierownictwem Krzysztofa Pastora gra w sercach coraz piękniej, głośniej i czulej. Tegoroczny sezon - zwłaszcza w porównaniu z ciągiem nieubłaganych, chudych lat - wypadł nadspodziewanie bogato.

 Dwie pełnospektaklowe premiery na dużej scenie ("Kurt Weill" i "Chopin"), dwa warsztaty choreograficzne - z wszechstronnym udziałem młodych solistów i członków zespołu - których plon ma sukcesywnie wzbogacać program kameralnych wieczorów na Scenie im. Emila Młynarskiego (tak już się stało z etiudą The Gardens Gates Roberta Bondary), wznowienia udanych przedstawień z czasów poprzednich dyrekcji, festiwal Dni Sztuki Tańca z występami polskich i zagranicznych ansambli tanecznych, uprawiających nie tylko balet klasyczny. Produkcje świetne, niezłe i takie sobie opisywaliśmy w tym roku sumiennie - przede wszystkim dlatego, że wreszcie było o czym pisać. Zespół warszawski pod czujnym nadzorem nowego szefa i wybitnych pedagogów rozmaitych narodowości robi zaskakująco szybkie postępy, a zrozumiałe i całkiem jeszcze usprawiedliwione braki techniczne nadrabia zapałem i młodzieńczą urodą.

Czteroczęściowy wieczór "Tańczmy Bacha", przedstawiony na zakończenie tegorocznego sezonu, zapiszę więc po stronie "ma" i jak sumienna księgowa uznam na dobro konta Polskiego Baletu Narodowego. Przede wszystkim ze względu na bardzo ciekawe zestawienie propozycji choreograficznych.

Emil Wesołowski przestał się wreszcie miotać między wystawnym history-zmem a teatralną emocjonalnością - stworzył wdzięczny, subtelnie klasy-cyzujący układ Pocałunki, inspirowany wierszem Haliny Poświatowskiej i opracowany do dźwięków "Koncertu klawesynowego d-moll". Chwała Pastorowi, że wystarał się dla swojego zespołu o prawa do realizacji Concerto barocco, jednego z największych arcydzieł George\'a Balanchine\'a, które powstało w 1941 roku, na kanwie "Koncertu d-moll" na dwoje skrzypiec, z myślą o zespole American Ballet Caravan. Wspaniały kontrast dla pozostałych trzech propozycji stworzyło "The Green", autorska kreacja Eda Wubbego, szefa Scapino Ballet z Rotterdamu, tańczona przy pierwszym chórze "Herr, unser Herrscher" z Pasji według św. Jana. Wieczór zakończył się przepięknym układem samego Pastora In Light and Shadow (do Arii z "Wariacji Goldbergowskich" i "III Suity orkiestrowej") - pyszną feerią barw, świateł i lekkich jak piórko figur tanecznych, w których choreograf żongluje zarówno konwencją barokową, jak tradycją klasyczną, wzbudzając przyjemne skojarzenia ze słynną z muzykalności i delikatności ruchu sztuką Marka Morrisa.

Nieco gorzej poszło z realizacją tych, bądź co bądź, ambitnych zamierzeń. Najlepszym punktem programu okazała się finałowa choreografia szefa baletu - być może dlatego, że Pastor, skądinąd znakomity pedagog, miał czas, ochotę i zapał, żeby dopracować swój układ w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko współgrało pięknie, w idealnie zharmonizowanym tanecznym "światłocieniu": zwiewne pas de deux Natalii Wojciechowskiej i Maksima Wojtiula, pełen radosnej energii taniec zespołu przy dźwiękach fragmentów Suity, subtelna gra świateł, podkreślających na przemian monumentalizm surowej scenografii i delikatną przezroczystość dwuznacznych, odrobinę transgenderowych kostiumów tancerzy. Nie na darmo krytyka uznała "In Shadow and Light" za jedno z czołowych dokonań polskiego choreografa - układ powstał dziesięć lat temu i nie zestarzał się ani na jotę.

Drobne potknięcia i brak synchronizacji w "Pocałunkach" złożyłam na karb premierowej tremy. Poza tym wiadomo - pierwszy naleśnik, pierwszy mąż i pierwszy punkt programu zwykle się nie udają. Szkoda, że to samo muszę napisać o "Concerto barocco", choreografii tak precyzyjnej, że aż przerafinowanej, rozpisanej na tancerzy bodaj z większą dokładnością niż partytura "Koncertu d-moll" na poszczególne instrumenty. Balanchine postanowił stworzyć ścisły ekwiwalent taneczny arcydzieła Bacha: w pierwszej części dwie solistki ucieleśniają partie dwojga skrzypiec, wykonywanych przy "akompaniamencie" ośmiu tancerek z corps de ballet. W "Largo" solista łączy się z jedną z balerin w pięknym pas de deux, w części trzeciej każdy ruch i każdy gest zespołu odpowiada synkopowanym schematom rytmicznym w partyturze. Jeden niedociągnięty skok i całą polifonię diabli biorą. Na warszawskiej premierze tancerki "fałszowały" aż miło - mimo przygotowań pod okiem Adama Liidersa, niegdyś pierwszego solisty New York City Ballet - zostawiając część widzów z poczuciem, że neoklasycyzm Balanchine jest nudny i przebrzmiały.

Dorota Kozińska
Ruch Muzyczny
13 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia